Kilka cennych faktów, o których musisz wiedzieć przed wyjazdem do Australii

Minęło już sporo czasu od naszego powrotu z “końca świata”. Nie ukrywam, że była to jedna z naszych najlepszych wypraw i jesteśmy w pełni przekonani, że jeszcze tam wrócimy, bo 16 dni to zdecydowanie za mało na zobaczenie tego kraju – kontynentu. Australia zaskakiwała nas niemalże na każdym kroku, czuliśmy się trochę jak na innej planecie, oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu. Co warto więc wiedzieć przed wyjazdem na drugą stronę globu?

 

Fakt nr 1: Australia jest ogromna.

 

Wielu osobom wydaje się, że dwa tygodnie zupełnie wystarczą na przeprawę przez czerwoną ziemię. Otóż NIE. Australia jest szóstym pod względem powierzchni krajem świata, jedynym obejmującym cały kontynent. Jeżeli słowa wam nie wystarczą, wyciągnę cięższą artylerię: liczby. 7 686 850 km² , na których mieszka zaledwie 24 992 860 ludzi, co daje wspaniałe 3,3 osoby na km²! CZAICIE?

Fakt nr 2: Australia jest bardzo daleko.

Nie wiem jak Wy, ale ja długie loty samolotem znoszę całkiem nieźle. Opieram głowę o poduszkę i już mnie nie ma. Budzę się jedynie na posiłki. Tym razem jednak podróż dała mi w kość (chylę czoła wszystkim, którzy w Australii mieszkają i robią tę trasę minimum raz w roku). Nasza podróż wyglądała następująco:

Londyn – Szanghaj 11h 30 min

(16h w Szanghaju)

Szanghaj – Melbourne około 11h

Co w całości daje niemalże 23h lotu. DALEKO.

Fakt nr 3: Nie potrzebujemy wizy do krainy kangurów.

Wielu ludzi wyobraża sobie Australię jako “taką Amerykę, tylko dalej”, dlatego wszyscy myślą, że proces wizowy jest równie skomplikowany i nieprzystępny dla użytkowników. Otóż dla obywateli RP (stan na lipiec 2019) wystarczy tzw. eVisitor: wypełniamy krótką aplikację przez internet i możemy zostać w Australii do 3 miesięcy. Jeżeli potrzebujemy więcej czasu na włajaże należy zaaplikować o Visitor Visa (koszt 135AUD), co pozwoli nam na przebywanie na terenie kraju do 12 miesięcy. Prócz tego Australia oferuje mnóstwo programów work & travel, dzięki którym można jeszcze bliżej poznać kulturę kraju i zwiedzić go wzdłuż i wszerz.

 

Fakt 4: W Australii obowiązuje ruch lewostronny.

Jeżeli nigdy nie jeździliście “po drugiej stronie” to zapewniam, nie ma czego się bać. Kiedy ja przestawiałam się na ruch lewostronny zdarzyło mi się uderzać ręką w drzwi w celu zmiany biegów, ale to kwestia (bardzo szybkiego z resztą) przyzwyczajenia. Poza tym zawsze możecie wybrać samochód z automatyczną skrzynią biegów i po kłopocie.

 

Fakt 5: Kangury są wszędzie.

Gdy pierwszy raz zobaczyliśmy torbacza nie wierzyliśmy własnym oczom. I powiem Wam szczerze, że w pewnym sensie nadal nie wierzę, że widzieliśmy tyle wspaniałych zwierzaków w ich naturalnym środowisku. Podczas jazdy samochodem pośród drzew trzeba na nie bardzo uważać, ponieważ bardzo często wybiegają znikąd, prosto pod koła samochodu. Są miejsca gdzie kangury są dużo bardziej oswojone, czasami nawet przychodziły do nas i czekały na głaskanie!

 

 

 

Fakt 6: Australijczycy kochają campingi.

Jako, że był to nasz pierwszy kempingowy wyjazd, nie do końca wiedzieliśmy czego się spodziewać. Jednak już po dwóch, trzech nocach wszystkie obawy zniknęły. Nieważne czy zima, czy lato: na kempingach zawsze jest mnóstwo ludzi podróżujących po Australii. Często wszyscy siadaliśmy przy jednym stole (i grillu, ale o tym w kolejnym poście) i poznawaliśmy się nawzajem. Co więcej…

 

Fakt 7: Ludzie są fantastyczni

Jeszcze nigdzie nie spotkałam się z tak otwartymi i pomocnymi ludźmi. Zawsze zagadują a potem opowiadają Wam historię swojego życia. Gdy tylko dowiadywali się, że jesteśmy z Polski słyszeliśmy w odpowiedzi: moja mama jest z Polski, mój wujek jest z Jarocina, moi dziadkowie wyemigrowali najpierw do Anglii a potem trafiliśmy tutaj. Ja sobie zdaję sprawę, że Polacy są wszędzie, ale ża aż tyle? 🙂 Jeżeli tylko potrzebowaliśmy pomocy wszyscy chętnie wskazywali drogę, pokazywali ciekawe miejsca, polecali dobre restauracje itd.

 

Fakt 8: Nie zastanawiaj się dłużej, po prostu leć!

Jednym z kolejnych zaplanowanych postów jest wykaz kosztów, jakie ponieśliśmy podczas naszego wyjazdu do Australii. Chciałabym Wam w ten sposób pokazać, że wszystko jest do zrobienia i nie taki drogi ten wyjazd, jakim go malują.

