Pekin bez uniesień

Pekin, Pekin, Pekin… Cóż za ogromne miasto! Kiedy oglądałam mapę stolicy Chin w wersji papierowej nie zdawałam sobie sprawy, że te wszystkie ulice mają dziesiątki kilometrów a podróż z lotniska do hotelu wcale nie będzie krótka.

Stało się. Hasło “transsib” zostało rzucone. A jak już coś robić, to porządnie: zacząć w Moskwie skończyć w Pekinie. Już chyba wtedy wyczuwałam, że ostatni przystanek naszej podróży będzie tym najsłabszym ogniwem. Stolica Chin nigdy jakoś szczególnie mnie nie pociągała, uważałam, że jest to miasto warte zobaczenia, jednak nie znajdowało się w moim osobistym “top 10”. Nie miałam żadnych oczekiwań, przyjazd tam był bardziej na zasadzie “przy okazji wizyty w Chengdu zobaczę i Pekin” i tak się właśnie stało.

Wylądowaliśmy w Pekinie około godziny 23:00 i zabawa zaczęła się już wtedy, bo znalezienie osoby znającej angielski graniczyło z cudem. Nie należę jednak do ludzi, którzy uważają, że wszyscy język ten znać muszą, jednak jest on podstawą chociażby języka lotniczego, wiec miałam nadzieję, że chociaż tam się dogadamy.

OTÓŻ NIE, moi drodzy. Jakaś kobieta pomogła znaleźć nam transport do hotelu, oczywiście z 200% przebitką ceny, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Po opóźnionym locie, przygodach z komunikacją oraz nieogarniętą recepcją w hotelu o 3 w nocy jedyne o czym marzyliśmy to sen. Nie mieliśmy siły na komentarze dotyczące czystości w naszym pokoju i łazience. Muszę jednak dodać, że spaliśmy już w wielu miejscach na świecie i z ręką na sercu stwierdzam, że chińskie hotele są najbrudniejsze.

O poranku, tuż po śniadaniu zdecydowaliśmy udać się w miejsca, z których Pekin słynie: Zakazane Miasto, Plac Niebiańskiego Spokoju oraz Tianatan – Świątynię Nieba. Wszystkie te atrakcje są piękne zarówno pod względem architektonicznym jak i historycznym i zrobiłyby pewnie na nas większe wrażenie gdyby nie… LUDZIE.

Nic mnie tak nie irytuje jak ogrom turystów w miejscu, które zaplanowałam zobaczyć. Nie ma sensu robienie zdjęć, ponieważ będą one przepełnione innymi ludźmi; żeby cokolwiek zobaczyć trzeba odpychać się łokciami (z czym wspaniale radzi sobie Marcin), a takie sytuacje skutecznie odbierają chęć obejrzenia czegokolwiek i poszerzania wiedzy na temat miejsca, w którym aktualnie przebywamy. I dokładnie tak przypominam sobie właśnie nasze zwiedzanie Pekinu.

Dzień zaczęliśmy od wędrówki do Zakazanego Miasta, czyli pałacu cesarskiego dynastii Ming i Qing. Jest to niesamowicie wielki (i piękny) kompleks budynków, świątyń i ogrodów. Zbudowany został w latach 1406-1420 i właśnie tam podejmowano najważniejsze decyzje dotyczące Chin a niekiedy nawet całego świata.

P1040209P1040213

Następnie udaliśmy się w stronę placu Tiananmen oraz Mauzoleum Mao Zedonga. Tam właśnie zobaczyć można Bramę Niebiańskiego Spokoju, czyli symbol Chińskiej Republiki Ludowej (jest ona umieszczona w godle kraju). W okresie cesarstwa odgrywała rolę łącznika między światem zewnętrznym a Zakazanym Miastem. W 1949 r. Mao Zedong, prosto z tarasu umieszczonego na bramie, ogłosił powstanie ChRL.

P1040207

Plac Tiananmen, czyli Plac Niebiańskiego Spokoju jest to największy tego typu obiekt publiczny na świecie. Jego rozmiar wynosi aż 880x500m. Tam właśnie znajdują się dwa obiekty: 38-metrowy pomnik Bohaterów Ludu oraz mauzoleum Mao Zedonga. Jeżeli wybieracie się na zwiedzanie koniecznie pamiętajcie o paszporcie. Nam sprawdzono go kilka razy, przy każdym wyjściu i wejściu na plac.

img_0068img_0089img_0012

Warto wybrać się również nieco na południe miasta, by zobaczyć Świątynię Nieba, uważaną za świątynię taoistyczną. Kompleks ma prawie 3 km², więc nastawcie się na długi spacer, jeżeli planujecie docenić piękno tamtejszej architektury (a jest co oglądać!).

img_0058img_0056

Kolejnego dnia przyszła pora na wyprawę do miejsca, który każdy powinien kiedyś zobaczyć. Na początku planowaliśmy wybrać się na Wielki Mur Chiński na własną rękę, jednak czytając opinie o najbliższym punkcie widokowym w Badaling, które nie były najlepsze, postanowiliśmy zrezygnować.

Po raz kolejny zdecydowaliśmy się na zorganizowany tour, po pierwsze ze względu na wcześniejsze problemy w komunikacji z tubylcami, po drugie był to nasz ostatni pełny dzień w Chinach, więc chcieliśmy go wykorzystać bardzo produktywnie. I muszę przyznać, że była to najlepsza decyzja jaką podjęliśmy. W godzinach porannych, około 06:30 z hotelu odebrał nas przewodnik Leo i właśnie z nim udaliśmy się w stronę Mutianyu, gdzie mieliśmy przejść przez fragment Wielkiego Muru Chińskiego. Leo okazał się naszym “chińskim światełkiem w tunelu”: oczytany, z ogromną wiedzą historyczno-polityczną, nienaganną angielszczyzną opowiadał nam pokrótce etapy rozwoju swojego kraju przeplatając je wątkami wojennymi i szczerą niechęcią do Mongołów.

微信图片_20180522211608.jpg

Pierwszym przystankiem naszej krótkiej wycieczki było Mutianyu, świetnie zachowany fragment muru, gdzie zamierzaliśmy podziwiać wspaniałe krajobrazy, spacerując od wieży do wieży. Niestety jednak pogoda tego dnia nie dopisała, mgła spowiła mur i jego okolice, znacznie utrudniając widoczność. Miało to jednak swoje plusy, odstraszeni turyści zrezygnowali ze spaceru, co dawało nam cały fragment muru tylko dla siebie, a rześka pogoda była błogosławieństwem po wielu dniach w dalekowschodnim skwarze.

