Niechciany towarzysz w plecaku, czyli moje podróże z Hashimoto

Słyszeliście może kiedyś o chorobach tarczycy? A może sami cierpicie na jedną z tych wciąż (!) tajemniczych przypadłości? Jeżeli tak, łączę się z Wami w bólu. A jeśli nie macie pojęcia o czym mówię albo, co gorsza, traktujecie choroby autoimmunologiczne z przymrużeniem oka, pozwólcie, że coś Wam opowiem.

Choruję, (a nie, czekaj) o mojej chorobie tarczycy DOWIEDZIAŁAM SIĘ około 10 lat temu, tuż po maturze. Jak długo wcześniej niszczony był mój organizm? Nie mam pojęcia. Moja przygoda z chorobami autoimmunologicznymi zaczęła się bardzo zawrotnie: odkrycie guza tarczycy, sprawdzenie w Google czym jest tarczyca i jaką ma funkcję w naszym organizmie, endokrynolog A, endokrynolog B, biopsja, operacja wycięcia tarczycy, tyroksyna. I tak, w mniejszym lub większym stopniu, uprzykrza mi to życie do teraz.

Ale dziś nie o tym. Nie jest to tekst medyczny, opisujący przebieg choroby. Nie odkryjecie tutaj także cudownego sposobu na wyzdrowienie. Podzielę się z Wami opisem, nieco może satyrycznym, o tym, że mimo kłód, jakie pod nogi rzucają choroby autoimmunologiczne, warto spełniać marzenia i wierzyć, że się uda. Najważniejsze, żeby o tym rozmawiać, bo problemy z tarczycą wpływają zarówno na zdrowie fizyczne jak i psychiczne. Tłumaczyć bliskim, że czasami nie mamy wpływu na to jak się czujemy i nie jest to oznaka lenistwa czy złośliwej niechęci. Znaleźć swój sposób na radzenie sobie z tym wszystkim, taką trochę odskocznię od codzienności. Dla mnie tą właśnie odskocznią stały się podróże.

Dziennik z podróży

Wyjeżdżamy tylko na weekend, więc decyduję się na pakowanie plecaków dzień wcześniej. Oczywiście “po drodze” nie sypiam dobrze, bo w głowie, na telefonie i na kartce papieru robię listę potrzebnych rzeczy. Każda z trzech powyższych zaczyna się tak samo: LEKI!!!! Powinnam teoretycznie wziąć ze sobą dwie tabletki, bo w piątek rano przed wylotem biorę jedną, plus dwie na resztę weekendu.

BIORĘ CAŁY BLISTER.

Nigdy nie wiadomo czy lot się nie opóźni, pogoda się zepsuje i okaże się, że zostanę gdzieś dodatkową dobę bez tyroksyny. A ja muszę przecież brać tyroksynę, bo z TSH igrać nie ma po co. Do całkiem sporej apteczki dokładam także leki na biegunkę, wzdęcia, wymioty, bóle żołądka i jelit. A Ty mi próbujesz tłumaczyć, że zespół drażliwych jelit nie istnieje? Maroko okazuje się świetną destynacją dla mojego rozstrojonego żołądka, picie tamtejszej whisky (wspaniałej herbaty miętowej) działa na mnie zbawiennie.

Pakuję także dwa swetry, szorty i kurtkę. Nigdy nie wiadomo kiedy zrobi mi się zimno w sierpniowym Marrakeszu. I wcale nie chodzi mi tu o temperaturę powietrza w cieniu i na słońcu, nie zwracam także uwagi na tą odczuwalną, bo ja temperatury czuję inaczej. 30 stopni i słońce, a ja ubieram sweter i wełniane skarpetki.

Krem do opalania z najmocniejszym możliwym filtrem mam już w bagażu podręcznym. Oczywiście bardzo jasna karnacja to jedno, ale bielactwo nabyte to konkretna szkoła życia w tej kwestii. Moje ma w zwyczaju się przemieszczać, czasami wystąpi pod pachą, a czasami na samym środku brzucha. Dermatolog powiedział, że taka moja uroda. Wspaniale.

Często pakuję też coś na ochronę paznokci, bo cierpię na powracającą onycholizę. To choroba podczas której paznokcie odwarstwiają się od łożyska, zbiera się tam powietrze oraz zarazki. Dlatego moje paznokcie nie lubią się z jakimkolwiek manicure, są króciutko obcięte i nawilżone. Nie zawsze pomaga, ale warto.