 

 

 

 

 

10 atrakcji Nowego Jorku, których nie możesz przeoczyć

Nowy Jork jest to podróżnicze marzenie wielu z Was, co w pełni rozumiem i nie mogę się temu w żaden sposób dziwić. Muszę przyznać, że w moim przypadku było jednak zupełnie inaczej. Nowy Jork, jak i w sumie całe Stany Zjednoczone miały gdzieś tam swoje miejsce na mojej liście “must see”, aczkolwiek nie była to napewno pierwsza dziesiątka. Nigdy nie miałam parcia na podróż w tamtą stronę świata (w odróżnieniu od wyprawy do Rosji na przykład). Marcin natomiast zawsze marzył o podróży do Nowego Jorku. Miał baaaardzo długą listę budynków, ulic i atrakcji, które koniecznie chciał zobaczyć. Udało nam się może z połową, więc Wielkie Jabłko musimy jeszcze kiedyś odwiedzić.

img_4915

Dlaczego tak właściwie Nowy Jork nazywa się “Wielkim Jabłkiem”? Gdy spytacie o to nowojorczyka dowiecie się, że chodzi o słynne jabłko, którym Ewa poczęstowała Adama. Jednak prawdziwa historia mówi zupełnie co innego. W latach 20-tych XIX wieku redaktor New York Times J. J. Fitzgerald usłyszał tę nazwę na jednym z torów wyścigowych i tak przypadła mu do gustu, że nazwał swoją kolumnę w tej właśnie gazecie “Around the Big Apple”. Pisał w niej o wyścigach konnych i nazwa ta stała się najpierw symbolem nowojorskich gonitw, a potem także całego miasta. W 1997 roku Rudolph Giuliani, burmistrz Nowego Jorku, nadał nazwę “The Big Apple Corner”, dla rogu Broadway i 54 Ulicy, bo właśnie tam przez niemalże 30 lat mieszkał redaktor John Fitzgerald.

img_4914

My zaczęliśmy zwiedzanie Wielkiego Jabłka od przejścia się po kultowym Times Square w środku nocy. Co jest urokiem tego miejsca? Zupełnie nic. Jest to jedyna atrakcja turystyczna na świecie, gdzie oprócz zrobienia sobie zdjęcia “jak z pocztówki” nie uświadczycie niczego ciekawego. I to jest właśnie ciekawe.

img_4917img_4911

Przed wyjazdem do stanów spisaliśmy listę “co musimy zobaczyć” i właśnie nią kierowaliśmy się podczas zwiedzania miasta. Polecam stworzyć sobie taką rozpiskę przed wyjazdem do Nowego Jorku, bo jest to miasto tak ogromne, że nie da się przez kilka dni zobaczyć wszystkiego. My postanowiliśmy kupić bilet na najważniejsze atrakcje (z uwagi na małą ilość czasu). Jest mnóstwo stron, które sprzedają tego typu wejściówki, my skorzystaliśmy z City Pass. Cały bilet kosztował 126 dolarów i zawierał: Empire State Building (2 wejścia: w nocy i w dzień), Muzeum Historii Naturalnej, MET, Top of the Rock, Statuę Wolności, Ellis Island oraz Muzeum 9/11. Plusem jest jeden bilet na wszystko i omijanie kolejek, co zaoszczędziło nam mnóstwo czasu.

img_0271

 

Empire State Building to miejsce, które zapamiętamy na długo. Sam budynek i jego wnętrze robi ogromne wrażenie, a na koniec dochodzi jeszcze panorama miasta widziana z 86. piętra! Sama nazwa budynku pochodzi od nieoficjalnej nazwy stanu Nowy Jork: “Empire State”. Jego budowę zaczęto w 1930 roku i trwała ona 58 tygodni. Powstały przy słynnej Fifth Avenue, mierzący 381 metrów wieżowiec ma 103 piętra, w tym jedno podziemne. Waży (!) 360 tysięcy ton. Mało kto wie, że w roku 1945 uderzył w niego samolot bombowy lecący na lotnisko Newark. Przyczyną wypadku była bardzo gęsta mgła, a siła uderzenia była tak wielka, że samolot przebił budynek na wysokości 78. piętra i wypadł z drugiej strony budynku.

img_4926

img_4925

20180906_170332

p1040851

Top of the Rock, czyli taras widokowy w Rockefeller Center, to miejsce, gdzie możecie uchwycić panoramę Nowego Jorku wraz z Empire State Building. Położony w centrum Manhattanu kompleks budynków znany przede wszystkim miłośnikom Bożego Narodzenia, z uwagi na choinkę tam umieszczaną a także słynne lodowisko (ale w takim wydaniu jeszcze tego miejsca nie widzieliśmy).

img_0302img_0252img_4919

img_4742

Teraz będzie trochę emocjonalnie. Każdy, kto widział w telewizji relację z wydarzeń z 9 września 2001 roku pamięta jak bardzo to wszystkich dotknęło. Wizyta w muzeum 9/11 przywraca te wspomnienia ze zdwojoną siłą. Dopiero tam poniekąd uświadomiliśmy sobie, że to wszystko było naprawdę, że prawie 3 tysiące ludzi zginęło i jak bardzo wydarzenia te zmieniły świat. Muzeum podzielone jest na 3 wystawy: 11 września, przed zamachem oraz po zamachu. Ważnym miejscem jest pomnik poświęcony ofiarom tragedii, w miejscu fundamentów dawnych twin towers powstały 2 zbiorniki wodne, w których nieustannie przelewa się woda. Symbolizuje to pustkę oraz przemijanie. Warto tam przystanąć na chwilę i zobaczyć to, co jest niewidoczne dla oczu.