P1040251P1040256P1040271

P1040226P1040227

img_0140img_0024img_0106img_0100img_0004

Najcięższą częścią muru były schody do ostatniej wieży. Strome, śliskie i nierówne skutecznie utrudniały wejście, jednak udało nam się! Po zejściu na dół udaliśmy się na zasłużony obiad do lokalnej restauracji. Leo, nasz przewodnik, znający możliwości Polaków zamówił dla nas (prócz masy jedzenia oczywiście) tradycyjny chiński trunek, bardzo mocny, przypominający nieco nasz rodzimy bimber. I wszystko byłoby wspaniale, bo mocne trunki nam niestraszne, ale 70% alkohol bez zapijania to spore wyzwanie. Marcin zdecydował popijać wodą, ja natomiast zagryzałam wódkę fasolką szparagową i jakimś cudem daliśmy radę.

img_1509img_1505img_1507img_1515

img_0078.jpg

Po wspaniałym posiłku wyruszyliśmy się w stronę Letniego Pałacu. Leo opowiedział nam jego genezę i historię rozwoju. Powstanie kompleksu datuje się na rok 1153, jego rozbudowa miała miejsce po 1750 r. kiedy to dla uczczenia 70 rocznicy urodzin swojej matki cesarz Qianlong rozkazał utworzyć w tym miejscu rezydencję o nazwie Ogród Czystych Fal (Qingyiyuan). Centralnym punktem Pałacu Letniego jest Wzgórze Długowieczności (60 m wysokości) oraz sztuczne jezioro Kunming, które zajmuje powierzchnię 2,2 km² (cały kompleks liczy 70 tys. m²).  Po wspinaniu się na górę i odpoczynku wśród cesarskich zabudowań późnym wieczorem skierowaliśmy się z powrotem do zatłoczonego Pekinu.

P1040305P1040311P1040326

img_0027img_0059

Bardzo szybko upłynęły nam dni w Chinach i muszę przyznać, że pierwszy raz nie jestem przekonana, że wrócę. Być może wyjdę na kompletną ignorantkę, jednak Pekin nie jest dla mnie miejscem aż tak ciekawym, żeby chcieć udać się tam po raz kolejny. Jako że Marcin ma na temat Chin nieco inne zdanie, na jego liście jest jeszcze kilka zabytków i miejsc wartych zobaczenia. Odnoszę wrażenie, że jeszcze kiedyś pojedziemy na daleki wschód, ale niekoniecznie do Pekinu. Chiny są krajem niesamowicie zróżnicowanym i ogromnym zarówno pod względem geograficznym jak i kulturowym. Żeby zobaczyć wszystkie zakamarki i wspaniałe miejsca trzeba by zostać tam kilka tygodni. Teraz jednak chcemy skupić się na spełnianiu naszych podróżniczych marzeń wśród których niestety Chin nie ma.

IMG_0248_1

Opowiadania mongolskie

O Mongolii można pisać wiele: nieco bagatelnie, że jest ogromna i piękna; krajoznawczo, opisując bezkresne stepy i wysokie góry; zahaczając o kulturę referować obrządki i tradycje albo tak ja: podzielić się wrażeniami osób, które nigdy wcześniej w azjatyckim kraju nie były i stwierdziły, że to właśnie w Mongolii postawią pierwsze kroki.

37920728_1806038682805980_3416504024197758976_n.jpg

Z racji tego, że Mongolia nie jest to kraj typowego turysty i wiele z Was zapewne mało o nim wie, zacznę od krótkiego opisu. Pierwszym słowem jaki przychodzi mi na myśl przy charakterystyce tego państwa jest przymiotnik “ogromny”, ponieważ Mongolia jest ponad pięć razy większa od Polski, jej powierzchnia wynosi 1 564 116 km², co daje 19. pozycję w rankingu światowym. Stolicą jej jest Ułan Bator, w którym zamieszkuje prawie 50% ludności całego kraju. Historia Mongolii jest bardzo ciekawa i zawiła, niemalże znikąd powstaje Imperium Mongolskie i w równie szybkim tempie znika z map świata, dzieląc się na mniejsze państwa. Językiem urzędowym jest oczywiście mongolski, który do lat 40. zapisywany był tradycyjnym pismem zbliżonym do alfabetu ujgurskiego, pisanego z góry na dół, jednak w połowie XX w. zmieniono go na cyrylicę. Pismo tradycyjne wciąż nauczane jest w szkołach w celu utrzymywania tradycji.

P1030662.JPG

Zwiedzanie Mongolii zaczęliśmy w jej stolicy – Ułan Bator, gdzie dotarliśmy odcinkiem kolei transmongolskiej. Jednak zostaliśmy tam bardzo krótko, wzięliśmy prysznic, zjedliśmy śniadanie i przepakowaliśmy plecaki, żeby ruszyć w dalszą podróż w stronę parków narodowych. Pierwszym punktem wyjazdu był ogromny, 40-metrowy pomnik wodza Imperium Mongolskiego oraz bohatera narodowego Czyngis-Chana. Zbudowany został z 250 ton stali w miejscu, w którym według legendy Temudżyn znalazł złoty bicz. Czyngis-Chan jest przywódcą legendarnym, który z jednej strony krwawo masakrował wszystkich swoich wrogów zawłaszczając znaczną część świata, z drugiej jednak na zdobytych terenach wprowadzał surowe prawa, co umożliwiło rozkwit handlu i zapanowanie tzw. pokoju mongolskiego (Pax Mongolica).

khan1khan2

Po obejrzeniu pomnika i muzeum Czyngis-Chana, w którym mieliśmy okazję dowiedzieć się o wielu faktach z mongolskiej historii, udaliśmy się w stronę rezerwatu Gun Galuut. Jest to przepiękne miejsce położone zaledwie 130 km od Ułan Bator. Pierwszy raz w życiu byłam w okolicy, gdzie nie ma kompletnie nic. Cisza, raz na jakiś czas przerywana śpiewem ptaków lub rżeniem koni, odprężyła mnie niesamowicie, pozwoliła naładować baterie i zapomnieć o przyziemnych sprawach. Pokonywaliśmy kilometr za kilometrem w poszukiwaniu chociaż namiastki cywilizacji, ale w tamtych rejonach naprawdę jej nie ma.

37912151_1806038049472710_2351493623897391104_n37944270_1806037889472726_5121164921798656000_n37962365_1806038882805960_4091822163307266048_nP1030704P1030725P1030740

Prócz przemierzania stepów mieliśmy okazję pomaszerować trochę po pobliskich wzgórzach. Może nie były to góry z tych największych na świecie, jednak cała powierzchnia Mongolii znajduje się 1000 m n.p.m. i wyżej, co ułatwia nieco wspinaczkę w wyższe partie gór. A im dalej w góry, tym piękniejsze widoki, po których niedosyt pozostał do dzisiaj.

P1030717P1030754P1030768P1030782P1030797P1030810

Gwoździem programu tej wyprawy był jednak nasz nocleg. Postanowiliśmy “pójść na całość” i przespać się w tradycyjnej, mongolskiej jurcie. Jest to swego rodzaju namiot pokryty skórami (zazwyczaj jelenia), który z wyglądu przypomina nieco miskę odwróconą do góry dnem. Co ciekawe, drzwi jurt w Mongolii muszą być odwrócone na południe, tych z Kazachstanu natomiast – na wschód. W środku budynku znajduje się piec, którym dogrzewaliśmy się w nocy. Co ciekawe, nie ma w nich miejsca na toaletę, więc wychodek musieliśmy “znaleźć” gdzieś w pobliżu.

