Pekin bez uniesień

Pekin, Pekin, Pekin… Cóż za ogromne miasto! Kiedy oglądałam mapę stolicy Chin w wersji papierowej nie zdawałam sobie sprawy, że te wszystkie ulice mają dziesiątki kilometrów a podróż z lotniska do hotelu wcale nie będzie krótka.

Stało się. Hasło “transsib” zostało rzucone. A jak już coś robić, to porządnie: zacząć w Moskwie skończyć w Pekinie. Już chyba wtedy wyczuwałam, że ostatni przystanek naszej podróży będzie tym najsłabszym ogniwem. Stolica Chin nigdy jakoś szczególnie mnie nie pociągała, uważałam, że jest to miasto warte zobaczenia, jednak nie znajdowało się w moim osobistym “top 10”. Nie miałam żadnych oczekiwań, przyjazd tam był bardziej na zasadzie “przy okazji wizyty w Chengdu zobaczę i Pekin” i tak się właśnie stało.

Wylądowaliśmy w Pekinie około godziny 23:00 i zabawa zaczęła się już wtedy, bo znalezienie osoby znającej angielski graniczyło z cudem. Nie należę jednak do ludzi, którzy uważają, że wszyscy język ten znać muszą, jednak jest on podstawą chociażby języka lotniczego, wiec miałam nadzieję, że chociaż tam się dogadamy.

OTÓŻ NIE, moi drodzy. Jakaś kobieta pomogła znaleźć nam transport do hotelu, oczywiście z 200% przebitką ceny, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Po opóźnionym locie, przygodach z komunikacją oraz nieogarniętą recepcją w hotelu o 3 w nocy jedyne o czym marzyliśmy to sen. Nie mieliśmy siły na komentarze dotyczące czystości w naszym pokoju i łazience. Muszę jednak dodać, że spaliśmy już w wielu miejscach na świecie i z ręką na sercu stwierdzam, że chińskie hotele są najbrudniejsze.

O poranku, tuż po śniadaniu zdecydowaliśmy udać się w miejsca, z których Pekin słynie: Zakazane Miasto, Plac Niebiańskiego Spokoju oraz Tianatan – Świątynię Nieba. Wszystkie te atrakcje są piękne zarówno pod względem architektonicznym jak i historycznym i zrobiłyby pewnie na nas większe wrażenie gdyby nie… LUDZIE.

Nic mnie tak nie irytuje jak ogrom turystów w miejscu, które zaplanowałam zobaczyć. Nie ma sensu robienie zdjęć, ponieważ będą one przepełnione innymi ludźmi; żeby cokolwiek zobaczyć trzeba odpychać się łokciami (z czym wspaniale radzi sobie Marcin), a takie sytuacje skutecznie odbierają chęć obejrzenia czegokolwiek i poszerzania wiedzy na temat miejsca, w którym aktualnie przebywamy. I dokładnie tak przypominam sobie właśnie nasze zwiedzanie Pekinu.

Dzień zaczęliśmy od wędrówki do Zakazanego Miasta, czyli pałacu cesarskiego dynastii Ming i Qing. Jest to niesamowicie wielki (i piękny) kompleks budynków, świątyń i ogrodów. Zbudowany został w latach 1406-1420 i właśnie tam podejmowano najważniejsze decyzje dotyczące Chin a niekiedy nawet całego świata.

P1040209P1040213

Następnie udaliśmy się w stronę placu Tiananmen oraz Mauzoleum Mao Zedonga. Tam właśnie zobaczyć można Bramę Niebiańskiego Spokoju, czyli symbol Chińskiej Republiki Ludowej (jest ona umieszczona w godle kraju). W okresie cesarstwa odgrywała rolę łącznika między światem zewnętrznym a Zakazanym Miastem. W 1949 r. Mao Zedong, prosto z tarasu umieszczonego na bramie, ogłosił powstanie ChRL.

P1040207

Plac Tiananmen, czyli Plac Niebiańskiego Spokoju jest to największy tego typu obiekt publiczny na świecie. Jego rozmiar wynosi aż 880x500m. Tam właśnie znajdują się dwa obiekty: 38-metrowy pomnik Bohaterów Ludu oraz mauzoleum Mao Zedonga. Jeżeli wybieracie się na zwiedzanie koniecznie pamiętajcie o paszporcie. Nam sprawdzono go kilka razy, przy każdym wyjściu i wejściu na plac.

img_0068img_0089img_0012

Warto wybrać się również nieco na południe miasta, by zobaczyć Świątynię Nieba, uważaną za świątynię taoistyczną. Kompleks ma prawie 3 km², więc nastawcie się na długi spacer, jeżeli planujecie docenić piękno tamtejszej architektury (a jest co oglądać!).

img_0058img_0056

Kolejnego dnia przyszła pora na wyprawę do miejsca, który każdy powinien kiedyś zobaczyć. Na początku planowaliśmy wybrać się na Wielki Mur Chiński na własną rękę, jednak czytając opinie o najbliższym punkcie widokowym w Badaling, które nie były najlepsze, postanowiliśmy zrezygnować.

