10 atrakcji Nowego Jorku, których nie możesz przeoczyć

Nowy Jork jest to podróżnicze marzenie wielu z Was, co w pełni rozumiem i nie mogę się temu w żaden sposób dziwić. Muszę przyznać, że w moim przypadku było jednak zupełnie inaczej. Nowy Jork, jak i w sumie całe Stany Zjednoczone miały gdzieś tam swoje miejsce na mojej liście “must see”, aczkolwiek nie była to napewno pierwsza dziesiątka. Nigdy nie miałam parcia na podróż w tamtą stronę świata (w odróżnieniu od wyprawy do Rosji na przykład). Marcin natomiast zawsze marzył o podróży do Nowego Jorku. Miał baaaardzo długą listę budynków, ulic i atrakcji, które koniecznie chciał zobaczyć. Udało nam się może z połową, więc Wielkie Jabłko musimy jeszcze kiedyś odwiedzić.

img_4915

Dlaczego tak właściwie Nowy Jork nazywa się “Wielkim Jabłkiem”? Gdy spytacie o to nowojorczyka dowiecie się, że chodzi o słynne jabłko, którym Ewa poczęstowała Adama. Jednak prawdziwa historia mówi zupełnie co innego. W latach 20-tych XIX wieku redaktor New York Times J. J. Fitzgerald usłyszał tę nazwę na jednym z torów wyścigowych i tak przypadła mu do gustu, że nazwał swoją kolumnę w tej właśnie gazecie “Around the Big Apple”. Pisał w niej o wyścigach konnych i nazwa ta stała się najpierw symbolem nowojorskich gonitw, a potem także całego miasta. W 1997 roku Rudolph Giuliani, burmistrz Nowego Jorku, nadał nazwę “The Big Apple Corner”, dla rogu Broadway i 54 Ulicy, bo właśnie tam przez niemalże 30 lat mieszkał redaktor John Fitzgerald.

img_4914

My zaczęliśmy zwiedzanie Wielkiego Jabłka od przejścia się po kultowym Times Square w środku nocy. Co jest urokiem tego miejsca? Zupełnie nic. Jest to jedyna atrakcja turystyczna na świecie, gdzie oprócz zrobienia sobie zdjęcia “jak z pocztówki” nie uświadczycie niczego ciekawego. I to jest właśnie ciekawe.

img_4917img_4911

Przed wyjazdem do stanów spisaliśmy listę “co musimy zobaczyć” i właśnie nią kierowaliśmy się podczas zwiedzania miasta. Polecam stworzyć sobie taką rozpiskę przed wyjazdem do Nowego Jorku, bo jest to miasto tak ogromne, że nie da się przez kilka dni zobaczyć wszystkiego. My postanowiliśmy kupić bilet na najważniejsze atrakcje (z uwagi na małą ilość czasu). Jest mnóstwo stron, które sprzedają tego typu wejściówki, my skorzystaliśmy z City Pass. Cały bilet kosztował 126 dolarów i zawierał: Empire State Building (2 wejścia: w nocy i w dzień), Muzeum Historii Naturalnej, MET, Top of the Rock, Statuę Wolności, Ellis Island oraz Muzeum 9/11. Plusem jest jeden bilet na wszystko i omijanie kolejek, co zaoszczędziło nam mnóstwo czasu.

img_0271

 

Empire State Building to miejsce, które zapamiętamy na długo. Sam budynek i jego wnętrze robi ogromne wrażenie, a na koniec dochodzi jeszcze panorama miasta widziana z 86. piętra! Sama nazwa budynku pochodzi od nieoficjalnej nazwy stanu Nowy Jork: “Empire State”. Jego budowę zaczęto w 1930 roku i trwała ona 58 tygodni. Powstały przy słynnej Fifth Avenue, mierzący 381 metrów wieżowiec ma 103 piętra, w tym jedno podziemne. Waży (!) 360 tysięcy ton. Mało kto wie, że w roku 1945 uderzył w niego samolot bombowy lecący na lotnisko Newark. Przyczyną wypadku była bardzo gęsta mgła, a siła uderzenia była tak wielka, że samolot przebił budynek na wysokości 78. piętra i wypadł z drugiej strony budynku.

img_4926

img_4925

20180906_170332

p1040851

Top of the Rock, czyli taras widokowy w Rockefeller Center, to miejsce, gdzie możecie uchwycić panoramę Nowego Jorku wraz z Empire State Building. Położony w centrum Manhattanu kompleks budynków znany przede wszystkim miłośnikom Bożego Narodzenia, z uwagi na choinkę tam umieszczaną a także słynne lodowisko (ale w takim wydaniu jeszcze tego miejsca nie widzieliśmy).

img_0302img_0252img_4919

img_4742

Teraz będzie trochę emocjonalnie. Każdy, kto widział w telewizji relację z wydarzeń z 9 września 2001 roku pamięta jak bardzo to wszystkich dotknęło. Wizyta w muzeum 9/11 przywraca te wspomnienia ze zdwojoną siłą. Dopiero tam poniekąd uświadomiliśmy sobie, że to wszystko było naprawdę, że prawie 3 tysiące ludzi zginęło i jak bardzo wydarzenia te zmieniły świat. Muzeum podzielone jest na 3 wystawy: 11 września, przed zamachem oraz po zamachu. Ważnym miejscem jest pomnik poświęcony ofiarom tragedii, w miejscu fundamentów dawnych twin towers powstały 2 zbiorniki wodne, w których nieustannie przelewa się woda. Symbolizuje to pustkę oraz przemijanie. Warto tam przystanąć na chwilę i zobaczyć to, co jest niewidoczne dla oczu.

img_4923

img_4912

img_0108

W pobliżu Muzeum 9/11 znajduje się port, z którego można dopłynąć na Ellis Island oraz Liberty Island (gdzie znajduje się Statua Wolności). Skupiliśmy się, jak rasowi turyści, na zobaczeniu “zielonej pani z pochodnią”, a tu niespodzianka: zdecydowanie bardziej interesująca okazała się druga wyspa, czyli miejsce gdzie do wyśnionej Ameryki przybywali imigranci z Europy i nie tylko. W latach 1892-1924 na wyspie działało biuro ds. przyjmowania imigrantów, które przyjęło ich około 12 milionów. Po przybyciu na wyspę ludzie byli przesłuchiwani i badani przez lekarzy. Niektórzy musieli tam spędzać tygodnie lub nawet miesiące, przechodząc kwarantannę i ewentualne leczenie. Nie obyło się bez ofiar śmiertelnych, około 3 tys. przybyłych umarło na “wyspie łez”. Wielu imigrantów było oszukiwanych przez “hieny z Ellis Island”: urzędników, osoby sprzedające bilety a nawet fryzjerów. Miejsce warte odwiedzenia, kawał nieopowiedzianej historii, także z polskimi wątkami.

img_4921

A Statua Wolności? Jak z pocztówki.

img_4922

Nadszedł czas na chwilę wytchnienia w parku? Przecież możemy sobie pozwolić na krótki spacerek po Central Parku. Otóż nie, moi mili. Nie będzie to spacerek, będzie to WĘDRÓWKA, że aż Was nogi zabolą. O ogromie największego Parku w Nowym Jorku przekonacie się dopiero wtedy, jak po całym dniu zwiedzania miasta będziecie chcieli go przejść. 364 hektary powierzchni, bez przysiadania na ławkach się nie obędzie.

 

img_4924

 

Wiecie co jeszcze wywarło na mnie spore wrażenie? Most Brookliński. Z racji tego, że nocowaliśmy właśnie w Brooklinie mijaliśmy ten zabytek minimum 2 razy dziennie. Jest to jeden z najstarszych (1883r.) mostów wiszących na świecie, a znany jest przede wszystkim z wielu hollywoodzkich produkcji.

img_4930

 

Ciężko jest wymienić tylko 10 atrakcji w tak ogromnym i zróżnicowanym mieście. Powiedziałabym, że jest to wręcz niemożliwe. Jednak poniżej wymieniamy te, które najbardziej utkwiły nam w pamięci i warto mieć je na uwadze, gdy ma się niewystarczającą ilość czasu (teraz wiem, że na Nowy Jork potrzeba znacznie więcej jak 7 dni).

Lista 10 atrakcji Nowego Jorku wg “Trupy”

  1. Empire State Building
  2. Ellis Island
  3. Muzeum 9/11
  4. Central Park
  5. MET
  6. Times Square
  7. Statua Wolności
  8. Top of the Rocks
  9. Brooklyn Bridge
  10. Central Station

 

Do zobaczenia w Nowym Jorku!

Podróże receptą na udany związek

Niemalże każdego dnia słyszę od kogoś „ale Wam dobrze, że na siebie trafiliście i zwiedzacie świat” albo „takie małżeństwo to rzadkość”. I faktycznie, wspaniale czujemy się razem i świetnie się dogadujemy, ale jest to zasługa wyłącznie ciężkiej pracy. Bo nad związkiem trzeba pracować. Nie sztuką są maślane oczy i kolacje przy świecach, bo miłość, zaufanie i zrozumienie trzeba pielęgnować. My także mieliśmy gorsze dni, ale odkąd zaczęliśmy razem wyjeżdżać wiele nauczyliśmy się od siebie i o sobie. I wciąż to robimy! Dlatego właśnie podróżowanie stało się dla nas receptą na udany związek.

Co jest wyjątkowego we wspólnych wyjazdach? Już wyjaśniam!

 

 

Razem 24/7

Razem się budzimy i chodzimy spać. Razem mokniemy w ulewach i przypiekamy na słońcu. Denerwujemy się na opóźniony samolot i wracamy pieszo z lotniska w środku nocy. Czasami naprawdę jest romantycznie i wspaniale, ale zdarzają się sytuacje (5 dni w jednym i tym samym przedziale w pociągu), że mamy siebie serdecznie dość i bardzo chętnie spędzilibyśmy chociaż chwilę OSOBNO. To nauczyło nas, że chcemy spędzać też trochę czasu samotnie, potrafimy wychodzić z domu osobno, poświęcać się odrębnym zupełnie zainteresowaniom, mieć różnych przyjaciół, z którymi niekoniecznie spotykamy się wspólnie. Nie jesteśmy jak papużki-nierozłączki. To daje nam trochę wytchnienia. Bo warto czasami za sobą zatęsknić.