37976122_2248643745149788_6368465017020350464_nP1030694

37912136_2248644295149733_722318735028781056_n38012392_2248643851816444_556959144058290176_n

Mieliśmy okazję odwiedzić kilka jurt “z prawdziwego zdarzenia”, gdzie ugoszczono nas tradycyjnymi potrawami mongolskich koczowników. W takim miejscu obowiązuje kilka zwyczajów, których obowiązkowo należy przestrzegać, a oto kilka z nich:

•  nie wolno gwizdać w jurcie;
• nie należy przeskakiwać nad czyimiś wyciągniętymi nogami oraz opierać się o ściany w jurcie;
• nie można gasić ognia w palenisku;
• trzeba okazywać szacunek starszym;
• zabrania się dotykać głowę lub czapkę innej osoby;
• nie wolno kłaść noża ostrzem w kierunku innej osoby oraz brać jedzenia z talerza lewą ręką;
• w jurcie należy poruszać się zgodnie z ruchem wskazówek zegara.

Oczywiście nie wolno także odmawiać jedzenia, którym jesteśmy częstowani. Jest ono dość specyficzne, aczkolwiek nam przypadło do gustu. Wszystko opiera się głównie na produktach mlecznych i cieście, które nieco przypomina mocno spieczone ciasto kruche. Wiele ludzi przestrzega turystów przed jedzeniem u lokalnych, my jak widać przeżyliśmy, nawet odbyło się bez dolegliwości żołądkowo-jelitowych.

37928930_1806037672806081_93916220205563904_n38036972_1806037709472744_7062455749787516928_nP1030833P1030832

Jeżeli już jesteśmy przy temacie jedzenia, to muszę przyznać: nie spodziewałam się, że kuchnia mongolska będzie tak różnorodna i smaczna. Przed wyjazdem wiele razy czytałam o tłustych posiłkach i niezdrowych potrawach, ale szczerze mówiąc my na takie nie trafiliśmy. Mongołowie jedzą sporo zup, mają nawet “zupę na kaca”, która przypomina nasz krupnik. Różnego rodzaju pierogi spowodowały, że znowu byłam w raju, Marcin natomiast zajadał się baraniną. Co ciekawe, mieliśmy także okazję spróbować mongolskiej sałatki jarzynowej, także przez moment poczuliśmy się trochę jak “u cioci na imieninach”.

37884709_1806038922805956_9081495828115226624_n37907787_2248644661816363_9042856189196500992_n37926368_2248644371816392_3290564562192957440_n37950706_2248644481816381_7499529587676676096_n37994166_2248643971816432_3162238885077975040_n38003696_1806031242806724_952118146997682176_n

Warto dodać jeszcze, że porcje jedzenia w restauracjach są OGROMNE (i śmiesznie tanie), pokonały nas kilka razy, a zaufajcie, jesteśmy dość mocnymi zawodnikami w tej dziedzinie.

Podczas pobytu w jurcie poznaliśmy mongolską narodową grę – szagaj. Używa się do niej kości skokowych kóz i owiec, a sposobów na zabawę jest kilka: rzucanie kośćmi i zbieranie porozrzucanych kości (szagaj awaa), podrzucanie i łapanie kości (ünee saa, güü saa), zderzanie kości, które leżą tą samą stroną do góry (szagaj njaslaa), strzelanie kośćmi (szagaj charwaa) oraz „wyścig koni” (szagaj uraldulaa). Dla nas najciekawszym sposobem gry było zderzanie kości, Marcin po kilku rozgrywkach wygrywał nawet z tubylcami. 🙂

37924135_2248644165149746_6547979609017679872_n.jpg

Kolejnego dnia nadszedł moment na mongolskie “must see”, czyli Park Narodowy Gorchi-Tereldż, który zajmuje prawie 3000 km². Gdy dojechaliśmy na miejsce ciężko było uwierzyć, że jesteśmy nadal w Mongolii, ponieważ krajobraz w najmniejszym nawet stopniu nie przypominał tego, który widzieliśmy wcześniej. Roślinność w parku jest typowa dla południowej części Zabajkala, występuje tam mnóstwo chronionych i rzadkich roślin, przez co jest niesamowicie zielono. Jedną z atrakcji parku jest Melchijn chad, czyli “skała-żółw”, ostaniec skalny bezsprzecznie kojarzący się właśnie z tym zwierzakiem (dowód poniżej).

P1030840P1030842P1030843P1030873

W Parku Narodowym Gorchi-Tereldż znajduje się nowo wybudowany klasztor buddyjski, który odwiedziliśmy. Mongolia jest krajem bardzo zróżnicowanym pod względem religii. Obok siebie funkcjonują tutaj: buddyzm tybetański, szamanizm, chrześcijaństwo, manicheizm i taoizm. Często członkowie jednej rodziny należą do różnych wyznań, jednak od XVI w. buddyzm tybetański (lamaizm) jest w kraju religią dominującą.

P1030855P1030876P1030891P1030894

Tuż obok klasztoru znaleźć można szamańskie elementy, jak np. kamienne kurhany, czyli Owoo. Umieszczane są one w miejscach szczególnych pod względem kulturowym bądź religijnym. Jeżeli zatrzymamy się przy jednym z nich należy złożyć tam ofiarę, obejść kurhan i dołożyć kamień.

O czym trzeba pamiętać przed wyjazdem do Mongolii? Przede wszystkim o wizie, ponieważ jest ona wymagana na granicy i surowo kontrolowana. My załatwiliśmy naszą w jeden dzień, należy tylko przygotować potrzebne dokumenty, przede wszystkim ubezpieczenie, wniosek i potwierdzenia noclegów, co nieco przypomina staranie się o wizę do Rosji. Co ciekawe, konsul w mongolskiej ambasadzie w Londynie mówił po polsku.

Ważne jest też przygotowanie merytoryczne, starałam się sporo czytać o Mongolii i jej mieszkańcach, ponieważ nasze kultury i zachowania nieco się różnią. Nie chciałam, żebyśmy zostali odebrani jako niegrzeczni. Oczywiście, że wszystkiego się nie da przewidzieć, ale warto znać podstawowe zasady i kilka zwrotów w ich języku.

Przydatna okaże się znajomość języka rosyjskiego, ponieważ wielu mieszkańców Mongolii zna jego podstawy oraz, wbrew pozorom, znajomość cyrylicy pomoże w odnalezieniu się w Ułan Bator.