img_4923

img_4912

img_0108

W pobliżu Muzeum 9/11 znajduje się port, z którego można dopłynąć na Ellis Island oraz Liberty Island (gdzie znajduje się Statua Wolności). Skupiliśmy się, jak rasowi turyści, na zobaczeniu “zielonej pani z pochodnią”, a tu niespodzianka: zdecydowanie bardziej interesująca okazała się druga wyspa, czyli miejsce gdzie do wyśnionej Ameryki przybywali imigranci z Europy i nie tylko. W latach 1892-1924 na wyspie działało biuro ds. przyjmowania imigrantów, które przyjęło ich około 12 milionów. Po przybyciu na wyspę ludzie byli przesłuchiwani i badani przez lekarzy. Niektórzy musieli tam spędzać tygodnie lub nawet miesiące, przechodząc kwarantannę i ewentualne leczenie. Nie obyło się bez ofiar śmiertelnych, około 3 tys. przybyłych umarło na “wyspie łez”. Wielu imigrantów było oszukiwanych przez “hieny z Ellis Island”: urzędników, osoby sprzedające bilety a nawet fryzjerów. Miejsce warte odwiedzenia, kawał nieopowiedzianej historii, także z polskimi wątkami.

img_4921

A Statua Wolności? Jak z pocztówki.

img_4922

Nadszedł czas na chwilę wytchnienia w parku? Przecież możemy sobie pozwolić na krótki spacerek po Central Parku. Otóż nie, moi mili. Nie będzie to spacerek, będzie to WĘDRÓWKA, że aż Was nogi zabolą. O ogromie największego Parku w Nowym Jorku przekonacie się dopiero wtedy, jak po całym dniu zwiedzania miasta będziecie chcieli go przejść. 364 hektary powierzchni, bez przysiadania na ławkach się nie obędzie.

 

img_4924

 

Wiecie co jeszcze wywarło na mnie spore wrażenie? Most Brookliński. Z racji tego, że nocowaliśmy właśnie w Brooklinie mijaliśmy ten zabytek minimum 2 razy dziennie. Jest to jeden z najstarszych (1883r.) mostów wiszących na świecie, a znany jest przede wszystkim z wielu hollywoodzkich produkcji.

img_4930

 

Ciężko jest wymienić tylko 10 atrakcji w tak ogromnym i zróżnicowanym mieście. Powiedziałabym, że jest to wręcz niemożliwe. Jednak poniżej wymieniamy te, które najbardziej utkwiły nam w pamięci i warto mieć je na uwadze, gdy ma się niewystarczającą ilość czasu (teraz wiem, że na Nowy Jork potrzeba znacznie więcej jak 7 dni).

Lista 10 atrakcji Nowego Jorku wg “Trupy”

  1. Empire State Building
  2. Ellis Island
  3. Muzeum 9/11
  4. Central Park
  5. MET
  6. Times Square
  7. Statua Wolności
  8. Top of the Rocks
  9. Brooklyn Bridge
  10. Central Station

 

Do zobaczenia w Nowym Jorku!

Podróże receptą na udany związek

Niemalże każdego dnia słyszę od kogoś „ale Wam dobrze, że na siebie trafiliście i zwiedzacie świat” albo „takie małżeństwo to rzadkość”. I faktycznie, wspaniale czujemy się razem i świetnie się dogadujemy, ale jest to zasługa wyłącznie ciężkiej pracy. Bo nad związkiem trzeba pracować. Nie sztuką są maślane oczy i kolacje przy świecach, bo miłość, zaufanie i zrozumienie trzeba pielęgnować. My także mieliśmy gorsze dni, ale odkąd zaczęliśmy razem wyjeżdżać wiele nauczyliśmy się od siebie i o sobie. I wciąż to robimy! Dlatego właśnie podróżowanie stało się dla nas receptą na udany związek.

Co jest wyjątkowego we wspólnych wyjazdach? Już wyjaśniam!

 

 

Razem 24/7

Razem się budzimy i chodzimy spać. Razem mokniemy w ulewach i przypiekamy na słońcu. Denerwujemy się na opóźniony samolot i wracamy pieszo z lotniska w środku nocy. Czasami naprawdę jest romantycznie i wspaniale, ale zdarzają się sytuacje (5 dni w jednym i tym samym przedziale w pociągu), że mamy siebie serdecznie dość i bardzo chętnie spędzilibyśmy chociaż chwilę OSOBNO. To nauczyło nas, że chcemy spędzać też trochę czasu samotnie, potrafimy wychodzić z domu osobno, poświęcać się odrębnym zupełnie zainteresowaniom, mieć różnych przyjaciół, z którymi niekoniecznie spotykamy się wspólnie. Nie jesteśmy jak papużki-nierozłączki. To daje nam trochę wytchnienia. Bo warto czasami za sobą zatęsknić.

 

Podział obowiązków

W tej kategorii jesteśmy mistrzami! Od planowania kolejnych destynacji, przez formalności wizowe, po pakowanie plecaków, wszystko chodzi jak w szwajcarskim zegarku. Wiemy za co jesteśmy odpowiedzialni: o co muszę martwić się ja, a co bierze na siebie Marcin. Nawet kilogramy w plecakach rozkładamy w miarę po równo (no dobra, ja mam zawsze około 1,5 kg mniej). A takie podróżnicze przyzwyczajenia doskonale przekładają się na życie codzienne. Dzielimy obowiązki w domu, płacenie rachunków a nawet opiekę nad kotem. Sprawiedliwie i bez większych zgrzytów, po miesiącach (kilometrach!) praktyk oczywiście.