 

Podział obowiązków

W tej kategorii jesteśmy mistrzami! Od planowania kolejnych destynacji, przez formalności wizowe, po pakowanie plecaków, wszystko chodzi jak w szwajcarskim zegarku. Wiemy za co jesteśmy odpowiedzialni: o co muszę martwić się ja, a co bierze na siebie Marcin. Nawet kilogramy w plecakach rozkładamy w miarę po równo (no dobra, ja mam zawsze około 1,5 kg mniej). A takie podróżnicze przyzwyczajenia doskonale przekładają się na życie codzienne. Dzielimy obowiązki w domu, płacenie rachunków a nawet opiekę nad kotem. Sprawiedliwie i bez większych zgrzytów, po miesiącach (kilometrach!) praktyk oczywiście.

 

W zdrowiu i w chorobie

Katarek i kaszelek jest NICZYM w porównaniu do prawdziwych chorób w podróży. Co mam na myśli? Nieskończone biegunki po zjedzeniu świeżych warzyw (które mają na sobie zupełnie inną florę bakteryjną) lub po niemądrym napiciu się wody z byle jakiego źródełka w środku Azji; choroba lokomocyjna, która na pokładzie katamaranu potraja swoją moc i masz wrażenie, że śmierć jest blisko; gorączki po spędzeniu kilku godzin na plaży (“Renia, mam udar!”); zadrapania, odciski, skręcone kostki, odparzone tyłki i wiele innych dolegliwości, którymi wolelibyście się nie dzielić nawet z panem doktorem, a co dopiero z drugą połówką, która w tym właśnie momencie dzielnie trzyma Ci włosy, kiedy Ty próbujesz wypluć swoje wnętrzności.

 

Wiesz o mnie wszystko

Podróże spowodują, że już niczego nie będziecie się wstydzić, a tematy tabu przestaną istnieć. Każdy człowiek się poci, tak samo jak każdy człowiek (dziewczyny też!) korzysta z toalety. A wy będziecie wiedzieć, co do minuty, kiedy druga połówka będzie musiała zejść z trasy i na kilka chwil wskoczyć w krzaki. Nie zawsze będzie czas i możliwość pójścia pod prysznic. Nie będzie makijażu, wymodelowanej fryzury i gładkiej skóry. Jeżeli będziecie w stanie okazywać sobie uczucia po kilku dniach bez prysznica znaczy to, że to związek na całe życie.

 

Tysiące wspomnień

…których nikt Wam nie odbierze. Pocałunki przy zachodzącym słońcu, romantyczne spacery nad lazurowym wybrzeżem i nie tylko! Nauka jedzenia pałeczkami, wycieczki rowerowe przez wyspę, wyprawa do muzeum czołgów w ulewnym deszczu, próby jakiejkolwiek komunikacji z tubylcami. Każda podróż daje coś do zapamiętania, a zaufajcie, wspaniale jest usiąść wieczorem z kubkiem kakao i przypominać sobie te wszystkie historie. A apetyt rośnie w miarę jedzenia!

 

Szkoda czasu na kłótnie

Tego też próbowaliśmy. Pamiętam jak na jednym z wyjazdów pokłóciliśmy się o jakąś bzdurę. Wyszłam z hotelu na ulicę, po czym za chwilę przyszedł on pytając: “No i gdzie ty chcesz teraz iść?” Cóż, miał rację, więc potulnie, śmiejąc się wróciłam do pokoju. W podróży kłócić się zwyczajnie NIE OPŁACA. Jest tyle miejsc do zobaczenia, tyle kilometrów do przejścia, że każda minuta jest na wagę złota, więc szkoda tracić ją na obrażanie się.

Godziny rozmów

Dzięki rozmowom właśnie wiemy o sobie niemalże wszystko. Historie z dzieciństwa, ulubieni nauczyciele ze szkoły i masa innych rzeczy, do których nie wracasz przy zwykłej pogawędce przy kawie. Rozmawiamy czekając na samolot, siedząc w pociągu i leżąc na plaży. O wszystkim i o niczym. Czasami nawet z nudów.

Podróże kształcą. Stajemy się odważniejsi, doceniamy to co mamy i potrafimy przetrwać nawet najtrudniejsze sytuacje. Każdy wyjazd zmienia nas w pewnym stopniu. A my zmieniamy się RAZEM. Celebrujemy każdą chwilę spędzoną w nowym kraju i oprócz innych kultur i sposobu życia uczymy się także samych siebie. I to właśnie w podróżowaniu jest najpiękniejsze.

 

Jak zaplanować wyjazd do USA?

Zabrałam się nareszcie za relację z naszego wyjazdu do Nowego Jorku. Pomyślałam, że na wstępie warto będzie opisać proces aplikowania o wizę, bo wielu z Was pytało, jak to wszystko wygląda i czy naprawdę jest to trudne i nie do przejścia. Dla nas także wyjazd do Stanów jeszcze kilka miesięcy temu wydawał się wręcz nieosiągalny. Wiza, kilkugodzinny lot za niemałe pieniądze i zupełnie inny świat po drugiej stronie Atlantyku. Czy tak jest naprawdę? Oto kilka spostrzeżeń z naszych przygotowań do wyjazdu.

8df2bbf2-4aa7-4879-ad1d-b30cd70c4c09

Nie taka wiza straszna jak ją malują

Nasza przygoda z wnioskami wizowymi rozpoczęła się dużo wcześniej, przed powstaniem pomysłu na wyjazd do Stanów. Tony dokumentów, przeróżne wymagania przedwyjazdowe wielu krajów, zdjęcia, potwierdzenia pobytu a nawet tymczasowe zameldowanie mieliśmy obcykane jak każdy szanujący się podróżnik. Nie zmienia to oczywiście faktu, że na samą myśl o wypełnianiu aplikacji na stronie ambasady USA trafia mnie szlag. Program jest tak niesamowicie stary, że przy każdej dłuższej przerwie (około 3 minuty) zwyczajnie Cię wylogowywuje i zmusza do zaczęcia wszystkiego od początku. Wyobraźcie sobie teraz naście stron pytających o pracę, miejsca zamieszkania, szkoły, dane rodziców, planowany przyjazd i wszystkie inne rzeczy, których, chcąc nie chcąc, pamiętać nie będziecie i w mgnieniu oka zrozumiecie moją frustrację. Gdy już uda Wam się zatwierdzić ten cholerny wniosek i wnieść opłatę w wysokości 160 dolarów, musicie tylko umówić się na spotkanie w konsulacie. Nasza wizyta w ambasadzie w Londynie trwała około godziny (4 uczestników wyprawy). Urzędnik zadał nam dosłownie trzy pytania: gdzie pracujemy oraz po co i na ile chcemy lecieć do Stanów. Po tygodniu otrzymaliśmy paszporty z wizą wklejoną na 10 lat.

20180831_191736

Bilety

Jak zapewne dobrze wiecie, rezerwacja biletów lotniczych jest dla nas dość czasochłonnym przedsięwzięciem. Ceny biletów mogą się zmieniać nawet kilkanaście razy na dzień, są diametralnie różne w poszczególne dni tygodnia itd. Cierpliwie sprawdzaliśmy portal skyscanner, który pokazywał nam różne linie lotnicze, typy biletów i ceny. Oczywiście typ biletów “light” bez bagażu rejestrowanego, a często także bez jedzenia na pokładzie jest najtańszy, aczkolwiek nie jest to reguła. Koniec końców udało się nam kupić bilety za 317 funtów od osoby, czyli około 1500 zł.

20180831_192219

Kontrola po przylocie

Po wylądowaniu na lotnisku JFK w Nowym Jorku musieliśmy oczywiście przejść kontrolę paszportową. Na szczęście nie trzeba już wypełniać tzw. “landing card”, czyli karty lądowania, wszystko robi się elektronicznie w maszynach, tuż przed kontrolą. Nie obyło się oczywiście bez chwili grozy. Każdy z nas, jak jeden mąż, stanął przy swojej maszynie, zeskanował paszport, uzupełnił wszystkie potrzebne informacje i dał sobie zrobić zdjęcie. Otrzymaliśmy druczki z numerem i rodzaj kolejki, następnie jeden z urzędników wskazał nam drogę. Marcin trafił do zupełnie innej poczekalni, w drugim końcu sali, z wielkim “X” na swoim wydruku. Nie do końca wiedzieliśmy co się dzieje, stwierdzając, że go nie wpuszczą i deportują. Moja kontrola paszportowa była bardzo krótka, pytanie jak długo planuję zostać, pieczątka i “welcome to US”. Potem musieliśmy tylko czekać na Marcina. Ja zaczęłam się już zastanawiać, czy powinnam zostać czy może dać się deportować wraz z mężem, aż tu nagle miła niespodzianka: uśmiechnięty Marcin wchodzi do hali bagażowej. Okazało się, że złowieszczy “X” oznaczał jedynie, że cały proces podawania informacji w maszynie został zrobiony w innym języku niż angielski (w jego przypadku oczywiście był to nasz ojczysty język).

20180901_003130

Czas na wielki świat!