Podsumowując…

Mongolia jest krajem interesującym pod wieloma względami, zarówno kulturowo jak i geograficznie. Nam niestety udało się zobaczyć tylko część tego, co ma do zaoferowania. Mongołowie nie są może bardzo otwartymi ludźmi, aczkolwiek pomagali nam w każdej sytuacji i gdy zdobyliśmy ich zaufanie spędzali z nami mnóstwo czasu opowiadając różne historie i słuchając tamtejszej muzyki popularnej. Planując podróż koleją transsyberyjską długo zastanawialiśmy się nad wyprawą w te strony, głownie ze względu na ograniczony czas, jednak teraz nie żałujemy, Mongolia okazała się strzałem w dziesiątkę.

Jeżeli macie pytania dotyczące naszego wyjazdu, prosimy o kontakt!

Krótka historia o tym, jak rosyjska kuchnia skradła nasze serca

Przez żołądek do serca, jak mawia przysłowie. Co prawda Rosja do serca trafiła dużo wcześniej niż jej narodowe potrawy, jednak spróbowanie ich jeszcze umocniło moją więź z tym krajem. Kiedy planowaliśmy nasz wymarzony wyjazd na wschód mama powiedziała mi, że znając moje upodobania kulinarne jest święcie przekonana, że będę jeść wszystkie potrawy “pierogopodobne”. I nie myliła się. W każdej restauracji padało pytanie: “A pielmieni u was jest?” 🙂

Dlatego naszą kulinarną opowieść zacznę właśnie od wszystkich dań, które mniej lub bardziej kojarzą się z tradycyjnymi polskimi pierogami.

PIELMIENI

Są to malutkie pierogi (coś w rodzaju naszych uszek), nadziane głównie farszem mięsnym. Podawane są na dwa sposoby w bulionie bądź bez, mnie zdecydowanie bardziej przypadła forma sucha, choć odrobina śmietany jest jak najbardziej wskazana. Starałam się spróbować kilka rodzajów tej wspaniałej potrawy, najbardziej jednak zasmakowały mi te z nieco hipsterskiej knajpki w centrum Moskwy. LEPIM I VARIM, bo tak właśnie nazywa się to miejsce, jest rajem dla każdego szanującego się fana pielmieni. Wybór jest ogromny, do tego można zamówić domowe sałatki, desery i kompot, ale najfajniejsze jest to, że przy ladzie stoją rosyjskie gospodynie domowe, które lepią pielmieni na naszych oczach.

37242383_2228408700506626_6724471686499926016_n37244580_1787281534681695_6334468473971802112_n37200285_2228408817173281_9068151390496358400_n

Pielmieni jest to danie znane w Rosji od dawien dawna, a ich receptura przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Ciasto na pielmieni powinno być wykonane z wody i mąki, a farsz, w przeciwieństwie do pierogów, powstaje z surowego mięsa. Na Syberii nierzadko można usłyszeć legendę o dwóch kupcach, którzy założyli się o to, kto będzie w stanie zjeść więcej pielmieni na raz. Historia kończy się niestety tragicznie, ponieważ obaj umierają z przejedzenia.
37193410_2228412983839531_2484259232044548096_n

CHINKALI

Mimo, że chinkali to potrawa przede wszystkim gruzińska, dostępna i ogólnie znana jest również w Rosji. Z wyglądu przypominają sakiewki, zrobione są z nieco grubszego ciasta niż pielmieni, a to dlatego, że oprócz farszu z mięsa w środku znajduje się także bulion. Okazuje się, że umiejętne ich jedzenie jest niezłym wyzwaniem! Należy złapać za “grubszy koniec”, po ugryzieniu wyssać rosołek, a dopiero później zjeść resztę.

37228649_2228410573839772_970387494765854720_n

WARENIKI

Ten rodzaj pierogów jest bardzo popularny również na Ukrainie. Zarówno przygotowanie, jak i wygląd przypomina polskie danie, aczkolwiek często przyrządzane są one na parze zamiast wrzucania do wrzątku. Farsz to zazwyczaj mięso bądź ziemniaki z serem, często spotkać można również wareniki na słodko.

37256960_1787281634681685_3168663795375538176_n

MANTY

Manty zrobiły nam pyszną niespodziankę na lotnisku w Moskwie. Z racji tego, że znajduje się tam uzbecka restauracja, postanowiliśmy spróbować i tamtejszej kuchni. Manty jest to coś pomiędzy pierogami a chinkali, podaje się je z sosem pomidorowym bądź czosnkowym i oczywiście ze śmietaną.

PIROŻKI

Mimo, że nazwa kojarzy się z polską potrawą, nie dajcie się zmylić! Pirożki jest to coś w rodzaju bułki drożdżowej z farszem z mięsa bądź kiszonej kapusty. Z wyglądu przypominają nieco pączki, ponieważ smażone są na głębokim oleju.

35348582_2176709529009877_3712176032485212160_n

Dla mnie pierogów nigdy za wiele, podejrzewam jednak, że chcielibyście wiedzieć również co w Rosji jadł mój mąż, ponieważ jego posiłki były bardziej zróżnicowane. 🙂

Dzień zaczynaliśmy od odwiedzenia pobliskiej piekarni i kubka mocnej, rosyjskiej kawy. Jako, że w hostelach rzadko jest możliwość wykupienia śniadania, zawsze staraliśmy się obejść okolicę, żeby przygotować się na poranny głód. Na szczęście w Rosji, jak i w Polsce, jest mnóstwo świetnych piekarni, które z całego serca uwielbiamy.

37190761_1787282438014938_7422286353204772864_n37200795_1787281961348319_1350352329341140992_n.jpg

Bardzo chętnie jedliśmy również zupy. Rosjanie mają kilka swoich specjałów, których nie sposób pominąć w kulinarnej wędrówce. Jedną z nich jest królowa wszystkich zup, czyli słynna Solianka, która przez lata żywiła rosyjskich chłopów. Jest to bardzo pożywna potrawa, oparta na mięsnym wywarze, często z dodatkiem boczku bądź słoniny. Wyczuć można sporą ilość ziół i pieprzu, dodaje się do niej czasami także kwas chlebowy, sok z cytryny a nawet wodę z kiszonych ogórków lub kapusty. Oczywiście niezbędna jest również łyżka śmietany i kromka chleba. Dla mnie, fanki kwaśnych zup, zdecydowany numer jeden.

37223515_2228408317173331_3716570419684179968_n37225223_2228408207173342_36632909938950144_n

Prosta zupa, do której można wrzucić wszystko, co mamy w lodówce i ogrodzie, a na koniec jeszcze dogotować trochę kaszy, to najlepszy sposób na opisanie Szczi. W smaku przypomina mieszankę zupy jarzynowej i kapuśniaku, rozgrzewa wspaniale w chłodne dni i świetnie radzi sobie z przeziębieniem.