Wyjazd zaczynamy od stałego punktu programu: brak apetytu związany z bólem brzucha, co powoduje, że po wylądowaniu zazwyczaj jestem głodniejsza niż nasz pies Franz w fazie szczenięcej. Na jedzenie staram się zawsze uważać, ale w podróży jest to czasami nieco utrudnione. Jako osoba, która unika mleka i prostej siatki glutenowej (uczulenie nie jest potwierdzone, ale metodą prób i błędów wiem na co mogę sobie pozwolić) mam najczęściej problem ze śniadaniami. Gdy jest możliwość kupienia owoców na lokalnym targu zawsze z tego korzystam, żeby mieć w plecaku coś, co mogę szybko przekąsić. Zawsze staram się także sprawdzić wcześniej, gdzie zjeść śniadanie po którym nie spędzę dnia na toalecie.

Każdej podróży towarzyszy też permanentny lęk. I nie jest to w żadnym stopniu związane z miejscem, w którym aktualnie przebywamy. Martwię się o to, co dzieje się w domu. Czy pies jest grzeczny, czy kot czuje się dobrze, czy nie zostawiłam włączonego żelazka, czy dach nie przecieka, czy wszystko działa jak powinno… Lista jest nieskończona, to matematycznie potwierdzone. Nie potrafię z tym walczyć, tak po prostu się dzieje.

W drodze powrotnej zazwyczaj śpię. Najchętniej przespałabym cały tydzień bez przerwy. Drzemki przerywam na posiłki, toaletę i kolejne pranie. Powrót do rzeczywistości bywa trudny, w szczególności gdy mamy do czynienia z długim lotem i sporą zmianą strefy czasowej.

Czytałam kiedyś, że nawet najwięksi podróżnicy miewają Reisefieber. A jak ma się sprawa z Hashimoto? Chętnie poczytam Wasze historie.

Co z tym domem?

Czym jest dom? Miejsce, w którym się rodzimy, stawiamy pierwsze kroki? Czy nazwać tak można okolicę, którą znamy lepiej jak własną kieszeń i często mamy z nią wiele wspomnień, których nie da się wymazać? A może jednak jest to ten pierwszy własny, zbudowany własnymi niemalże rękoma, na kawałku gruntu, nasz prywatny azyl? A co jeśli okaże się, że miejsce na drugim końcu świata pokochamy tak bardzo, że zaczniemy nazywać domem? Czy jest to pewnego rodzaju zdrada tego pierwszego, rodzinnego? Tak dużo pytań… Też tak macie?

Bardzo długo biłam się z myślami, czy powinnam zacząć pisać trochę bardziej prywatnie, odnosząc się do swoich przeżyć i przekonań. Uważam jednak, że wiele z nas doświadcza czasami takich przemyśleń i warto o tym mówić, żeby popatrzeć na świat z punktu widzenia drugiej osoby.

Od jakiegoś czasu łapię się na tym, że aktualne miejsce zamieszkania traktuję jako ten najprawdziwszy, bo przecież nasz własny, dom. Kiedyś bardzo się przed tym broniłam, mówiłam, że dom jest tylko jeden, że liczy się tylko ten rodzinny, bo tam są nasze korzenie, nasza rodzina i wszystkie ważne wspomnienia. I właśnie tam należy spędzać Boże Narodzenia, urodziny i ważniejsze święta państwowe. Teraz jednak zrozumiałam, że nie jest to reguła i czasami w życiu potrzebne są zmiany. Rodzina to nie budynek, a relacje i miłość, nieważne w jakim miejscu na świecie.

Ja domów mam już trzy. Nie wiem, czy to dużo czy mało, że na każdą dekadę mojego życia przypada kolejny. Zastanawiam się także, czy teraźniejszy zostanie już domem na zawsze, a może po raz kolejny spakuję cały dobytek i udam się w nieznane?

Dom jest więc dla mnie pojęciem względym, ruchomym. Miejscem, w którym zwyczajnie czuję się dobrze, tak “u siebie”. Zawsze powtarzam, domem jest dla mnie ta kuchnia, w której potrafię znaleźć talerze i sztućce, łazienka, w której mam swoją własną półkę i kubek na szczoteczkę oraz łóżko, gdzie znajdę ulubiony koc.

A Wy? Jakie macie przemyślenia na ten temat?