Po odebraniu bagaży i szybkim odświeżeniu się postanowiliśmy od razu ruszyć w miasto (nieważne, że była druga w nocy). Do centrum Nowego Jorku udać się można na wiele sposobów, my wybraliśmy lotniskowy pociąg “JFK Airtrain”, który z terminala IV zabrał nad prosto na Jamaica Station, gdzie mogliśmy wsiąść w linię metra “E” i dojechać chociażby na Times Square. Kosztuje to około 7 dolarów, pociągi jeżdżą bardzo często, nawet w środku nocy.

img_2615-2

49947621_390768911692165_8267104135405371392_n

I tym właśnie sposobem, cali, zdrowi i rządni wrażeń zaczęliśmy naszą amerykańską przygodę. Nie obyło się oczywiście bez nowojorskiej pizzy z lokalnej miejscówki.

Przyznać muszę, z resztą nie tylko ja, ale cała wyjazdowa ekipa (pózniej oficjalnie już nazwana “trupą”) zapewne przyzna mi rację w tej kwestii, że nie jest wcale trudno zorganizować taki wyjazd. Nie wierzcie w bajki na temat złowrogich ludzi w ambasadach i szczegółowego interview. Zazwyczaj jest to całkiem szybki i bezbolesny proces, po którym ogromy kraj, pełen pięknych miejsc stoi przed Wami otworem!

20180901_022134_001

 

 

5 atrakcji, które warto zobaczyć w Genewie

Szwajcaria stała się kolejnym miejscem na mapie Europy, do którego postanowiliśmy się udać podczas naszego bardzo długiego miesiąca miodowego. Jest to kraj, który ciekawi nas pod wieloma względami: kulturowym, historycznym a nawet lingwistycznym (bo jak można w tak małym państwie mieć aż cztery języki urzędowe?).

Po wylądowaniu na lotnisku w Genewie dowiedzieliśmy się, że transport publiczny na terenie kraju jest darmowy dla turystów. W hali bagażowej, tuż obok wyjścia stoi automat, w którym można odebrać bilet na pociąg do centrum miasta. Fajnie, co?

Przylatując w styczniu do Genewy, drugiego największego miasta w Szwajcarii, spodziewasz się na pewno wysokich gór i tony śniegu, a tu niespodzianka! Ani gór, ani śniegu. Nieprzyjemny wiatr i trochę zimnego deszczu nad brzegiem jeziora: tak wspominamy ten wyjazd pod względem pogody.

Ale co tak właściwie można zobaczyć w tym mieście? Przejdźmy do rzeczy.

Jet d’Eau 

Wysoka na 140 m fontanna, wyrzucająca wodę z prędkością 200 km/h jest symbolem Genewy. Powstała już w 1885 roku, jednak nie jako atrakcja turystyczna. Kilkumetrowy wtedy wodotrysk miał na celu odprowadzanie nadmiaru wody w przypadku zbyt dużego ciśnienia w instalacjach wodnych przeznaczonych do napędzania maszyn genewskich jubilerów. Teraz działa ona w określonych godzinach, dłużej latem, krócej zimą. Podczas silnego wiatru i niskiej temperatury fontanna jest wyłączana.

Katedra Św. Piotra i panorama miasta

Budowana przez kilka stuleci, łącząca mnóstwo stylów architektonicznych z niesamowitą historią, czyli zabytek, który koniecznie trzeba zobaczyć. W północnej nawie zachowało się miejsce, gdzie podczas nabożeństw zasiadał Jan Kalwin. Zgodnie z jego naukami wnętrze świątyni jest surowe, bez przepychu. Zwiedzając katedrę warto poświęcić czas na wejście na wieże (północną i południową). Po dotarciu na górę można podziwiać panoramę miasta, a sama wspinaczka usłana jest historycznymi faktami i rzeczami z poprzedniej epoki.

Patek Museum

Jeżeli chcecie poznać choć trochę historii kunsztu zegarmistrzowskiego (w końcu jesteśmy w Genewie) z polskimi wątkami w tle, Muzeum Patka to miejsce dla Was! Dla nas było to trochę jak podróż w czasie. Cała wystawa jest wyjątkowo interesująca i można dowiedzieć się paru ciekawostek na temat słynnego polskiego zegarmistrza ze Szwajcarii.

Horloge Fleuri

Najsłynniejszy zegar kwiatowy w Ogrodzie Angielskim. Niezwykle popularny wśród turystów jest hołdem dla lokalnego przemysłu. Na nas jednak nie zrobił wrażenia, a co więcej, przy spacerze po mieście po prostu go nie zauważyliśmy. Nie jesteśmy wielkimi fanami kwiatów, a zegarki jednak wolimy prawdziwe. 🙂

Siedziba ONZ

Pośrodku parku Ariana nad brzegiem Jeziora Genewskiego, za wielkim ogrodzeniem znajduje się Palais des Nations, czyli Pałac Narodów Zjednoczonych. W środku znajdują się 34 pomieszczenia konferencyjne oraz 2800 biur, m. in. Biuro Wysokiego Komisarza ds. Przestrzegania Praw Człowieka. Od roku 1966 stanowi główną europejską siedzibę ONZ, dlatego jest terytorium międzynarodowym. Tuż obok pałacu zobaczycie ciekawy pomnik: ogromne krzesło bez nogi. Jest ono symbolem protestu przeciwko używaniu min przeciwpiechotnych w toczących się wojnach.

Genewa jest to miasto, które spokojnie można zobaczyć w jeden, dwa dni. Podejrzewam, że jest dużo bardziej urokliwa w okresie letnim lub pokryta śniegiem, ja jednak cieszyłam się, że zaplanowaliśmy tam tylko krótki, weekendowy wyjazd. Szwajcaria jednak nadal nie kojarzy mi się z miastami i zabytkami. Ten kraj to przede wszystkim Alpy i wspaniałe górskie wycieczki, dlatego jeżeli wybierzemy się tam po raz kolejny to zdecydujemy się na małomiasteczkowe zwiedzanie.

Z wizytą u sąsiadki

Siadasz przy komputerze z kubkiem herbaty i ciastkiem (o mnie tu mowa!) i rozmyślasz o kolejnej destynacji. Krótkie wyjazdy oznaczają zazwyczaj jeden z europejskich krajów, miasto/region, które można zobaczyć w kilka dni, czasem nawet krócej. I zaufajcie, Bratysława nie przychodzi na myśl od razu, a dlaczego? Bo to przecież tylko Słowacja. Mały kraj, o którym mało też wiemy i nie do końca nas to interesuje. I to właśnie jest błąd. Bo jest to nie tylko, a AŻ Słowacja, miejsce, gdzie historia ma ogromne znaczenie, a jedzenie jest tak cholernie dobre, że jesz do takiego momentu, że nie jesteś w stanie się ruszać (coś jak u mamy na święta). I właśnie dlatego dzisiaj obalę kilka stereotypów i przedstawię nasze doświadczenia z wizyty u sąsiadki.

ulica

Tak naprawdę ciężko jest stwierdzić z czym Bratysława się kojarzy. Wielu z nas nawet nie wie, że jest to stolica Słowacji, kraju położonego tuż za naszą południową granicą. Dziś zacznę więc nieco inaczej, od kilku informacji prosto z encyklopedii.

Republika Słowacka jest to całkiem mały kraj położony w Europie środkowej. Jej powierzchnia to zaledwie 49 035 km², co daje 128. miejsce na świecie. Od 1 stycznia 1993 roku jest krajem samodzielnym, wcześniej była częścią Czechosłowacji. Położona na terenie typowo górskim, aż 61% jej powierzchni zajmują wyżyny oraz liczne pasma górskie, głownie Karpaty.

Na Słowacji (podobno wersja „w Słowacji” staje się także coraz bardziej popularna, ja jednak pokieruję się tradycją) mówi się, o dziwo, w języku słowackim, który wbrew pozorom różni się nieco od czeskiego, jednak są wzajemnie zrozumiałe (polski też jest). I w tym momencie muszę serdecznie pozdrowić moją koleżankę Denisę, z którą chętnie porównujemy nasze języki i, mówiąc szczerze, mamy przy tym niezły ubaw.

Jak już wcześniej wspomniałam, stolicą Słowacji jest Bratysława, do której postanowiliśmy się udać przy okazji naszej wyprawy do Wiednia. Jest to miasto położone nad Dunajem, a ciekawostką jest, że jest jedyną stolicą na świecie graniczącą z dwoma państwami, wcześniej wspomnianą Austrią oraz Węgrami.

No to w drogę!

Po wylądowaniu na lotnisku w stolicy Austrii wsiedliśmy w autobus Slovak Lines, by po godzinie wysiąść już w centrum Bratysławy. Jest to miasto tak kameralne, że tak na dobrą sprawę mapa była nam niemalże zupełnie zbędna, ale to przecież zaleta! Wszędzie jest blisko i nie można się zgubić, czyli coś, co lubimy najbardziej. I co najważniejsze: całe miasto można zwiedzić na piechotę!

panorama

A oto właśnie panorama Bratysławy zrobiona w drodze na zamek. Mimo dość przykrej, pochmurnej pogody, spodobało nam się to miasto. Ma ono w sobie coś przyciągającego, może to ludzie, którzy są tacy “swoi”, a może trochę wspólnej historii, bo przecież więcej nas ze Słowacją łączy niż dzieli. Lekko zaśnieżone ulice, drzewa zupełnie bez liści i ludzie zmęczeni chłodem, pospiesznie maszerujący do swoich domów. Czy nie tak właśnie wygląda każde polskie miasto na przełomie lutego i marca?

ulica.jpg

Zwiedzanie zaczęliśmy oczywiście od starego miasta, a dokładniej mówiąc, od ciepłej kawy z ciastkiem na rozgrzewkę. Po krótkim spacerze ulicami Bratysławy zgodnie stwierdziliśmy, że jest tu dość sporo pomników, głównie z brązu. Jednym z ciekawszych i chyba najpopularniejszych jest Čumil, czyli przyjazny kanalarz wychylający się z włazu. Jest on częścią projektu rewitalizacji starego miasta, zamontowany został w 1997 roku i cieszy się ogromną popularnością. Co ciekawe, Čumil nie jest to pomnik kogoś znanego, niczego nie symbolizuje, miał być jedynie ciekawym punktem na mapie Bratysławy i z tego, co zaobserwowaliśmy, pomysł się udał.