37229518_2228412680506228_4423167628789415936_n

A teraz zupa, której spróbowania najbardziej się bałam: Ucha, czyli zawiesista zupa rybna. Przyrządza się ją z kilku rodzajów ryb, gotuje się je najczęściej z głową, co wzbudzało moje obawy. Do ryby dodaje się cebulę, seler i pietruszkę, czasami także cytrynę i koperek. My jedliśmy wersję z ziemniakami. Przyrządzana na ogniu, po wietrznym spacerze nad Bajkałem smakowała wyśmienicie (nawet z głową ryby patrzącą na mnie z miski…).

P1030634P1030635

Ciekawym miejscem, w którym udało nam się zjeść obiad była restauracja w Bunkrze 42, o którym pisałam przy okazji zwiedzania Moskwy. Miejsce to było urządzone w stylu rosyjskich lat siedemdziesiątych a menu (podobno) opierało się na ulubionych potrawach przywódców Rosji. Miałam tam okazję zjeść kotlet pożarski, czyli coś w rodzaju kotleta mielonego, podany oczywiście z ziemniakami i surówką.

37225846_2228411143839715_4344869498810007552_n37241392_1787283551348160_8940138163662225408_n37246837_2228411047173058_2592244158794039296_n

W Irkucku z kolei, zajadaliśmy się plackami ziemniaczanymi ze śledziami. Może dziwne połączenie, ale bardzo smaczne. Restauracja RASSOLNIK zaskoczyła nas przede wszystkim słynnymi cukierkami Irys (nie wiedziałam, że jeszcze je produkują) a także “sowiecką lemoniadą”.

37227491_1787286368014545_6682104939386241024_n.jpg37357219_2228414273839402_6492709942628188160_n

A jak było z jedzeniem w Transsibie? Prócz suchego prowiantu wybraliśmy się kilka razy do wagonu restauracyjnego. Nie było tam może żadnych specjałów, ale ciepły posiłek po serii kanapek z serkiem i pomidorem to naprawdę rarytas.

37190708_2228413693839460_432304693318778880_n37197231_1787284508014731_7419233786803519488_n37208230_1787284464681402_7184868107339431936_n37233534_1787284588014723_5502900214907797504_n

A na deser raczyliśmy się głównie lodami z moskiewskiego GUMa (Gosudarstwiennyj Uniwiersalnyj Magazin). Ciekawym jest fakt, że z jednej strony są to lody “na gałki”, z drugiej jednak były one już nałożone do wafelków i przygotowane do sprzedaży. Prócz tego zjedliśmy również kilka wspaniałości we wcześniej wymienionych restauracjach, Marcin kupował rurki z kremem na trasie kolei transsyberyjskiej, a ja zostałam fanką OGÓRKOWEGO Sprite. A oto dowody:

37213237_1787283814681467_5116449795031957504_n37200825_2228410673839762_4706503838167728128_n37220763_1787284274681421_8001552341922742272_n.jpg37303499_2228410803839749_8834724092666970112_n37210376_1787286641347851_2375312601987940352_n

I tym właśnie słodkim akcentem żegnamy Rosję z obietnicą, że jeszcze nie raz tam wrócimy. Teraz kolej na poszukiwanie przygód w Ułan Bator i przemierzanie mongolskich stepów.

Relacja już wkrótce!

Nad Bajkałem wszystko jest piękniejsze

Kiedy nadszedł ten wyczekiwany poranek, w którym po kilkudniowej podróży wysiedliśmy na stacji w Irkucku mieliśmy niewiarygodną siłę i chęć do dalszego zwiedzania Rosji. Nie wiem na ile był to rezultat kupiejnego “wyspania się za wsze czasy” a ile było w tym samej podróżniczej ciekawości, ale tuż po zameldowaniu się w hostelu i wzięciu długiego prysznica, wyrwaliśmy się na miasto głodni wrażeń.

A miejsce, w którym nocowaliśmy nazywa się The Rolling Stones i jest to najlepszy hostel w jakim mieliśmy okazję przebywać. Podczas rezerwowania noclegu trochę niewiarygodnym dla mnie był fakt, że ma on ocenę 10/10 na popularnej platformie hotelowej booking.com oraz hostelworld. Jednak po przybyciu na miejsce przekonaliśmy się, że załoga Stonesów zasługuje na to w stu procentach. Wnętrza były nowe i zadbane, przestronna kuchnia i łazienki, wszystko w ciepłej, młodzieżowej atmosferze. Plusem była również możliwość skorzystania z pralki i suszarki oraz dostępność wszelakich przyborów kosmetycznych dla pań i panów (maszynki do golenia, waciki, płyn do demakijażu, szampon itd.). No i najważniejsze: lokalizacja, wszędzie blisko, centrum w zasięgu wzroku, do dworca głównego około 20 min marszu.

P1030430.jpg

Zwiedzanie Irkucka zaczęliśmy od wycieczki po centrum i spacerze zapomnianymi uliczkami miasta. Stolicy obwodu irkuckiego daleko jest do zadbanej i nieco bardziej zachodniej Moskwy. Ma to jednak swój urok, który szybko nas oczarował. Drewniana architektura jest stałym elementem niemalże każdego miasta wschodniej części Rosji, a nawet całego kraju. Nie bez powodu oczywiście, ponieważ jest to najstarszy typ budownictwa na tych ziemiach, który dzieli się na różne typy i regiony. Co ciekawe, zarówno drewniane domy jak i cerkwie nie były budowane wyłącznie przez Rosjan, wielu architektów z całego świata (np. Carlo Rossi i Wiktor Hartmann) inspirowało się rosyjskim folklorem i dedykowało swoje dzieła ówczesnym władcom kraju.

P1030429.jpg

Irkuck jest to miasto uważane za stolicę Syberii, mimo tego, że nie jest największym w regionie. Dzieje się tak zapewne dlatego, że znane jest każdemu, kto chociaż raz przejechał koleją transsyberyjską z zachodu na wchód. Miasto powstało w XVII wieku, a rozwijało się głownie przez handel, jako miejsce w pewnym sensie łączące Europę z Mongolią i Chinami. W 1879 r. w Irkucku wybuchł dość spory pożar, który strawił około 3,5 tysiąca budynków, w tym zabytków, na szczęście wiele ocalało bądź zostało odbudowane, dlatego podziwiać je możemy do dziś. Prócz pięknych drewnianych domów i wszechobecnych pomników Lenina na uwagę zasługują również świątynie. A ta najpiękniejsza (i chyba największa) znajduje się poza granicami starego miasta. Cerkiew Kazańskiej Ikony Matki Bożej w Irkucku, zbudowana w latach 1885-1892 zachwyca przede wszystkich kolorami.

P1030434.JPG

Będąc w okolicach Irkucka nie mogliśmy pominąć prawdopodobnie najważniejszej części regionu jaką jest “błękitne oko Syberii”, czyli jezioro Bajkał. Jest to najstarszy i najgłębszy (1642 m) tego typu zbiornik wodny na świecie. Prócz tego w jego okolicy mieszka około 1500 gatunków zwierząt i jest ono dorzeczem dla 350 rzek.