 

W zdrowiu i w chorobie

Katarek i kaszelek jest NICZYM w porównaniu do prawdziwych chorób w podróży. Co mam na myśli? Nieskończone biegunki po zjedzeniu świeżych warzyw (które mają na sobie zupełnie inną florę bakteryjną) lub po niemądrym napiciu się wody z byle jakiego źródełka w środku Azji; choroba lokomocyjna, która na pokładzie katamaranu potraja swoją moc i masz wrażenie, że śmierć jest blisko; gorączki po spędzeniu kilku godzin na plaży (“Renia, mam udar!”); zadrapania, odciski, skręcone kostki, odparzone tyłki i wiele innych dolegliwości, którymi wolelibyście się nie dzielić nawet z panem doktorem, a co dopiero z drugą połówką, która w tym właśnie momencie dzielnie trzyma Ci włosy, kiedy Ty próbujesz wypluć swoje wnętrzności.

 

Wiesz o mnie wszystko

Podróże spowodują, że już niczego nie będziecie się wstydzić, a tematy tabu przestaną istnieć. Każdy człowiek się poci, tak samo jak każdy człowiek (dziewczyny też!) korzysta z toalety. A wy będziecie wiedzieć, co do minuty, kiedy druga połówka będzie musiała zejść z trasy i na kilka chwil wskoczyć w krzaki. Nie zawsze będzie czas i możliwość pójścia pod prysznic. Nie będzie makijażu, wymodelowanej fryzury i gładkiej skóry. Jeżeli będziecie w stanie okazywać sobie uczucia po kilku dniach bez prysznica znaczy to, że to związek na całe życie.

 

Tysiące wspomnień

…których nikt Wam nie odbierze. Pocałunki przy zachodzącym słońcu, romantyczne spacery nad lazurowym wybrzeżem i nie tylko! Nauka jedzenia pałeczkami, wycieczki rowerowe przez wyspę, wyprawa do muzeum czołgów w ulewnym deszczu, próby jakiejkolwiek komunikacji z tubylcami. Każda podróż daje coś do zapamiętania, a zaufajcie, wspaniale jest usiąść wieczorem z kubkiem kakao i przypominać sobie te wszystkie historie. A apetyt rośnie w miarę jedzenia!

 

Szkoda czasu na kłótnie

Tego też próbowaliśmy. Pamiętam jak na jednym z wyjazdów pokłóciliśmy się o jakąś bzdurę. Wyszłam z hotelu na ulicę, po czym za chwilę przyszedł on pytając: “No i gdzie ty chcesz teraz iść?” Cóż, miał rację, więc potulnie, śmiejąc się wróciłam do pokoju. W podróży kłócić się zwyczajnie NIE OPŁACA. Jest tyle miejsc do zobaczenia, tyle kilometrów do przejścia, że każda minuta jest na wagę złota, więc szkoda tracić ją na obrażanie się.

Godziny rozmów

Dzięki rozmowom właśnie wiemy o sobie niemalże wszystko. Historie z dzieciństwa, ulubieni nauczyciele ze szkoły i masa innych rzeczy, do których nie wracasz przy zwykłej pogawędce przy kawie. Rozmawiamy czekając na samolot, siedząc w pociągu i leżąc na plaży. O wszystkim i o niczym. Czasami nawet z nudów.

Podróże kształcą. Stajemy się odważniejsi, doceniamy to co mamy i potrafimy przetrwać nawet najtrudniejsze sytuacje. Każdy wyjazd zmienia nas w pewnym stopniu. A my zmieniamy się RAZEM. Celebrujemy każdą chwilę spędzoną w nowym kraju i oprócz innych kultur i sposobu życia uczymy się także samych siebie. I to właśnie w podróżowaniu jest najpiękniejsze.

 

5 atrakcji, które warto zobaczyć w Genewie

Szwajcaria stała się kolejnym miejscem na mapie Europy, do którego postanowiliśmy się udać podczas naszego bardzo długiego miesiąca miodowego. Jest to kraj, który ciekawi nas pod wieloma względami: kulturowym, historycznym a nawet lingwistycznym (bo jak można w tak małym państwie mieć aż cztery języki urzędowe?).

Po wylądowaniu na lotnisku w Genewie dowiedzieliśmy się, że transport publiczny na terenie kraju jest darmowy dla turystów. W hali bagażowej, tuż obok wyjścia stoi automat, w którym można odebrać bilet na pociąg do centrum miasta. Fajnie, co?

Przylatując w styczniu do Genewy, drugiego największego miasta w Szwajcarii, spodziewasz się na pewno wysokich gór i tony śniegu, a tu niespodzianka! Ani gór, ani śniegu. Nieprzyjemny wiatr i trochę zimnego deszczu nad brzegiem jeziora: tak wspominamy ten wyjazd pod względem pogody.

Ale co tak właściwie można zobaczyć w tym mieście? Przejdźmy do rzeczy.

Jet d’Eau 

Wysoka na 140 m fontanna, wyrzucająca wodę z prędkością 200 km/h jest symbolem Genewy. Powstała już w 1885 roku, jednak nie jako atrakcja turystyczna. Kilkumetrowy wtedy wodotrysk miał na celu odprowadzanie nadmiaru wody w przypadku zbyt dużego ciśnienia w instalacjach wodnych przeznaczonych do napędzania maszyn genewskich jubilerów. Teraz działa ona w określonych godzinach, dłużej latem, krócej zimą. Podczas silnego wiatru i niskiej temperatury fontanna jest wyłączana.