zipek

Kiedy dotarliśmy do Hlavné Námestie, czyli głównego placu w Bratysławie, jeszcze bardziej poczuliśmy się jak w domu. Piękne, kolorowe kamienice i ratusz są mieszanką kilku stylów architektonicznych, ale dla nas, typowych laików w tej materii, były po prostu obiektami cieszącymi oko. Bardzo ważnym zabytkiem jest także Katedra św. Marcina, położona przy ulicy Staromiejskiej. Przez 300 lat była miejscem koronacji monarchów węgierskich. Do 1850 roku odbyło się tam aż 11 koronacji królów i 8 królowych,  w tym np. Marii Teresy. Za czasów komunistycznych tuż przy katedrze wybudowano drogę dwupasmową, która naruszyła konstrukcję budynku, a jezdnia właściwie styka się z jej murami.

katedra.jpg

Burzliwa historia zamku

Po obejrzeniu katedry udaliśmy się w stronę najważniejszego zabytku miasta: Zamku Bratysławskiego. Wyobraźcie sobie, że warowne budowle na wzgórzu, gdzie teraz jest zamek właściwy istniały już w starożytności! Wzgórze to stanowiło swego rodzaju akropol dla położonej nieopodal osady celtyckiej. Następnie powstał tu zamek z kamienia, by po latach stać się szkołą katolicką a potem, w 1802 powstały tam koszary. W 1811 roku budowla została niemalże doszczętnie zniszczona przez pożar wzniecony przez wojsko napoleońskie. Po burzliwej historii, w latach 50 XX w. zamek został odbudowany w formie, którą możemy podziwiać do teraz.

zamek

P1020715

Pora na divadlo!

Kto na Słowacji nie był – polecam! Choćby ze względu na czytanie szyldów na ulicach. Niemalże wszystkie nazwy wydają się zabawne, moją ulubioną jest oczywiście DIVADLO, czyli teatr. Sam budynek teatru jest całkiem ciekawy, wybudowany w stylu eklektycznym. Bardzo długo grano tam sztuki jedynie w języku czeskim, dopiero po 1920 roku Słowacy doczekali się spektakli we własnym języku. Powodów było wiele: brak słowackich scenariuszy, aktorów i śpiewaków. Nieopodal teatru znaleźć można także Monument Zwycięstwa upamiętniający wyzwolenie Czechosłowacji przez Armię Czerwoną.

divadlo.jpg

monument.jpg

Spodek w Bratysławie?

Nieco inny niż ten w Katowicach, wznoszący się na wysokość 84 m jest najnowszym symbolem stolicy Słowacji. Jest częścią Mostu Słowackiego Powstania Narodowego (SNP) nad Dunajem, mieści restaurację na 430 osób. Wybudowany został w latach 1967 – 1972 i łączy centrum Bratysławy z mieszkaniową dzielnicą Petržalka.

ufo

Kofola? A cóż to takiego?

A na koniec jak zawsze zostawiam wisienkę na torcie, czyli słowackie jedzenie. Jest to kolejny kraj, który serwuje moje ulubione dania: pierogi, knedle, łazanki… Wybraliśmy się do polecanego przez kilkoro znajomych Slovak Pub, gdzie wypiliśmy tamtejsze piwo i spróbowaliśmy tradycyjnej kuchni. Porcje ogromne, cena niska: czego chcieć więcej? Ucztę zaczęliśmy oczywiście od lokalnego piwa i Kofoli, czyli czechosłowackiego odpowiednika coca-coli z dodatkiem cytryny. A jedzenie? Fantastyczne. Podstawą kuchni słowackiej są ziemniaki, kapusta i mleko w każdej formie. My mieliśmy okazję spróbować ich narodową potrawę, czyli bryndzové halušky: kluseczki ziemniaczane z bryndzą, a także strapaczki – wersja z kapustą i skwarkami. Nie obyło się oczywiście bez pierogów z bryndzą oraz tradycyjnego kapuśniaku. Nie-bo w gę-bie!

44775303_2057071154354703_5556762386154651648_n.jpg

44898828_724907694556544_4709096216003084288_n

Wiele jest powodów, żeby wybrać się na Słowację. Mimo tego, że jest to malutki kraj, my zwiedziliśmy tylko jego część. Następnym razem zostaniemy na dłużej i chętnie połazimy po słowackich Tatrach i zobaczymy wiele innych ciekawych regionów. Bo podróżne nie zawsze muszą być dalekie i długie, czasami warto zajrzeć, co interesującego może nam pokazać i opowiedzieć najbliższy sąsiad. Wiele nas ze Słowacją łączy i bardzo to doceniliśmy podczas wyjazdu do Bratysławy.

Polecamy!

Jak się pakować, żeby nie zwariować?

Już na samym początku zaznaczę, że ani ja ani Marcin do mistrzów pakowania nie należymy. Muszę jednak przyznać, z wyjazdu na wyjazd idzie nam to coraz lepiej, wszystko jest dużo bardziej zorganizowane, a przestrzeń w plecakach logistycznie podzielona i zapełniona. I bardzo mnie to cieszy.

Pierwszy plecak, który pakowaliśmy na jeden z naszych krótkich wyjazdów był wypełniony absolutnie po same brzegi. Kilka sweterków i spodni, gruba piżama i dodatkowe buty zajęły niesamowicie dużo miejsca, były niepotrzebnym ciężarem a co najgorsze, w ogóle się nie przydały. Czego więc unikać, a co rozważnie przygotować przed wyjazdem? Oto kilka naszych sprawdzonych zasad.

Plecak jest lepszy od walizki

Czy naprawdę muszę kogoś jeszcze przekonywać? Plecak można zabrać w teren, nie nosisz go niewygodnie raz w jednej, raz w drugiej ręce. Przy aktualnej polityce bagażowej tanich linii lotniczych na plecak nie zostanie zazwyczaj nałożona dodatkowa opłata i spokojnie można zabrać go na pokład, co oszczędza czas w miejscu docelowym: nie musicie czekać, aż bagaż zostanie wyładowany na taśmę w hali bagażowej. Wszystko, czego potrzebujecie macie zawsze w zasięgu ręki: leki, bluzę, okulary przeciwsłoneczne. Wygodny plecak to podstawa (o ich rodzajach napiszę w osobnym poście), na krótkie wyjazdy ja zdecydowałam się na firmę Roxy, Marcin na Wisport, natomiast na długie wyprawy obydwoje kupiliśmy słynne i NIEZAWODNE plecaki marki Deuter.

44439566_883459128524342_4021527829438005248_n (1)

Sprawdzamy pogodę przed wyjazdem

Dobrze wiecie, że ja jestem mistrzem w sprawdzaniu tego właśnie czynnika, szczególnie jeżeli chodzi o krótkie wyjazdy. Jednak nie jestem zbyt ufna wszelkim aplikacjom, dlatego zawsze kończę z jednym swetrem za dużo. Warto jest jednak wiedzieć, czy należy nastawić się na deszcz i zabrać ze sobą kurtkę, czy jednak wystarczy nam lekka bluza na chłodniejsze wieczory.

P1020715.JPG

Robię listę potrzebnych rzeczy

Nic tak nie pomaga jak sprawdzona ściąga z kilkoma obowiązkowymi rzeczami, które w plecaku znaleźć się muszą. Najczęściej robię ją już kilka dni przed wyjazdem, żeby co trochę dopisywać ważne podpunkty. Wieczorem przed wylotem robię zdjęcie przed spakowaniem plecaka, żeby po powrocie ocenić, co kompletnie się nie przydało, a co mogłam dorzucić. To naprawdę działa!

img_4733.jpg

Ubrania i buty

Jest to zdecydowanie jeden z najważniejszych aspektów każdej podróży. Ubrania muszą być nie tylko wygodne, niegnące i jak najlżejsze ale także, a może nawet przede wszystkim, obowiązkiem w tej materii jest dobra jakość. 100% bawełny to podstawa. Zdajemy sobie sprawę, że w danej koszulce spędzimy cały dzień, a dobre skarpetki zapewnią nam wygodę w chodzeniu i umożliwią spacer bez odcisków podczas kolejnych dni wyprawy. Jeżeli chodzi o buty: zawsze staramy się opierać na wzorze 2+1 czyli dwie pary butów plus klapki. Póki co świetnie się sprawdza.

Jeżeli jesteśmy już przy temacie ubrań: zawsze bierzemy ze sobą worek na brudne rzeczy, nie jest to zwykła reklamówka, a raczej dobrze skrojona torba, do której pakujemy popularne “brudy”. Podczas długich wyjazdów staramy się oczywiście robić pranie, dlatego w naszych plecakach znajdziecie płyn do prania i linkę z paracordu, na której suszymy ubrania i ręczniki (te drugie koniecznie z mikrofibry). Oczywiście lepszym wyjściem jest hostel, który posiada zarówno pralkę jak i suszarkę (w szczególności przy krótkich pobytach ułatwia to życie) jednak pośrodku safari byłam skazana na pranie ręczne.

P1000441.JPG

Była moda, co z urodą?

Jak powszechnie wiadomo, w długich podróżach ciężko o czas i ochotę na makijaż i kobiecość, jednak ja zawsze mam przy sobie podstawowe, jak to mówię,  “dziewczęce atrybuty”. Pierwszym z nich jest popularny tangle teezer w wersji mini, który zmieści się wszędzie i rozczesuje moje włosy po całym dniu w warkoczu. Staram się brać ze sobą te produkty, których używam na co dzień, moja skóra przyzwyczajona jest do swego rodzaju rytuału i już po kilku dniach bez porządnego nawilżania wygląda bardzo źle. Krem na dzień, na noc i pod oczy to obowiązek. Do tego minimalny makijaż, krem bb, mascara i paleta cieni (polecam tę od Maxineczki 🙂 ) Mydło, które przydaje się w każdej sytuacji; sudocrem na wszelkiego rodzaju odparzenia i ugryzienia a także mini zestaw z pilnikiem do paznokci: to zawsze znajdziecie w moim plecaku. Oraz hit każdego wyjazdu: puder dla dzieci. Świetnie sprawdza się w swojej oczywistej funkcji, jako zasypka do ciała, jednak ma wiele innych podróżniczych zastosowań. Ja używam go także jako pudru do twarzy (bardzo cieniutka warstwa) i jest wspaniałą alternatywą dla suchego szamponu.