Podróżując sobie “poślubnie” mamy jedną zasadę: gdy jest mało czasu na zwiedzanie danego miejsca nie “pchamy się” w wynajmowanie aut, jeżdżenie autobusami czy łapanie stopa, bo szkoda na to nerwów. Dlatego też już przed wyjazdem do Rosji zarezerwowany mieliśmy trip na wyspę Olchon wraz z biurem Baikal Secrets , które było polecane na jednym z naszych ulubionych portali, Trip Advisor.

Naszym przewodnikiem był Andriej – Buriat, urodzony w miejscowości Nauszki, czyli na granicy rosyjsko-mongolskiej. Młody chłopak, mówiący świetnie po angielsku (z czego bardzo ucieszył się Marcin), odpowiadał szczegółowo na każde pytanie (a uwierzcie były ich tysiące). Droga do samego portu, z którego odpływał prom na wyspę Olchon trwała dobre cztery godziny, więc czasu na rozmowę mieliśmy mnóstwo.

Skoro mowa o Buriatach… Kim oni są?

P1030503.jpg

Buriaci są to rdzenni mieszkańcy okolic Bajkału, potomkowie Hunów, liczący około 600 tysięcy osób. Posługują się zarówno językiem buriackim jak i rosyjskim i mongolskim, głównie ze względu na lokalizację Republiki Buriacji, oficjalnego terenu autonomicznego, który wchodzi jednak w skład Federacji Rosyjskiej. Stolicą Buriacji jest Ułan Ude, miasto na trasie kolei transsyberyjskiej, liczące nieco ponad 400 tysięcy mieszkańców. Jeśli kiedyś tam się znajdziecie polecam odwiedzić Muzeum Etnograficzne oraz Muzeum Historii Buriacji, gdzie można dużo zobaczyć i dowiedzieć się wielu ciekawych informacji o regionie, mieszkańcach i ich kulturze.

ulan ude.jpg

Głównymi religiami Buriatów są szamanizm i lamaizm, czyli buddyzm tybetański, a w mniejszym stopniu także prawosławie. O wszystkim sporo opowiedział nam Andriej, dzięki niemu mogliśmy się nieco bardziej zagłębić w ich wierzenia i obrzędy. Szamanizm opiera się na duchach, których jest kila rodzai: dobre, złe oraz te pochodzące od zwierząt (z czego najważniejszy jest niedźwiedź i orzeł). Kultywują oni przede wszystkim miejsca święte, czyli tzw. “pogańskie idole”, które charakteryzują kolorowe wstążki (odpowiedniki czterech żywiołów). Symbolizują one miejsce spotkań szamanów z duchami.

P1030505.jpg

Za każdym razem, gdy przejeżdżaliśmy obok jednego z takich miejsc Andriej brał ryż w garść i wyrzucając go przez okno składał duchom ofiarę. Takim darem przy idolu może być wszystko: herbata, ryż, chleb, wódka, mleko a nawet papieros. Wielu ludzi także trąbi na widok tego miejsca, chcąc przez to okazać duchom szacunek.

36956185_2219746938039469_4210080488620032000_n

Po długiej podróży samochodem dotarliśmy wreszcie do portu, gdzie promem musieliśmy dostać się na wyspę. Zimą przeprawa jest nieco łatwiejsza, bo jezioro jest całkowicie zamarznięte, więc tę trasę, jakkolwiek niewiarygodnie to brzmi, po prostu się przejeżdża.

36689258_1770337063042809_13346825620684800_n36726352_1770337113042804_4080381001790914560_n

Na Olchonie mieszka około 1500 ludzi, głównie buriatów, dla których jest to swego rodzaju “ziemia święta”. Powierzchnia wyspy to 742 km², a maksymalna jej długość wynosi 71 km. Jest to miejsce dość górzyste, najwyższy szczyt ma 1274 m n.p.m. Największą miejscowością na wyspie Olchon jest Chużyr, w której ludzie na ogół utrzymują się z rybactwa, a w ostatnich latach także z turystyki.

36677947_1770337983042717_544827622383681536_n.jpg

Gdy dojechaliśmy na miejsce nasza przygoda dopiero się zaczęła. Z wygodnego auta przesiedliśmy się w UAZ-452, czyli rosyjski samochód wojskowy, który dojedzie dosłownie WSZĘDZIE (taką jazdę trzeba przeżyć, by uwierzyć). Już sama przejażdżka takim autem dała nam mnóstwo frajdy, nawet w momentach gdy spadaliśmy z siedzeń i uderzaliśmy głowami o dach – było warto!

uaz1uaz2

I tym sposobem udaliśmy się w miejsce, które każdy ze zdjęć Bajkału i wyspy Olchon kojarzy, a mianowicie skałę Szamankę. Jest to miejsce bardzo ważne dla mieszkańców wyspy, ponieważ mieszka tam Ugute-nojon, pan Olchonu. Buriaci otaczają skałę ogromną czcią, nie osiedlają się w jej pobliżu.

P1030514.jpg

Kolejnym przystankiem na naszej trasie była skała Trzech Braci. Legenda mówi, że kiedyś na Olchonie mieszkała rodzina, w której ojciec miał magiczne moce. Pewnego dnia zamienił on swoich synów w orły, ale pod warunkiem, że nie będą jeść padliny. Oni jednak, po długim i męczącym lataniu wokół wyspy zgłodnieli i “połasili” się na martwe zwierzę. Gdy ojciec się o tym dowiedział zamienił braci w skały.

P1030563.jpg

36896670_2219745711372925_2220611419039072256_n

Podążając wśród pięknych krajobrazów i obserwując tafle lodu pływające na powierzchni jeziora niekiedy ciężko wyobrazić sobie zbrodnię, jaka miała miejsce około 20 km od największego miasta na wyspie. Ślady po ogrodzeniu, kilka szkieletów baraków przypominają jednak, że w latach 30-tych XX wieku stworzono tutaj łagier, czyli obóz pracy dla więźniów ustroju. Przez 20 lat zsyłano tutaj Rosjan i Polaków, których zmuszano do katorżniczej pracy. Wielu z nich po odbyciu kary osiedlało się na wyspie. Ostatni więzień, Michał Ożarko, zmarł w latach 90-tych.

36720015_1770337346376114_6030879947604623360_n

Czas na trochę wspinaczki – zapowiedział Andriej pokazując nam wysokie skały przed nami. Był to Khoboy cape, czyli po naszemu “przylądek kła”. Jest to kolejne miejsce, o którym krąży wiele legend, niemalże każda skała ma swoją. Przylądek jest również szczególnym miejscem dla szamanów, którzy właśnie tutaj rozmawiają z duchami wyspy.

P1030607.jpg

Miejsce jest naprawdę niewiarygodnie ciche i piękne. Po wejściu na samą górę zdecydowaliśmy się złożyć dary dla duchów wyspy, dodając kolejny sznurek na posąg na krańcu skały.