Katedra Św. Piotra i panorama miasta

Budowana przez kilka stuleci, łącząca mnóstwo stylów architektonicznych z niesamowitą historią, czyli zabytek, który koniecznie trzeba zobaczyć. W północnej nawie zachowało się miejsce, gdzie podczas nabożeństw zasiadał Jan Kalwin. Zgodnie z jego naukami wnętrze świątyni jest surowe, bez przepychu. Zwiedzając katedrę warto poświęcić czas na wejście na wieże (północną i południową). Po dotarciu na górę można podziwiać panoramę miasta, a sama wspinaczka usłana jest historycznymi faktami i rzeczami z poprzedniej epoki.

Patek Museum

Jeżeli chcecie poznać choć trochę historii kunsztu zegarmistrzowskiego (w końcu jesteśmy w Genewie) z polskimi wątkami w tle, Muzeum Patka to miejsce dla Was! Dla nas było to trochę jak podróż w czasie. Cała wystawa jest wyjątkowo interesująca i można dowiedzieć się paru ciekawostek na temat słynnego polskiego zegarmistrza ze Szwajcarii.

Horloge Fleuri

Najsłynniejszy zegar kwiatowy w Ogrodzie Angielskim. Niezwykle popularny wśród turystów jest hołdem dla lokalnego przemysłu. Na nas jednak nie zrobił wrażenia, a co więcej, przy spacerze po mieście po prostu go nie zauważyliśmy. Nie jesteśmy wielkimi fanami kwiatów, a zegarki jednak wolimy prawdziwe. 🙂

Siedziba ONZ

Pośrodku parku Ariana nad brzegiem Jeziora Genewskiego, za wielkim ogrodzeniem znajduje się Palais des Nations, czyli Pałac Narodów Zjednoczonych. W środku znajdują się 34 pomieszczenia konferencyjne oraz 2800 biur, m. in. Biuro Wysokiego Komisarza ds. Przestrzegania Praw Człowieka. Od roku 1966 stanowi główną europejską siedzibę ONZ, dlatego jest terytorium międzynarodowym. Tuż obok pałacu zobaczycie ciekawy pomnik: ogromne krzesło bez nogi. Jest ono symbolem protestu przeciwko używaniu min przeciwpiechotnych w toczących się wojnach.

Genewa jest to miasto, które spokojnie można zobaczyć w jeden, dwa dni. Podejrzewam, że jest dużo bardziej urokliwa w okresie letnim lub pokryta śniegiem, ja jednak cieszyłam się, że zaplanowaliśmy tam tylko krótki, weekendowy wyjazd. Szwajcaria jednak nadal nie kojarzy mi się z miastami i zabytkami. Ten kraj to przede wszystkim Alpy i wspaniałe górskie wycieczki, dlatego jeżeli wybierzemy się tam po raz kolejny to zdecydujemy się na małomiasteczkowe zwiedzanie.

Krótka historia o tym, jak rosyjska kuchnia skradła nasze serca

Przez żołądek do serca, jak mawia przysłowie. Co prawda Rosja do serca trafiła dużo wcześniej niż jej narodowe potrawy, jednak spróbowanie ich jeszcze umocniło moją więź z tym krajem. Kiedy planowaliśmy nasz wymarzony wyjazd na wschód mama powiedziała mi, że znając moje upodobania kulinarne jest święcie przekonana, że będę jeść wszystkie potrawy “pierogopodobne”. I nie myliła się. W każdej restauracji padało pytanie: “A pielmieni u was jest?” 🙂

Dlatego naszą kulinarną opowieść zacznę właśnie od wszystkich dań, które mniej lub bardziej kojarzą się z tradycyjnymi polskimi pierogami.

PIELMIENI

Są to malutkie pierogi (coś w rodzaju naszych uszek), nadziane głównie farszem mięsnym. Podawane są na dwa sposoby w bulionie bądź bez, mnie zdecydowanie bardziej przypadła forma sucha, choć odrobina śmietany jest jak najbardziej wskazana. Starałam się spróbować kilka rodzajów tej wspaniałej potrawy, najbardziej jednak zasmakowały mi te z nieco hipsterskiej knajpki w centrum Moskwy. LEPIM I VARIM, bo tak właśnie nazywa się to miejsce, jest rajem dla każdego szanującego się fana pielmieni. Wybór jest ogromny, do tego można zamówić domowe sałatki, desery i kompot, ale najfajniejsze jest to, że przy ladzie stoją rosyjskie gospodynie domowe, które lepią pielmieni na naszych oczach.

37242383_2228408700506626_6724471686499926016_n37244580_1787281534681695_6334468473971802112_n37200285_2228408817173281_9068151390496358400_n

Pielmieni jest to danie znane w Rosji od dawien dawna, a ich receptura przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Ciasto na pielmieni powinno być wykonane z wody i mąki, a farsz, w przeciwieństwie do pierogów, powstaje z surowego mięsa. Na Syberii nierzadko można usłyszeć legendę o dwóch kupcach, którzy założyli się o to, kto będzie w stanie zjeść więcej pielmieni na raz. Historia kończy się niestety tragicznie, ponieważ obaj umierają z przejedzenia.
37193410_2228412983839531_2484259232044548096_n

CHINKALI

Mimo, że chinkali to potrawa przede wszystkim gruzińska, dostępna i ogólnie znana jest również w Rosji. Z wyglądu przypominają sakiewki, zrobione są z nieco grubszego ciasta niż pielmieni, a to dlatego, że oprócz farszu z mięsa w środku znajduje się także bulion. Okazuje się, że umiejętne ich jedzenie jest niezłym wyzwaniem! Należy złapać za “grubszy koniec”, po ugryzieniu wyssać rosołek, a dopiero później zjeść resztę.