Prócz tego zawsze pakujemy oczywiście rolkę papieru toaletowego i mokre chusteczki oraz podręczną apteczkę. Mamy w niej kilka plastrów i bandaży, wodę utlenioną w postaci wacików oraz najpotrzebniejsze leki: coś na ból głowy, coś na biegunkę i kilka innych specyfików (plus leki, które regularnie przyjmujemy).

P1000449

A Marcin? Z reguły zajmuje się sprawami technicznymi.

U niego w plecaku zawsze znajdę power banki, kable i przejściówki oraz parę słuchawek. On też odpowiedzialny jest za moje linki na pranie i sztućce (które zawsze bierzemy ze sobą w razie “W”). Gdzieś na dnie plecaka chowamy kserokopie naszych paszportów i wiz, a także wszystkie potwierdzenia noclegów, wynajmu samochodu, biletów na poszczególne środki transportu oraz polisę ubezpieczeniową. Marcin często pakuje ze sobą latarkę, bo jej właśnie najbardziej brakowało nam podczas pobytu w Tanzanii.

P1160417.JPG

Jak już wszyscy zapewne wiecie: typowy ze mnie planer. Dlatego zawsze biorę przewodniki ze swoimi notatkami, żeby wiedzieć, gdzie koniecznie musimy iść i co zobaczyć. W podróży towarzyszy mi też dobra książka, zazwyczaj w formie tradycyjnej, jednak gdy jedziemy na dłużej stawiam na e-booki. I notatnik! Chętnie zapisuję ciekawe fakty i porady, żebym mogła się kiedyś podzielić tymi informacjami z innymi. A czego nigdy ze sobą nie biorę? Biżuterii. Nie kuszę losu, w czasie podróży nie potrzebuję obrączki na palcu i łańcuszka na szyi. Jedyne, co nosimy to bransoletki, które były z nami dosłownie wszędzie.

44486068_2210015485932930_8536489393358110720_n.jpg

Muszę przyznać, że podróże wiele nas nauczyły. Nie tylko geografii i historii a także faktu, jak mało jest człowiekowi potrzebne, żeby przeżyć i świetnie się bawić. Zawartość plecaka jest naprawdę względna, nawet jeśli czegoś zapominamy, a zdarzyło się to już kilkakrotnie, to świetnie sobie z tym radzimy.

Prosty przykład:

Jesteśmy już na lotnisku w drodze do Szwajcarii, pytam Marcina czy wziął aparat.

– Oczywiście, że wziąłem, wszystko jest w plecaku! – odpowiada szybko mój mąż i żwawym krokiem maszeruje w stronę samolotu.

– A baterię do niego, która ładowała się na biurku też masz?

– Nie. – i w tym momencie właśnie zaczęła się kolejna przygoda.

Bo w podróży trzeba sobie jakoś radzić!

Warto pomagać, czyli o wolontariacie z pandami

Jaka jest definicja podróżowania? Zwiedzanie świata, przemierzanie kolejnych kilometrów, poznawanie nowych ludzi i ich kultur? A może robienie zdjęć, próbowanie nowych rzeczy i zbieranie pamiątek? Każda jest w jakiś sposób trafna, a my znaleźliśmy jeszcze jedną – pomaganie.

Planując nasz wyjazd do Chin od początku gdzieś z tyłu głowy tkwił pomysł na zobaczenie pandy wielkiej. Jednak zarówno ja jak i Marcin nie jesteśmy fanami ogrodów zoologicznych, więc wypad do pekińskiego zoo nie był nawet brany pod uwagę. Zupełnie przez przypadek, przeglądając przeróżne relacje z podróży trafiłam na filmik z pandami w roli głównej. Była to promocja wolontariatu w “przedszkolu dla pand” w Chengdu. I tak zaczęły się poszukiwania. Miejsce, loty, nocleg, badania lekarskie… Równo miesiąc później byliśmy już na miejscu.

P1040099.JPG

Oczywiście nie wszystko zorganizowaliśmy sami, po pierwsze z braku czasu, po drugie bez znajomości języka chińskiego było nam ciężko cokolwiek załatwić. We wszystkim pomogła nam organizacja MY PANDA TOUR, oni kupili dla nas bilety, zdobyli potrzebne dokumenty i zawieźli na miejsce.

Nasz wolontariat odbył się w Dujiangyan Panda Base, oddalonej od Chengdu o 70 kilometrów. Najpierw musieliśmy przejść proces rejestracji, żeby dostać przepustkę, następnie ubrani w koszulki z logo bazy (żeby odróżniać się od turystów) wysłuchaliśmy instrukcji oraz regulaminu miejsca.

IMG_0042.JPG

Obowiązków mieliśmy kilka, były one dostosowane do pory dnia i stylu życia pand, które zdecydowanie bardziej aktywne są rano, popołudniami głownie ucinają sobie drzemki.

Z samego rana dostaliśmy rękawiczki, ponieważ naszym zadaniem numer jeden było wyczyszczenie zagród. Najpierw zbieraliśmy niedojedzone resztki bambusa i warzyw, a potem zajęliśmy się sprzątaniem odchodów. Nie jest to może zadanie dla osób bardzo wrażliwych, aczkolwiek dla każdego posiadacza domowego zwierzaka nie stanowi to problemu.

IMG_0037IMG_0036IMG_0030

Kolejnym etapem było przygotowywanie jedzenia. Pandy jedzą głownie bambus, a konkretniej jego łodygi, które trzeba połamać, żeby ułatwić tym leniwym zwierzakom posiłek. Ciekawym faktem jest, że panda należy do zwierząt drapieżnych, jej układ pokarmowy jest stworzony do trawienia mięsa. Być może dlatego, jedząca głownie warzywa panda trawi jedynie 25% przyjmowanego pokarmu (gdzie np krowa 80%).

IMG_1474P1040020P1040035P1040049

Biało czarny niedźwiedź jada także ciasto sojowe, którego przygotowanie należało do naszych obowiązków. W skład takiego wypieku wchodzą: mąka kukurydziana, soja, miód, ryż i zboża. Na początku wychodziły one nieco niekształtne, jednak po kilku próbach staliśmy się mistrzami “panda cake”. 🙂

IMG_0038

IMG_1480

Najprzyjemniejszym zadaniem było karmienie. O ścisłe określonej porze musieliśmy się pojawić w boksie, który przystosowany był do spożywania posiłków. Była to swego rodzaju jadalnia dla pand. Tam właśnie mogliśmy własnoręcznie podać posiłek naszym nowym chińskim przyjaciołom.

IMG_0033P1040083

Oczywiście i my mieliśmy czas na spożywanie posiłków. W programie naszego wolontariatu uwzględniono nas jako tymczasowych pracowników ośrodka, co łączyło się z jedzeniem w tamtejszej stołówce. Nasi koledzy musieli nam wytłumaczyć jakie potrawy podawano i jaka jest ich zawartość. Niektóre z dań, jak na kuchnię syczuańską przystało, były niesamowicie ostre i jeszcze długo po zjedzeniu paliły w język. Wszystkie jednak jedliśmy ze smakiem, często sięgając po dokładki.

39409086_253972388564984_5902653656032870400_n39468246_451391665343409_4562399026732859392_n

Jak to w kuchni chińskiej bywa, nie obyło się bez niespodzianek. Po jednym z posiłków przyjrzałam się temu co zostało na tacce i, ku mojemu zdziwieniu, odkryłam część głowy kaczki, z dziobem włącznie (dowód na zdjęciu poniżej). Było to moje pierwsze zetknięcie z magią prawdziwej chińskiej kuchni, która z dnia na dzień zaskakiwała mnie coraz bardziej…

39575668_2111697772237651_6103000664776900608_n

Żeby nie skupiać się na jedzeniu dziwnych rzeczy, opowiem jeszcze trochę o samym rezerwacie. Jest to miejsce ciekawe zarówno pod względem turystycznym jak i wolontariackim. Oprócz wszystkich aktywności związanych z pandami, mogliśmy także posłuchać wykładów i obejrzeć filmy na temat tych pięknych zwierzaków oraz ogromnej pracy, jaką wykonują wolontariusze, pracownicy oraz władze kraju. Panda wielka jest gatunkiem, któremu zagraża wyginięcie. Nie są one w stanie żyć dziko, nie ze względu na drapieżników (ponieważ swoimi gabarytami odstraszają większość z nich), a z powodu swojej natury. Są to zwierzęta dość leniwe i nie lubią aktywności fizycznej, prócz tego przez swoją niezdarność potrafią szybko zrobić sobie krzywdę. Potrzebują więc bezwzględnie specjalnej opieki.

IMG_0017P1040094P1040095P1040106P1040150P1040171

Podsumowując, wyjazd do Dujiangyan był jednym z najważniejszych przeżyć w moim (naszym!) życiu. Zdecydowaliśmy, że przynajmniej raz w roku wybierzemy się na wolontariat, za każdym razem robiąc coś innego, pomagając innym zwierzętom w różnych stronach świata. Pobyt w Chengdu uświadomił nam jak wiele jest miejsc, gdzie nawet najmniejsza pomoc jest na wagę złota. Nasze certyfikaty powiesiliśmy na ścianie, żeby codziennie przypominały nam o tym, że WARTO POMAGAĆ.

COKW7163

Poradnik: jak pokonać 6266 km w pociągu i nie zwariować.