P1030619

36916320_2219746468039516_7345872270759297024_n

Po zejściu ze skały czekała na nas jeszcze jedna atrakcja: obiad. Przy wietrznej i dość mroźnej pogodzie nic nie smakuje lepiej jak gorąca zupa. A jeśli jest to zupa z lokalnej ryby przyrządzana na ogniu to radości nie ma końca. Usiedliśmy na drewnianych ławkach, przy rozpalonym ognisku, a wokół nas była pustka, wspaniałe przeżycie.

P1030633.JPG

W trakcie jedzenia odwiedził nas niezapowiedziany gość, z którym podzieliliśmy się rybą. Podobno zawsze przychodzi w to miejsce się nieco posilić i nie ma problemu ani z samochodami ani z nieznajomymi przybyszami z różnych krańców świata.

36624625_1770337233042792_4257603438461845504_n

36990035_2219747274706102_2488550308100177920_n.jpg

Bajkał dał nam możliwość do stworzenia wielu wspaniałych wspomnień i wielokrotnie podczas tego krótkiego z nim obcowania zaparł nam dech z wrażenia. Jest to na pewno miejsce, gdzie kiedyś wrócimy, następnym razem jednak chcemy przyjechać zimą i zostać na dłużej. Zrobiliśmy setki zdjęć okolicy, jednak żadne z nich nie oddaje tego wspaniałego krajobrazu, tak jak i żadna opowieść nie pozwoli “usłyszeć” tej ciszy i poczuć bryzy na policzkach. Tam trzeba być.

Poradnik: jak pokonać 6266 km w pociągu i nie zwariować.

Chcesz spędzić swój urlop w niecodziennych warunkach? Marzysz, żeby wreszcie wypocząć, wyspać się i nic nie robić? Masz stos książek do przeczytania i kilka seriali do nadrobienia? Wsiądź w TRANSSIB, a się nie zawiedziesz.

Tak właśnie Rosjanie powinni reklamować swoje połączenia kolejowe łączące wchód z zachodem kraju. Ja natomiast przeczytałam kiedyś, że taką podroż trzeba odbyć choćby raz w życiu. Dlatego gdy szukaliśmy destynacji na kolejny dłuższy trip, wpadłam na pomysł wyprawy przez Rosję i po kilku tygodniach siedziałam już wygodnie w wagonie numer 7.

35382387_2176709279009902_1828744688920690688_n.jpg

Zacznijmy jednak od początku, czyli… Krótka historia kolei transsyberyjskiej.

W XIX w. Rosjanie postanowili rozwinąć swoją siatkę kolejową aż za wzgórza Uralu. W 1890 roku pomysł został zatwierdzony przez cara Aleksandra II, a już rok później jego syn położył kamień węgielny we Władywostoku, co oznaczało rozpoczęcie budowy najdłuższej trasy kolejowej na świecie. Całe przedsięwzięcie miało na celu rozwój Syberii, eksport i import towarów oraz ukazanie jej walorów turystycznych. Trasę budowano w dziewięciu odcinkach: zachodniosyberyjskim, środkowosyberyjskim, krugobajkalskim, zabajkalskim, amurskim, ussuri, transmandżurskim, południowo-mandżurskim oraz transmongolskim. Przy budowie kolei transsyberyjskiej pracowało ponad 90 tysięcy ludzi: budowlańców, inżynierów ale także jeńców i skazanych. Na terenie budowy, ze względu na brak podstawowych dóbr i higieny często wybuchały epidemie, co dziesiątkowało robotników. Całkowity koszt przedsięwzięcia poniosła Rosja, a prace zakończono po 25 latach. Po ukończeniu budowy na teren Syberii przeniosło się około 3 miliony mieszkańców.

Kolej przemierza 2 kontynenty, 89 miast i 8 stref czasowych. Ciekawostką jest fakt, że pociąg operuje w czasie moskiewskim, więc widok pasażera z dwoma zegarkami na ręce nie jest niespodzianką. Po wielu latach kolej uzyskała światową sławę, powstają filmy dokumentalne i reportaże na jej temat, trasa opisywana jest w wielu książkach.

35476795_2176706829010147_146781920385040384_n.jpg

Nasza wyprawa, część pierwsza: Moskwa–Irkuck

Pociąg nr 070Ч na trasie Moskwa–Czyta kursuje codziennie, odjeżdża z dworca Jarosławskiego o 1350. Podróż trwa nieco ponad cztery dni. Bilety można kupić na stronie przewoźnika (rzd.ru) 90 dni przed wyjazdem. Rezerwujemy wtedy rodzaj biletu, wagon i konkretne miejsca. W kolei transsyberyjskiej są aż 3 klasy:

  • “plackarta”, czyli 3 klasa, w wagonach której nie ma przedziałów, można wybrać tylko miejsce, w zależności czy chcemy spać na dole czy na górze, idealna do zawierania nowych znajomości i podszkolenia języka;
  • “kupe”, 2 klasa, która obejmuje miejsce w kabinie czteroosobowej, w cenę biletu wchodzi pościel i jeden posiłek;
  • “lux”, klasa 1, gdzie oprócz komfortowej kabiny z dwoma łóżkami i prysznicem mamy zapewnione pełne wyżywienie.

Wybierając bilet postanowiliśmy iść na kompromis i zdecydowaliśmy się na dwa miejsca w “kupe”, co było chyba najlepszym rozwiązaniem. Zarezerwowaliśmy miejsce na dole i górze po jednej stronie. Miejsce górne kosztowało 7368 rubli, dolne 10227, co w całości wyszło nas około 500 zł za osobę na trasie Moskwa-Irkuck. W cenę wliczona była pościel, ręczniki, kapcie i szczoteczka do zębów (trochę jak w samolocie).

35485143_1740880512655131_3463175754471178240_n.jpg

Pociąg okazał się bardzo czysty i całkiem przestronny. W każdym wagonie są dwie toalety (zamykane ZAWSZE na czas postoju) i samowar. Jedynym minusem jest brak prysznica z prawdziwego zdarzenia, jednak i z tym łatwo można sobie poradzić, wystarczy mieć w sobie coś z inżyniera. Przedziały czteroosobowe “kupe” jak sama nazwa wskazuje mają cztery łóżka, dwa górne i dwa dolne, przy każdym jest lampka nocna, a na środku, pod stolikiem, znajdują się dwa kontakty (nie jest to jednak standard w Transsibie, zazwyczaj kontakty są tylko na korytarzu i w toaletach).  W pociągu na ogół jest cicho i spokojnie, pasażerowie starają się przespać długą podróż. Na każdy wagon przypadają dwie “prowadnice”, które zajmują się utrzymywaniem go w czystości i pomagają pasażerom, gdy potrzeba. U nich także można zaopatrzyć się w kawę, herbatę (w szklance z koszyczkiem, 45 rubli) i różnego rodzaju przekąski. Prócz tego w pociągu jest wagon restauracyjny, z którego warto skorzystać chociaż raz, żeby spróbować “kolejarskiej” kuchni.