37228649_2228410573839772_970387494765854720_n

WARENIKI

Ten rodzaj pierogów jest bardzo popularny również na Ukrainie. Zarówno przygotowanie, jak i wygląd przypomina polskie danie, aczkolwiek często przyrządzane są one na parze zamiast wrzucania do wrzątku. Farsz to zazwyczaj mięso bądź ziemniaki z serem, często spotkać można również wareniki na słodko.

37256960_1787281634681685_3168663795375538176_n

MANTY

Manty zrobiły nam pyszną niespodziankę na lotnisku w Moskwie. Z racji tego, że znajduje się tam uzbecka restauracja, postanowiliśmy spróbować i tamtejszej kuchni. Manty jest to coś pomiędzy pierogami a chinkali, podaje się je z sosem pomidorowym bądź czosnkowym i oczywiście ze śmietaną.

PIROŻKI

Mimo, że nazwa kojarzy się z polską potrawą, nie dajcie się zmylić! Pirożki jest to coś w rodzaju bułki drożdżowej z farszem z mięsa bądź kiszonej kapusty. Z wyglądu przypominają nieco pączki, ponieważ smażone są na głębokim oleju.

35348582_2176709529009877_3712176032485212160_n

Dla mnie pierogów nigdy za wiele, podejrzewam jednak, że chcielibyście wiedzieć również co w Rosji jadł mój mąż, ponieważ jego posiłki były bardziej zróżnicowane. 🙂

Dzień zaczynaliśmy od odwiedzenia pobliskiej piekarni i kubka mocnej, rosyjskiej kawy. Jako, że w hostelach rzadko jest możliwość wykupienia śniadania, zawsze staraliśmy się obejść okolicę, żeby przygotować się na poranny głód. Na szczęście w Rosji, jak i w Polsce, jest mnóstwo świetnych piekarni, które z całego serca uwielbiamy.

37190761_1787282438014938_7422286353204772864_n37200795_1787281961348319_1350352329341140992_n.jpg

Bardzo chętnie jedliśmy również zupy. Rosjanie mają kilka swoich specjałów, których nie sposób pominąć w kulinarnej wędrówce. Jedną z nich jest królowa wszystkich zup, czyli słynna Solianka, która przez lata żywiła rosyjskich chłopów. Jest to bardzo pożywna potrawa, oparta na mięsnym wywarze, często z dodatkiem boczku bądź słoniny. Wyczuć można sporą ilość ziół i pieprzu, dodaje się do niej czasami także kwas chlebowy, sok z cytryny a nawet wodę z kiszonych ogórków lub kapusty. Oczywiście niezbędna jest również łyżka śmietany i kromka chleba. Dla mnie, fanki kwaśnych zup, zdecydowany numer jeden.

37223515_2228408317173331_3716570419684179968_n37225223_2228408207173342_36632909938950144_n

Prosta zupa, do której można wrzucić wszystko, co mamy w lodówce i ogrodzie, a na koniec jeszcze dogotować trochę kaszy, to najlepszy sposób na opisanie Szczi. W smaku przypomina mieszankę zupy jarzynowej i kapuśniaku, rozgrzewa wspaniale w chłodne dni i świetnie radzi sobie z przeziębieniem.

37229518_2228412680506228_4423167628789415936_n

A teraz zupa, której spróbowania najbardziej się bałam: Ucha, czyli zawiesista zupa rybna. Przyrządza się ją z kilku rodzajów ryb, gotuje się je najczęściej z głową, co wzbudzało moje obawy. Do ryby dodaje się cebulę, seler i pietruszkę, czasami także cytrynę i koperek. My jedliśmy wersję z ziemniakami. Przyrządzana na ogniu, po wietrznym spacerze nad Bajkałem smakowała wyśmienicie (nawet z głową ryby patrzącą na mnie z miski…).

P1030634P1030635

Ciekawym miejscem, w którym udało nam się zjeść obiad była restauracja w Bunkrze 42, o którym pisałam przy okazji zwiedzania Moskwy. Miejsce to było urządzone w stylu rosyjskich lat siedemdziesiątych a menu (podobno) opierało się na ulubionych potrawach przywódców Rosji. Miałam tam okazję zjeść kotlet pożarski, czyli coś w rodzaju kotleta mielonego, podany oczywiście z ziemniakami i surówką.

37225846_2228411143839715_4344869498810007552_n37241392_1787283551348160_8940138163662225408_n37246837_2228411047173058_2592244158794039296_n

W Irkucku z kolei, zajadaliśmy się plackami ziemniaczanymi ze śledziami. Może dziwne połączenie, ale bardzo smaczne. Restauracja RASSOLNIK zaskoczyła nas przede wszystkim słynnymi cukierkami Irys (nie wiedziałam, że jeszcze je produkują) a także “sowiecką lemoniadą”.

37227491_1787286368014545_6682104939386241024_n.jpg37357219_2228414273839402_6492709942628188160_n

A jak było z jedzeniem w Transsibie? Prócz suchego prowiantu wybraliśmy się kilka razy do wagonu restauracyjnego. Nie było tam może żadnych specjałów, ale ciepły posiłek po serii kanapek z serkiem i pomidorem to naprawdę rarytas.