Chcesz spędzić swój urlop w niecodziennych warunkach? Marzysz, żeby wreszcie wypocząć, wyspać się i nic nie robić? Masz stos książek do przeczytania i kilka seriali do nadrobienia? Wsiądź w TRANSSIB, a się nie zawiedziesz.

Tak właśnie Rosjanie powinni reklamować swoje połączenia kolejowe łączące wchód z zachodem kraju. Ja natomiast przeczytałam kiedyś, że taką podroż trzeba odbyć choćby raz w życiu. Dlatego gdy szukaliśmy destynacji na kolejny dłuższy trip, wpadłam na pomysł wyprawy przez Rosję i po kilku tygodniach siedziałam już wygodnie w wagonie numer 7.

35382387_2176709279009902_1828744688920690688_n.jpg

Zacznijmy jednak od początku, czyli… Krótka historia kolei transsyberyjskiej.

W XIX w. Rosjanie postanowili rozwinąć swoją siatkę kolejową aż za wzgórza Uralu. W 1890 roku pomysł został zatwierdzony przez cara Aleksandra II, a już rok później jego syn położył kamień węgielny we Władywostoku, co oznaczało rozpoczęcie budowy najdłuższej trasy kolejowej na świecie. Całe przedsięwzięcie miało na celu rozwój Syberii, eksport i import towarów oraz ukazanie jej walorów turystycznych. Trasę budowano w dziewięciu odcinkach: zachodniosyberyjskim, środkowosyberyjskim, krugobajkalskim, zabajkalskim, amurskim, ussuri, transmandżurskim, południowo-mandżurskim oraz transmongolskim. Przy budowie kolei transsyberyjskiej pracowało ponad 90 tysięcy ludzi: budowlańców, inżynierów ale także jeńców i skazanych. Na terenie budowy, ze względu na brak podstawowych dóbr i higieny często wybuchały epidemie, co dziesiątkowało robotników. Całkowity koszt przedsięwzięcia poniosła Rosja, a prace zakończono po 25 latach. Po ukończeniu budowy na teren Syberii przeniosło się około 3 miliony mieszkańców.

Kolej przemierza 2 kontynenty, 89 miast i 8 stref czasowych. Ciekawostką jest fakt, że pociąg operuje w czasie moskiewskim, więc widok pasażera z dwoma zegarkami na ręce nie jest niespodzianką. Po wielu latach kolej uzyskała światową sławę, powstają filmy dokumentalne i reportaże na jej temat, trasa opisywana jest w wielu książkach.

35476795_2176706829010147_146781920385040384_n.jpg

Nasza wyprawa, część pierwsza: Moskwa–Irkuck

Pociąg nr 070Ч na trasie Moskwa–Czyta kursuje codziennie, odjeżdża z dworca Jarosławskiego o 1350. Podróż trwa nieco ponad cztery dni. Bilety można kupić na stronie przewoźnika (rzd.ru) 90 dni przed wyjazdem. Rezerwujemy wtedy rodzaj biletu, wagon i konkretne miejsca. W kolei transsyberyjskiej są aż 3 klasy:

  • “plackarta”, czyli 3 klasa, w wagonach której nie ma przedziałów, można wybrać tylko miejsce, w zależności czy chcemy spać na dole czy na górze, idealna do zawierania nowych znajomości i podszkolenia języka;
  • “kupe”, 2 klasa, która obejmuje miejsce w kabinie czteroosobowej, w cenę biletu wchodzi pościel i jeden posiłek;
  • “lux”, klasa 1, gdzie oprócz komfortowej kabiny z dwoma łóżkami i prysznicem mamy zapewnione pełne wyżywienie.

Wybierając bilet postanowiliśmy iść na kompromis i zdecydowaliśmy się na dwa miejsca w “kupe”, co było chyba najlepszym rozwiązaniem. Zarezerwowaliśmy miejsce na dole i górze po jednej stronie. Miejsce górne kosztowało 7368 rubli, dolne 10227, co w całości wyszło nas około 500 zł za osobę na trasie Moskwa-Irkuck. W cenę wliczona była pościel, ręczniki, kapcie i szczoteczka do zębów (trochę jak w samolocie).

35485143_1740880512655131_3463175754471178240_n.jpg

Pociąg okazał się bardzo czysty i całkiem przestronny. W każdym wagonie są dwie toalety (zamykane ZAWSZE na czas postoju) i samowar. Jedynym minusem jest brak prysznica z prawdziwego zdarzenia, jednak i z tym łatwo można sobie poradzić, wystarczy mieć w sobie coś z inżyniera. Przedziały czteroosobowe “kupe” jak sama nazwa wskazuje mają cztery łóżka, dwa górne i dwa dolne, przy każdym jest lampka nocna, a na środku, pod stolikiem, znajdują się dwa kontakty (nie jest to jednak standard w Transsibie, zazwyczaj kontakty są tylko na korytarzu i w toaletach).  W pociągu na ogół jest cicho i spokojnie, pasażerowie starają się przespać długą podróż. Na każdy wagon przypadają dwie “prowadnice”, które zajmują się utrzymywaniem go w czystości i pomagają pasażerom, gdy potrzeba. U nich także można zaopatrzyć się w kawę, herbatę (w szklance z koszyczkiem, 45 rubli) i różnego rodzaju przekąski. Prócz tego w pociągu jest wagon restauracyjny, z którego warto skorzystać chociaż raz, żeby spróbować “kolejarskiej” kuchni.

35345192_2176707625676734_569984070470074368_n.jpg

35298520_1740881112655071_4747579110090342400_n.jpg

Jedzenie w podróży

Wagon restauracyjny i zakupy u prowadnic to tylko jedno z możliwych pomysłów na posiłek podczas podróży. Przed wyjazdem warto zaopatrzyć się w najpotrzebniejsze produkty (chleb, warzywa, kawa, herbata itd.). Tuż obok dworca Jarosławskiego znajduje się galeria handlowa, a w niej supermarket, w którym udało nam się zrobić porządne zakupy. Kolejną, niezawodną opcją są BABUSZKI. Pociąg zatrzymuje się na stacjach na kilka, kilkanaście minut, aczkolwiek na tych większych  postoje mogą potrwać prawie godzinę, więc zawsze można zrobić zakupy u pań na peronie. Babuszki sprzedają niemalże wszystko, od pirożków i słodyczy, przez wędzone ryby, po alkohol i papierosy. Pełen wypas i do tego jaki smaczny! Nie zapominajmy także o współtowarzyszach podróży, w szczególności jeśli są Rosjanami, podzielą się z Wami czym tylko mogą (począwszy od wódki i słoniny). Jednego możecie być pewni: w Transsibie z głodu nie zginiecie.

35345542_1740881872654995_8585968675033448448_n.jpg

35348582_2176709529009877_3712176032485212160_n.jpg

W drodze do Mongolii

Drugą częścią naszej podróży był odcinek Irkuck–Ułan Bator. Pociąg odjeżdża z Irkucka około 0800 rano (na bilecie 0300 w czasie moskiewskim), w stolicy Mongolii jesteśmy o 0730 (podany jest czas lokalny). Trzeba bardzo uważać przy sprawdzaniu czasu odjazdu, łatwo jest się pogubić, uwierzcie na słowo…  Niestety nie ma możliwości kupienia biletów przez internet. W zakupie ich pomógł nam Iwan, który organizował dla nas transport na wyspę Olchon. W pociągu do Ułan Bator są tylko dwie klasy: luks i kupe, za bilet do drugiej zapłaciliśmy 7000 rubli za osobę, co daje trochę ponad 800 zł za przejazd dla dwóch osób. Z jednej strony wagon był dużo nowocześniejszy, rozkładana kanapa i nowe toalety uprzyjemniały podróż, nie było jednak wagonu restauracyjnego, ale nie jestem pewna, czy taki jest standard w pojazdach na tej własnie trasie. Za minus można także uznać fakt, że większość pasażerów to turyści. Z jednej strony fajnie wymienić się doświadczeniami i wskazówkami, z drugiej jednak miło jest poznawać lokalnych i słuchać ich opowieści.

35328132_2176707562343407_8233764808252456960_n.jpg

Kontrola graniczna była dość długa i surowa. Najpierw na granicy Rosyjskiej w Nauszkach mieliśmy kontrolę paszportową, po czym musieliśmy otworzyć plecaki, żeby udowodnić, że nie przewozimy nic nielegalnego. Cały proces potrwał ponad godzinę, wtedy ruszyliśmy do Suche Bator, gdzie przechodziliśmy to samo po raz drugi, prawie dwie godziny. Nigdy jeszcze nie spotkałam się z tak długą kontrolą graniczną, znałam ją tylko z opowieści rodziców. Dalsza część podróży minęła wyjątkowo szybko (oczywiście spaliśmy) i rano wysiedliśmy w Ułan Bator, żeby zacząć mongolską część naszej przygody.

35366230_2176783179002512_3998659769991692288_n.jpg

Jak przygotować się do podróży?

Podczas planowania wyjazdu ciężko było mi niekiedy znaleźć odpowiedzi na nurtujące pytania, więc może przyda Wam się trochę naszych informacji i porad.

Oprócz wcześniej wspomnianej wizy i paszportu, żeby wsiąść do pociągu potrzebujemy jeszcze tylko bilet. Możemy go kupić tradycyjnie na dworcu albo online, wtedy należy go wydrukować i pokazać prowadnicy przy wsiadaniu do pociągu.

35356449_2176706982343465_5176484341089304576_n

Warto mieć ze sobą kubki, sztućce i talerze turystyczne, łatwiej będzie przygotować posiłek. My kupiliśmy plastikowe talerzyki i kubki w markecie, sztućce mieliśmy ze sobą.