35345192_2176707625676734_569984070470074368_n.jpg

35298520_1740881112655071_4747579110090342400_n.jpg

Jedzenie w podróży

Wagon restauracyjny i zakupy u prowadnic to tylko jedno z możliwych pomysłów na posiłek podczas podróży. Przed wyjazdem warto zaopatrzyć się w najpotrzebniejsze produkty (chleb, warzywa, kawa, herbata itd.). Tuż obok dworca Jarosławskiego znajduje się galeria handlowa, a w niej supermarket, w którym udało nam się zrobić porządne zakupy. Kolejną, niezawodną opcją są BABUSZKI. Pociąg zatrzymuje się na stacjach na kilka, kilkanaście minut, aczkolwiek na tych większych  postoje mogą potrwać prawie godzinę, więc zawsze można zrobić zakupy u pań na peronie. Babuszki sprzedają niemalże wszystko, od pirożków i słodyczy, przez wędzone ryby, po alkohol i papierosy. Pełen wypas i do tego jaki smaczny! Nie zapominajmy także o współtowarzyszach podróży, w szczególności jeśli są Rosjanami, podzielą się z Wami czym tylko mogą (począwszy od wódki i słoniny). Jednego możecie być pewni: w Transsibie z głodu nie zginiecie.

35345542_1740881872654995_8585968675033448448_n.jpg

35348582_2176709529009877_3712176032485212160_n.jpg

W drodze do Mongolii

Drugą częścią naszej podróży był odcinek Irkuck–Ułan Bator. Pociąg odjeżdża z Irkucka około 0800 rano (na bilecie 0300 w czasie moskiewskim), w stolicy Mongolii jesteśmy o 0730 (podany jest czas lokalny). Trzeba bardzo uważać przy sprawdzaniu czasu odjazdu, łatwo jest się pogubić, uwierzcie na słowo…  Niestety nie ma możliwości kupienia biletów przez internet. W zakupie ich pomógł nam Iwan, który organizował dla nas transport na wyspę Olchon. W pociągu do Ułan Bator są tylko dwie klasy: luks i kupe, za bilet do drugiej zapłaciliśmy 7000 rubli za osobę, co daje trochę ponad 800 zł za przejazd dla dwóch osób. Z jednej strony wagon był dużo nowocześniejszy, rozkładana kanapa i nowe toalety uprzyjemniały podróż, nie było jednak wagonu restauracyjnego, ale nie jestem pewna, czy taki jest standard w pojazdach na tej własnie trasie. Za minus można także uznać fakt, że większość pasażerów to turyści. Z jednej strony fajnie wymienić się doświadczeniami i wskazówkami, z drugiej jednak miło jest poznawać lokalnych i słuchać ich opowieści.

35328132_2176707562343407_8233764808252456960_n.jpg

Kontrola graniczna była dość długa i surowa. Najpierw na granicy Rosyjskiej w Nauszkach mieliśmy kontrolę paszportową, po czym musieliśmy otworzyć plecaki, żeby udowodnić, że nie przewozimy nic nielegalnego. Cały proces potrwał ponad godzinę, wtedy ruszyliśmy do Suche Bator, gdzie przechodziliśmy to samo po raz drugi, prawie dwie godziny. Nigdy jeszcze nie spotkałam się z tak długą kontrolą graniczną, znałam ją tylko z opowieści rodziców. Dalsza część podróży minęła wyjątkowo szybko (oczywiście spaliśmy) i rano wysiedliśmy w Ułan Bator, żeby zacząć mongolską część naszej przygody.

35366230_2176783179002512_3998659769991692288_n.jpg

Jak przygotować się do podróży?

Podczas planowania wyjazdu ciężko było mi niekiedy znaleźć odpowiedzi na nurtujące pytania, więc może przyda Wam się trochę naszych informacji i porad.

Oprócz wcześniej wspomnianej wizy i paszportu, żeby wsiąść do pociągu potrzebujemy jeszcze tylko bilet. Możemy go kupić tradycyjnie na dworcu albo online, wtedy należy go wydrukować i pokazać prowadnicy przy wsiadaniu do pociągu.

35356449_2176706982343465_5176484341089304576_n

Warto mieć ze sobą kubki, sztućce i talerze turystyczne, łatwiej będzie przygotować posiłek. My kupiliśmy plastikowe talerzyki i kubki w markecie, sztućce mieliśmy ze sobą.

Może to i śmieszne, ale przydadzą się wygodne ubrania. Transsib to taki trochę hostel na kółkach, nikogo nie obchodzi jak wyglądamy i w co jesteśmy ubrani. Nikt nie ma na sobie stylowych spodni i wyprasowanej koszuli (a nawet jeśli, to zaraz po odjeździe pociągu pasażerowie mają w zwyczaju się przebierać). I do tego oczywiście klapki, które najbardziej przydają się do prysznica z butelki.

35362860_1740881345988381_7646297205820620800_n.jpg

Dla dziewczyn polecam serdecznie suchy szampon albo po prostu puder dziecięcy (używam do wszystkiego!), ponieważ jeśli prowizoryczny prysznic nie jest problemem, to jednak mycie długich włosów wodą z butelki nie jest najlepszym pomysłem.

Jeśli już jesteśmy przy czystości i porządku, ja zabrałam do plecaka malutki odświeżacz powietrza (z tych cienkich jak kartka papieru) i położyłam na półce w przedziale. Może zabawnie brzmi, ale pomogło mi to bardziej się zadomowić i czuć komfortowo.

Serdecznie polecamy zabrać również małe pamiątki z ojczyzny. Podarowanie czegoś z drugiego końca świata współtowarzyszom podróży to przemiły gest, który zawsze cieszy. Naszym kompanem był mieszkaniec Kamczatki, który na pożegnanie podarował nam magnesy na lodówkę ze swoich stron i serdeczne namawiał, żeby go kiedyś odwiedzić.

35328524_2176707462343417_7252368741076303872_n.jpg

Wszyscy mówią, że podróż koleją transsyberyjską można pokochać albo znienawidzić, nie ma nic pośrodku. Ja zdecydowanie należę do tej pierwszej grupy podróżników, aczkolwiek po wielu rozmowach z Marcinem doszliśmy wspólnie do wniosku, że następnym razem wybierzemy samolot. Powód jest tylko jeden — oszczędność czasu. Przez siedem dni można zobaczyć kawał kraju, niekoniecznie z okien pociągu. Następnym razem chcielibyśmy jednak zwiedzić więcej miast i zobaczyć tereny mniej zaludnione. Nie zmienia to jednak faktu, że podróż Transsibem jest jedyna w swoim rodzaju, warto chociaż raz w życiu ją przebyć i nie żałujemy ani sekundy spędzonej w pociągu.

35397010_1740952655981250_2604394883267428352_n.jpg

… A dla wszystkich, którzy planują taką podróż w przyszłości bliższej bądź dalszej, służymy pomocą!