37190708_2228413693839460_432304693318778880_n37197231_1787284508014731_7419233786803519488_n37208230_1787284464681402_7184868107339431936_n37233534_1787284588014723_5502900214907797504_n

A na deser raczyliśmy się głównie lodami z moskiewskiego GUMa (Gosudarstwiennyj Uniwiersalnyj Magazin). Ciekawym jest fakt, że z jednej strony są to lody “na gałki”, z drugiej jednak były one już nałożone do wafelków i przygotowane do sprzedaży. Prócz tego zjedliśmy również kilka wspaniałości we wcześniej wymienionych restauracjach, Marcin kupował rurki z kremem na trasie kolei transsyberyjskiej, a ja zostałam fanką OGÓRKOWEGO Sprite. A oto dowody:

37213237_1787283814681467_5116449795031957504_n37200825_2228410673839762_4706503838167728128_n37220763_1787284274681421_8001552341922742272_n.jpg37303499_2228410803839749_8834724092666970112_n37210376_1787286641347851_2375312601987940352_n

I tym właśnie słodkim akcentem żegnamy Rosję z obietnicą, że jeszcze nie raz tam wrócimy. Teraz kolej na poszukiwanie przygód w Ułan Bator i przemierzanie mongolskich stepów.

Relacja już wkrótce!

Islandia po raz pierwszy!

Wracając z Afryki miałam już gdzieś z tyłu głowy początek planu na nasz listopadowy wyjazd na Islandię. Bilety już mieliśmy, przewodnik był w drodze… Coraz lepiej idzie mi przygotowywanie wyjazdów, co?

Z racji tego, że był to krótki, trzydniowy wypad, postanowiliśmy odpuścić sobie wynajmowanie samochodu, skupić się na zobaczeniu Reykjaviku i pobliskiego Golden Ring, co zapewniła nam wycieczka objazdowa.

P1020229.JPG

Około 11:20 wylądowaliśmy na lotnisku Keflavik, położonym od stolicy Islandii około 50 km. Tam, zaraz przy samym wyjściu mogliśmy kupić bilety na autobus, który odjeżdża do Reykjaviku mniej więcej co pół godziny. Ciekawym faktem było to, że nasz rejs był ostatnim przylotem tego dnia, wszystkie inne zostały przekierowane bądź odwołane z powodu sztormu. Warunki pogodowe rzeczywiście dały się nam we znaki. Zwiedzanie miasta w ulewę i silny wiatr nie należą do najprzyjemniejszych, ale podobno dla lokalnych nie ma w tym nic dziwnego. Cały dzień spędziliśmy próbując przechadzać się po uliczkach Reykjaviku, a generalnie skończyło się na chodzeniem od kawiarni do kawiarni, żeby w okolicach wieczornych zakopać się w hostelowej pościeli. Dla podróżników podobnych do mnie, takich, którym wiecznie jest zimno, bardzo przypasuje fakt, że w każdym domu/hotelu/restauracji na Islandii jest CIEPŁO. A wiąże się to z wykorzystywaniem wody termalnej, co powoduje bardzo niskie rachunki za wodę i ogrzewanie. Woda ta w Reykjaviku, a nawet prawdopodobnie w całej Islandii jest wyjątkowo miękka i skóra po niej jest niesamowicie gładka, można pić ją prosto z kranu, jest krystalicznie czysta i niczym nieskażona. Ma jednak jedną wadę (do której na szczęście po kilku dniach można się przyzwyczaić) a mianowicie, śmierdzi. Tak, potwierdzamy, wszystkie plotki na temat wody śmierdzącej siarką są absolutnie PRAWDZIWE.

Zajmijmy się jednak informacjami na temat Islandii i Islandczyków. Jest to mały kraj, z jeszcze mniejszą liczbą mieszkańców (trochę ponad 300 tyś.), tak więc na kilometr kwadratowy przypada około 3 ludzi. Walutą jest korona islandzka, której przelicznik na kwiecień 2018 wypada następująco 1 PLN = 29,50 ISK. Stolicą kraju jest Reykjavik, który liczy około 210 tyś. mieszkańców. Warto w tym momencie wspomnieć o Polskich akcentach na Islandii, ponieważ jesteśmy jedną z większych mniejszości narodowych w tym kraju. Dlatego właśnie w Reykjaviku można znaleźć polski sklep, a w każdym supermarkecie kupić Prince Polo.

img_5248.jpg

Sam Reykjavik zachwycił nas przede wszystkim swoim rozmiarem (całkiem malutkie miasto jak na stolicę) a także wszechobecnym porządkiem. Jego symbolem jest ogromny kościół luterański Hallgrímskirkja, którego wieżę (73 metry) można dostrzec ze wszystkich miejsc w mieście. Zbudowany został z bazaltu, inspirowany krajobrazem kraju. Przed kościołem stoi pomnik wikinga Leifa Eiríkssona, uważanego za odkrywcę Ameryki, zbudowany w 1930 roku.

P1020422

Polecamy także choć na chwilę zatrzymać się przy współczesnym pomniku “The Sun Voyager”, który symbolizuje pierwszych przybyszy na Islandii.

P1020565.JPG

Po dniu spędzonym na poznawaniu stolicy Islandii i chowaniu się przed sztormem wyruszyliśmy na poszukiwanie przygód. Wybraliśmy się na wycieczkę po tzw. Golden Ring, czyli Złotym Kręgu przepełnionym najważniejszymi atrakcjami turystycznymi okolicy Reykjaviku.