Może to i śmieszne, ale przydadzą się wygodne ubrania. Transsib to taki trochę hostel na kółkach, nikogo nie obchodzi jak wyglądamy i w co jesteśmy ubrani. Nikt nie ma na sobie stylowych spodni i wyprasowanej koszuli (a nawet jeśli, to zaraz po odjeździe pociągu pasażerowie mają w zwyczaju się przebierać). I do tego oczywiście klapki, które najbardziej przydają się do prysznica z butelki.

35362860_1740881345988381_7646297205820620800_n.jpg

Dla dziewczyn polecam serdecznie suchy szampon albo po prostu puder dziecięcy (używam do wszystkiego!), ponieważ jeśli prowizoryczny prysznic nie jest problemem, to jednak mycie długich włosów wodą z butelki nie jest najlepszym pomysłem.

Jeśli już jesteśmy przy czystości i porządku, ja zabrałam do plecaka malutki odświeżacz powietrza (z tych cienkich jak kartka papieru) i położyłam na półce w przedziale. Może zabawnie brzmi, ale pomogło mi to bardziej się zadomowić i czuć komfortowo.

Serdecznie polecamy zabrać również małe pamiątki z ojczyzny. Podarowanie czegoś z drugiego końca świata współtowarzyszom podróży to przemiły gest, który zawsze cieszy. Naszym kompanem był mieszkaniec Kamczatki, który na pożegnanie podarował nam magnesy na lodówkę ze swoich stron i serdeczne namawiał, żeby go kiedyś odwiedzić.

35328524_2176707462343417_7252368741076303872_n.jpg

Wszyscy mówią, że podróż koleją transsyberyjską można pokochać albo znienawidzić, nie ma nic pośrodku. Ja zdecydowanie należę do tej pierwszej grupy podróżników, aczkolwiek po wielu rozmowach z Marcinem doszliśmy wspólnie do wniosku, że następnym razem wybierzemy samolot. Powód jest tylko jeden — oszczędność czasu. Przez siedem dni można zobaczyć kawał kraju, niekoniecznie z okien pociągu. Następnym razem chcielibyśmy jednak zwiedzić więcej miast i zobaczyć tereny mniej zaludnione. Nie zmienia to jednak faktu, że podróż Transsibem jest jedyna w swoim rodzaju, warto chociaż raz w życiu ją przebyć i nie żałujemy ani sekundy spędzonej w pociągu.

35397010_1740952655981250_2604394883267428352_n.jpg

… A dla wszystkich, którzy planują taką podróż w przyszłości bliższej bądź dalszej, służymy pomocą!

Moskiewskie przygody, czyli Transsibu część pierwsza

Każdy ma takie miejsce, do którego chciałby się kiedyś wybrać. Jedni pragną rajskich plaż, inni wysokich gór a ja od zawsze chciałam zobaczyć Moskwę. Wyjazd do Rosji potraktowałam jako spełnienie marzenia, na które czekałam prawie całe moje życie (prawdopodobnie już od momentu nałogowego oglądania “Wilka i Zająca”). Zafascynowana tym krajem i językiem już jako nastolatka zaczytywałam się w rosyjskiej literaturze i chłonęłam ciekawostki historyczne. I pewnie także dzięki temu skończyłam na rusycystyce, co spowodowało, że Moskwa była dla mnie swego rodzaju “świętym graalem”.

P1030084

Do wyjazdu przygotowywałam się już miesiące przed, czytałam reportaże i przewodniki, zagłębiałam się w historię kraju, chciałam wiedzieć jak najwięcej, żeby przekazać Marcinowi informacje i zarazić go moją miłością do największego kraju świata. Post o Moskwie był dla mnie najtrudniejszy do napisania, nie miałam pojęcia od czego zacząć, na czym skupić się bardziej a co zupełnie pominąć. Każda chwila spędzona w tym mieście była dla mnie tak samo ważna i z ręką na sercu przyznaję, że stolica Rosji mnie nie zawiodła, wszystkie moje wyobrażenia i oczekiwania okazały się być rzeczywistością.

P1030141.JPG

Zacznijmy jednak od początku, czyli od wizy. Spodziewałam się, że aplikacja będzie bardziej skomplikowana, jednak proces był wyjątkowo krótki i w miarę łatwy. Do punktu wizowego przy ambasadzie Federacji Rosyjskiej (w naszym przypadku w Londynie) musieliśmy udać się z kompletem dokumentów: paszport, wniosek ze zdjęciem, bilety lotnicze, rezerwacje hotelowe, potwierdzenie ubezpieczenia a także tzw. tourist voucher, który za dodatkową opłatą wystawił nam hostel. W samej ambasadzie musieliśmy tylko złożyć aplikację i oczywiście za nią zapłacić. Zamiast odbioru osobistego zdecydowaliśmy się na przesyłkę pocztową, co sprawiło, że koszt całej wizy był nieco wyższy. Po pięciu dniach otrzymaliśmy paszporty z upragnioną naklejką.

34308036_2160538387293658_9007974461978181632_n.jpg

Spakowani i żądni wrażeń wsiedliśmy do samolotu do Rygi, gdzie zostaliśmy na jedną noc, żeby kolejnego poranka udać się prosto na Szeremietiewo. Tam kupiliśmy bilety na pociąg łączący lotnisko z dworcem Białoruskim. Podróż trwała niecałą godzinę a bilet kosztował 500 rubli. Tym sposobem znaleźliśmy się w centrum miasta.

Naszą wycieczkę po Moskwie zaczęliśmy w sobotę 5 maja i muszę przyznać, że nie spodziewałam się aż tak zawziętych przygotowań na Dzień Zwycięstwa, który odbywa się cztery dni później, 9 maja. Mauzoleum Lenina, które bardzo chciałam odwiedzić, było już niedostępne dla zwiedzających, całe szczęście udało nam się jeszcze zobaczyć Sobór Wasyla Błogosławionego i Kreml, bo dzień później i to było już ogrodzone. Rosjanie bardzo poważnie traktują Dzień Zwycięstwa, można śmiało stwierdzić, że jest to największe święto narodowe we współczesnej Rosji. Podczas przygotowań Moskwa wydawała się nieskazitelnie czysta, co zastanawia nas, czy tak jest tam na co dzień, czy może jest to także część obchodów 9 maja.

P1020967.jpg

Zwiedzanie stolicy zaczęliśmy jak standardowi turyści od Placu Czerwonego, okolic Kremla, Soboru Wasyla Błogosławionego, czyli Moskiewskiego “must see”. Zdjęcie przed Soborem także musiało zostać zrobione, jak na turystę przystało: rozwiane włosy i siad skrzyżny, a oto dowód:

P1020998.jpg

Jednak sztandarowe zabytki Moskwy, to tylko wierzchołek góry lodowej podczas jej zwiedzania. Miasto jest swego rodzaju nosicielem dziedzictwa Rosji, tego architektonicznego, artystycznego i muzycznego. Na każdym kroku spotykamy pomniki znanych rosyjskich twórców, wszędzie umieszczane są tablice upamiętniające wielkich Rosjan, natrafiamy także na domy pisarzy i kompozytorów. Po prostu raj dla każdego rusycysty.

P1030352

Co więc warto zobaczyć w Moskwie? Punktem na mapie, który musieliśmy odwiedzić były Patriarsze Prudy, czyli miejsce, które każdy fan Bułhakowa powinien kojarzyć. To właśnie tam zaczęła się akcja “Mistrza i Małgorzaty” (kto czytał, ten wie). Tuż przy wejściu na skwer stoi znak, który przedstawia Wolanda, Korowiowa i Behemota z podpisem “Zabrania się rozmawiać z nieznajomymi”.

dfgxfsd

Ciekawym miejscem, które zdecydowanie polecamy jest Bunkier 42, wybudowany na polecenie Stalina, mający na celu ochronę w przypadku ataku bronią nuklearną, oddany do użytku w 1956 roku. Obecnie w jednej z części schronu mieści się Muzeum Zimnej Wojny dostępne dla turystów, obok jest restauracja, a dwie pozostałe części są zamknięte. Na teren bunkru można wejść jedynie z przewodnikiem, cena biletu to 2200 rubli (dla innostranców).

P1030161.jpg

Bunkier umieszczony jest 18 pięter pod ziemią, otoczony pięcioma metrami betonu oraz metrem ołowiu i stali. Spacer po korytarzach i oglądanie ekspozycji jest bardzo ciekawe, można dowiedzieć się wielu informacji, których nie było w żadnym przewodniku. Jedynym z etapów wycieczki była wizualizacja zrzucenia bomby atomowej, czyli naciśnięcia przysłowiowego czerwonego guzika, do której oczywiście zgłosił się Marcin.

34133892_2160581973955966_7817814250885218304_n (1).jpg

Najlepszym momentem zwiedzania jest jednak sam koniec, jednak tajemnicy nie zdradzę, musicie przekonać się o tym na własnej skórze!

Moskwa jest miejscem, gdzie niemalże na każdym kroku, w każdej części miasta można dostrzec Pałac Kultury i Nauki, a raczej budynki podobne do niego, a jest ich w stolicy Rosji aż siedem. Wybudowane zostały w latach 1947-53, a mieszkańcy Moskwy nazywają je “stalinowskimi wieżowcami” (сталинские высотки).

P1030152.JPG

Mieliśmy okazję także zobaczyć Sobór Chrystusa Zbawiciela, największą świątynię prawosławną na świecie. Historia jej przepełniona jest zwrotami akcji. W 1812 roku car Aleksander I  podpisał zgodę na wybudowanie cerkwi w Moskwie, jako votum dziękczynne za uratowanie kraju przed najazdem napoleońskim. Twórcą projektu był Wittberg, jednak przez nieukończenie prac na czas skazano go na zesłanie. Budowę przejął Konstantin Thon, który zmienił nieco styl soboru, ku uciesze ówczesnego imperatora Mikołaja I. W 1883, czyli po siedemdziesięciu latach udało się wreszcie świątynię poświęcić. Jej świetność nie trwała jednak długo, ponieważ po niecałych pięćdziesięciu latach, w 1931 roku władze komunistyczne zatwierdziły wniosek o jej wyburzeniu, a na jej miejscu, w 1958 roku wybudowano BASEN. W 1994 podjęto decyzję o odbudowaniu soboru, dzięki czemu teraz możemy podziwiać jego wierną kopię.