Zaczęliśmy od Parku Narodowego Þingvellir, położonym nad brzegiem największego jeziora w kraju Þingvallavatn. Założony został w 1928 roku, a jego powierzchnia wynosi 84 km². Obszar parku jest bardzo ciekawy przez jego budowę geologiczną, ponieważ właśnie tam łączą się dwie płyty tektoniczne północnoamerykańska i euroazjatycka. Widoki są tak cudowne, że nawet w niesprzyjającej pogodzie nie zachęcają do pośpiechu. Spacer po parku był dla nas bardzo relaksacyjnym doświadczeniem, świeże powietrze wypełniło nasze płuca a krajobraz nacieszył oczy.

P1020128P1020017P1020076P1020040P1020091P1010983P1010994

Kolejnym etapem naszej wycieczki był wodospad, a właściwie dwa “Złote Wodospady” Gullfoss, składające na dwie kaskady, 11 i 21 metrów. Zaskakującym faktem jest, że w ciągu 1(!) sekundy przepływa przez nie 400 m³ wody. Bardzo często w okolicach Gullfoss można zobaczyć tęczę, co tworzy jeszcze ciekawsze widoki. Muszę przyznać, że nawet późną jesienią było tam dość sporo ludzi, ale teren jest tak ogromny, że nie odczuliśmy tego aż tak bardzo.

IMG_5268.JPG

Ostatnim punktem na mapie tego dnia były gejzery. Wybraliśmy się do położonego niedaleko od Gullfoss Haukadalur, około 140 km od Reykjaviku. Jest tam kilka gorących źródeł o różnych kolorach i kształtach. Największą atrakcją był oczywiście wybuchający gejzer Strokkur, który mieliśmy okazję zobaczyć “w każdej porze roku” ponieważ pogoda zmieniała się tam dosłownie co kilka minut. Było to ciekawe doświadczenie, na kontynencie jeziorka czy źródła raczej nie wybuchają i nie mają temperatury ponad 75ºC.

P1020309blogP1020346P1020368P1020337P1020386P1020356

Po naszej wyprawie często zadawano nam pytanie, czy Islandia jest naprawdę taka droga? Tak więc odpowiadamy: może faktycznie nie jest to najtańszy kraj dla podróżników czy backpackersów, ale wszystko zależy od tego, jak się zorganizujecie. My zamiast hotelu wybraliśmy przepiękny hostel w skandynawskim stylu. Tam przygotowywaliśmy śniadania z produktów, które kupiliśmy w islandzkiej Biedronce, słynnym sklepie ze świnką – Bonus. Na kolację zajadaliśmy się niesamowicie sycącym Skyrem (co było dla nas ogromnym zdziwieniem: NAJEŚĆ SIĘ JOGURTEM?!), a na obiady wybieraliśmy narodową kuchnię islandzką. Serdecznie polecamy chłopaków z Icelandic Street Food gdzie mieliśmy okazję spróbować przepysznej tradycyjnej zupy z jagnięciną, która rozgrzała nas w mroźne popołudnie. A do tego na koniec poczęstowali nas domowym, babcinym ciastem z owocami leśnymi. Same wspaniałości!

IMG_5266

30709001_1679714105438439_1049530401862713344_n

IMG_5278.JPG

A wszystkim, którzy planują wprawę na Islandię mówimy: NIE CZEKAJCIE. Pakujcie manatki i w drogę. Islandia był to dla nas pierwszy kraj, do którego postanowiliśmy, że wrócimy w najbliższym czasie. I to wcale nie tylko dlatego, że pogoda nie pozwoliła nam zobaczyć zorzy polarnej. Snujemy wiele planów dotyczących nie tylko Reykjaviku i jego okolic a raczej całej wyspy.

Islandio, do rychłego zobaczenia!

Lotnicze motywy nawet w podróżach

Praca na lotnisku uzależnia i wszyscy dobrze o tym wiemy. Osoby, które mają codzienną styczność z samolotami potrafią gadać o tym ZAWSZE i WSZĘDZIE.

To teraz sobie wyobraźcie, że dwie takie osoby biorą ślub…

Jakaż była radość, gdy dowiedzieliśmy się, że w Amsterdam Museum trafiliśmy na wystawę “100 lat Schiphol”. Była to interaktywna wycieczka po wszystkich latach funkcjonowania lotniska. Nie dość, że obejrzeliśmy ciekawą ekspozycję i filmy na temat holenderskiego portu lotniczego, to jeszcze mogliśmy zobaczyć, jak nasze zawody wykonywane były wcześniej.

P1150555

Na wstępie dostaliśmy bilet w formacie karty pokładowej, należało go w trakcie wycieczki po muzeum zbordować a następnie przybić pieczątkę na kontroli paszportowej. Mogliśmy przez chwilę zostać kontrolerami ruchu lotniczego na wieży lotniska a nawet zmienić się w samolot (co chyba najbardziej ucieszyło Marcina, dowód poniżej…).

P1150564

Mieliśmy możliwość obejrzeć mundury pracowników lotnisk, od stewardessy po pracownika kontroli granicznej. Prócz tego na wystawie było mnóstwo sprzętu używanego niegdyś na Schiphol, bardzo ciekawe było interaktywne zapoznanie się ze wszystkimi samolotami lądującymi na lotnisku na przestrzeni 100 lat. Myślę, że całokształt wystawy był przeznaczony nie tylko dla zagorzałych fanów awiacji, wszystko było pokazane w stopniu tak interesującym, że cieszyła się ona rzeszą fanów z całej Europy.

P1150569