P1030076.JPG

 

Po obejrzeniu cerkwi udaliśmy się na obrzeża miasta, żeby zobaczyć słynny targ Izmaiłowski. Nie byliśmy do końca pewni czego się spodziewać, opinie o tym miejscu są bardzo różne. Market okazał się połączeniem kiczu z fantazją, co z jakiegoś powodu bardzo nas urzekło. Zrobiliśmy tam mnóstwo zdjęć i nasze pierwsze “souvenirowe” zakupy na terenie Rosji.

 

Czym najlepiej poruszać się po stolicy Rosji, jeżeli nogi odmówią posłuszeństwa? Otóż moskiewskie metro to klasa sama w sobie, pod każdym względem. Przepiękne stacje, czyste, niezatłoczone korytarze, oznakowanie i cena – 55 rubli za przejazd, nieważne czy użyjemy tylko jednej linii, czy przejedziemy miasto od zachodu na wschód.

 

Jest jeszcze jedna rzecz w Moskwie, która mnie wyjątkowo pozytywnie zaskoczyła, a mianowicie jej mieszkańcy. Niesamowicie mili, uprzejmi i zawsze chętni do pomocy. Nie spodziewałam się, że w tak ogromnym mieście, gdzie każdy gdzieś pędzi i zazwyczaj nie ma za wiele czasu na rozmowę, ludzie okażą się tak bezinteresowni i pomocni. Za każdym razem, gdy z mapą w rękach nie do końca wiedzieliśmy, gdzie powinniśmy się udać, tubylcy pytali czego szukamy i wskazywali drogę. Często chcieli wiedzieć, czy nam się w Moskwie podoba, pokazywali nam lokalne restauracje, w których zajadaliśmy się rosyjskimi potrawami, ale to jest temat na osobny post…

Islandia po raz pierwszy!

Wracając z Afryki miałam już gdzieś z tyłu głowy początek planu na nasz listopadowy wyjazd na Islandię. Bilety już mieliśmy, przewodnik był w drodze… Coraz lepiej idzie mi przygotowywanie wyjazdów, co?

Z racji tego, że był to krótki, trzydniowy wypad, postanowiliśmy odpuścić sobie wynajmowanie samochodu, skupić się na zobaczeniu Reykjaviku i pobliskiego Golden Ring, co zapewniła nam wycieczka objazdowa.

P1020229.JPG

Około 11:20 wylądowaliśmy na lotnisku Keflavik, położonym od stolicy Islandii około 50 km. Tam, zaraz przy samym wyjściu mogliśmy kupić bilety na autobus, który odjeżdża do Reykjaviku mniej więcej co pół godziny. Ciekawym faktem było to, że nasz rejs był ostatnim przylotem tego dnia, wszystkie inne zostały przekierowane bądź odwołane z powodu sztormu. Warunki pogodowe rzeczywiście dały się nam we znaki. Zwiedzanie miasta w ulewę i silny wiatr nie należą do najprzyjemniejszych, ale podobno dla lokalnych nie ma w tym nic dziwnego. Cały dzień spędziliśmy próbując przechadzać się po uliczkach Reykjaviku, a generalnie skończyło się na chodzeniem od kawiarni do kawiarni, żeby w okolicach wieczornych zakopać się w hostelowej pościeli. Dla podróżników podobnych do mnie, takich, którym wiecznie jest zimno, bardzo przypasuje fakt, że w każdym domu/hotelu/restauracji na Islandii jest CIEPŁO. A wiąże się to z wykorzystywaniem wody termalnej, co powoduje bardzo niskie rachunki za wodę i ogrzewanie. Woda ta w Reykjaviku, a nawet prawdopodobnie w całej Islandii jest wyjątkowo miękka i skóra po niej jest niesamowicie gładka, można pić ją prosto z kranu, jest krystalicznie czysta i niczym nieskażona. Ma jednak jedną wadę (do której na szczęście po kilku dniach można się przyzwyczaić) a mianowicie, śmierdzi. Tak, potwierdzamy, wszystkie plotki na temat wody śmierdzącej siarką są absolutnie PRAWDZIWE.

Zajmijmy się jednak informacjami na temat Islandii i Islandczyków. Jest to mały kraj, z jeszcze mniejszą liczbą mieszkańców (trochę ponad 300 tyś.), tak więc na kilometr kwadratowy przypada około 3 ludzi. Walutą jest korona islandzka, której przelicznik na kwiecień 2018 wypada następująco 1 PLN = 29,50 ISK. Stolicą kraju jest Reykjavik, który liczy około 210 tyś. mieszkańców. Warto w tym momencie wspomnieć o Polskich akcentach na Islandii, ponieważ jesteśmy jedną z większych mniejszości narodowych w tym kraju. Dlatego właśnie w Reykjaviku można znaleźć polski sklep, a w każdym supermarkecie kupić Prince Polo.

img_5248.jpg

Sam Reykjavik zachwycił nas przede wszystkim swoim rozmiarem (całkiem malutkie miasto jak na stolicę) a także wszechobecnym porządkiem. Jego symbolem jest ogromny kościół luterański Hallgrímskirkja, którego wieżę (73 metry) można dostrzec ze wszystkich miejsc w mieście. Zbudowany został z bazaltu, inspirowany krajobrazem kraju. Przed kościołem stoi pomnik wikinga Leifa Eiríkssona, uważanego za odkrywcę Ameryki, zbudowany w 1930 roku.

P1020422

Polecamy także choć na chwilę zatrzymać się przy współczesnym pomniku “The Sun Voyager”, który symbolizuje pierwszych przybyszy na Islandii.

P1020565.JPG

Po dniu spędzonym na poznawaniu stolicy Islandii i chowaniu się przed sztormem wyruszyliśmy na poszukiwanie przygód. Wybraliśmy się na wycieczkę po tzw. Golden Ring, czyli Złotym Kręgu przepełnionym najważniejszymi atrakcjami turystycznymi okolicy Reykjaviku.

Zaczęliśmy od Parku Narodowego Þingvellir, położonym nad brzegiem największego jeziora w kraju Þingvallavatn. Założony został w 1928 roku, a jego powierzchnia wynosi 84 km². Obszar parku jest bardzo ciekawy przez jego budowę geologiczną, ponieważ właśnie tam łączą się dwie płyty tektoniczne północnoamerykańska i euroazjatycka. Widoki są tak cudowne, że nawet w niesprzyjającej pogodzie nie zachęcają do pośpiechu. Spacer po parku był dla nas bardzo relaksacyjnym doświadczeniem, świeże powietrze wypełniło nasze płuca a krajobraz nacieszył oczy.

P1020128P1020017P1020076P1020040P1020091P1010983P1010994

Kolejnym etapem naszej wycieczki był wodospad, a właściwie dwa “Złote Wodospady” Gullfoss, składające na dwie kaskady, 11 i 21 metrów. Zaskakującym faktem jest, że w ciągu 1(!) sekundy przepływa przez nie 400 m³ wody. Bardzo często w okolicach Gullfoss można zobaczyć tęczę, co tworzy jeszcze ciekawsze widoki. Muszę przyznać, że nawet późną jesienią było tam dość sporo ludzi, ale teren jest tak ogromny, że nie odczuliśmy tego aż tak bardzo.

IMG_5268.JPG

Ostatnim punktem na mapie tego dnia były gejzery. Wybraliśmy się do położonego niedaleko od Gullfoss Haukadalur, około 140 km od Reykjaviku. Jest tam kilka gorących źródeł o różnych kolorach i kształtach. Największą atrakcją był oczywiście wybuchający gejzer Strokkur, który mieliśmy okazję zobaczyć “w każdej porze roku” ponieważ pogoda zmieniała się tam dosłownie co kilka minut. Było to ciekawe doświadczenie, na kontynencie jeziorka czy źródła raczej nie wybuchają i nie mają temperatury ponad 75ºC.

P1020309blogP1020346P1020368P1020337P1020386P1020356

Po naszej wyprawie często zadawano nam pytanie, czy Islandia jest naprawdę taka droga? Tak więc odpowiadamy: może faktycznie nie jest to najtańszy kraj dla podróżników czy backpackersów, ale wszystko zależy od tego, jak się zorganizujecie. My zamiast hotelu wybraliśmy przepiękny hostel w skandynawskim stylu. Tam przygotowywaliśmy śniadania z produktów, które kupiliśmy w islandzkiej Biedronce, słynnym sklepie ze świnką – Bonus. Na kolację zajadaliśmy się niesamowicie sycącym Skyrem (co było dla nas ogromnym zdziwieniem: NAJEŚĆ SIĘ JOGURTEM?!), a na obiady wybieraliśmy narodową kuchnię islandzką. Serdecznie polecamy chłopaków z Icelandic Street Food gdzie mieliśmy okazję spróbować przepysznej tradycyjnej zupy z jagnięciną, która rozgrzała nas w mroźne popołudnie. A do tego na koniec poczęstowali nas domowym, babcinym ciastem z owocami leśnymi. Same wspaniałości!

IMG_5266

30709001_1679714105438439_1049530401862713344_n

IMG_5278.JPG

A wszystkim, którzy planują wprawę na Islandię mówimy: NIE CZEKAJCIE. Pakujcie manatki i w drogę. Islandia był to dla nas pierwszy kraj, do którego postanowiliśmy, że wrócimy w najbliższym czasie. I to wcale nie tylko dlatego, że pogoda nie pozwoliła nam zobaczyć zorzy polarnej. Snujemy wiele planów dotyczących nie tylko Reykjaviku i jego okolic a raczej całej wyspy.

Islandio, do rychłego zobaczenia!