Po raz kolejny zdecydowaliśmy się na zorganizowany tour, po pierwsze ze względu na wcześniejsze problemy w komunikacji z tubylcami, po drugie był to nasz ostatni pełny dzień w Chinach, więc chcieliśmy go wykorzystać bardzo produktywnie. I muszę przyznać, że była to najlepsza decyzja jaką podjęliśmy. W godzinach porannych, około 06:30 z hotelu odebrał nas przewodnik Leo i właśnie z nim udaliśmy się w stronę Mutianyu, gdzie mieliśmy przejść przez fragment Wielkiego Muru Chińskiego. Leo okazał się naszym “chińskim światełkiem w tunelu”: oczytany, z ogromną wiedzą historyczno-polityczną, nienaganną angielszczyzną opowiadał nam pokrótce etapy rozwoju swojego kraju przeplatając je wątkami wojennymi i szczerą niechęcią do Mongołów.

微信图片_20180522211608.jpg

Pierwszym przystankiem naszej krótkiej wycieczki było Mutianyu, świetnie zachowany fragment muru, gdzie zamierzaliśmy podziwiać wspaniałe krajobrazy, spacerując od wieży do wieży. Niestety jednak pogoda tego dnia nie dopisała, mgła spowiła mur i jego okolice, znacznie utrudniając widoczność. Miało to jednak swoje plusy, odstraszeni turyści zrezygnowali ze spaceru, co dawało nam cały fragment muru tylko dla siebie, a rześka pogoda była błogosławieństwem po wielu dniach w dalekowschodnim skwarze.

P1040251P1040256P1040271

P1040226P1040227

img_0140img_0024img_0106img_0100img_0004

Najcięższą częścią muru były schody do ostatniej wieży. Strome, śliskie i nierówne skutecznie utrudniały wejście, jednak udało nam się! Po zejściu na dół udaliśmy się na zasłużony obiad do lokalnej restauracji. Leo, nasz przewodnik, znający możliwości Polaków zamówił dla nas (prócz masy jedzenia oczywiście) tradycyjny chiński trunek, bardzo mocny, przypominający nieco nasz rodzimy bimber. I wszystko byłoby wspaniale, bo mocne trunki nam niestraszne, ale 70% alkohol bez zapijania to spore wyzwanie. Marcin zdecydował popijać wodą, ja natomiast zagryzałam wódkę fasolką szparagową i jakimś cudem daliśmy radę.

img_1509img_1505img_1507img_1515

img_0078.jpg

Po wspaniałym posiłku wyruszyliśmy się w stronę Letniego Pałacu. Leo opowiedział nam jego genezę i historię rozwoju. Powstanie kompleksu datuje się na rok 1153, jego rozbudowa miała miejsce po 1750 r. kiedy to dla uczczenia 70 rocznicy urodzin swojej matki cesarz Qianlong rozkazał utworzyć w tym miejscu rezydencję o nazwie Ogród Czystych Fal (Qingyiyuan). Centralnym punktem Pałacu Letniego jest Wzgórze Długowieczności (60 m wysokości) oraz sztuczne jezioro Kunming, które zajmuje powierzchnię 2,2 km² (cały kompleks liczy 70 tys. m²).  Po wspinaniu się na górę i odpoczynku wśród cesarskich zabudowań późnym wieczorem skierowaliśmy się z powrotem do zatłoczonego Pekinu.

P1040305P1040311P1040326

img_0027img_0059

Bardzo szybko upłynęły nam dni w Chinach i muszę przyznać, że pierwszy raz nie jestem przekonana, że wrócę. Być może wyjdę na kompletną ignorantkę, jednak Pekin nie jest dla mnie miejscem aż tak ciekawym, żeby chcieć udać się tam po raz kolejny. Jako że Marcin ma na temat Chin nieco inne zdanie, na jego liście jest jeszcze kilka zabytków i miejsc wartych zobaczenia. Odnoszę wrażenie, że jeszcze kiedyś pojedziemy na daleki wschód, ale niekoniecznie do Pekinu. Chiny są krajem niesamowicie zróżnicowanym i ogromnym zarówno pod względem geograficznym jak i kulturowym. Żeby zobaczyć wszystkie zakamarki i wspaniałe miejsca trzeba by zostać tam kilka tygodni. Teraz jednak chcemy skupić się na spełnianiu naszych podróżniczych marzeń wśród których niestety Chin nie ma.

IMG_0248_1

Opowiadania mongolskie

O Mongolii można pisać wiele: nieco bagatelnie, że jest ogromna i piękna; krajoznawczo, opisując bezkresne stepy i wysokie góry; zahaczając o kulturę referować obrządki i tradycje albo tak ja: podzielić się wrażeniami osób, które nigdy wcześniej w azjatyckim kraju nie były i stwierdziły, że to właśnie w Mongolii postawią pierwsze kroki.

37920728_1806038682805980_3416504024197758976_n.jpg

Z racji tego, że Mongolia nie jest to kraj typowego turysty i wiele z Was zapewne mało o nim wie, zacznę od krótkiego opisu. Pierwszym słowem jaki przychodzi mi na myśl przy charakterystyce tego państwa jest przymiotnik “ogromny”, ponieważ Mongolia jest ponad pięć razy większa od Polski, jej powierzchnia wynosi 1 564 116 km², co daje 19. pozycję w rankingu światowym. Stolicą jej jest Ułan Bator, w którym zamieszkuje prawie 50% ludności całego kraju. Historia Mongolii jest bardzo ciekawa i zawiła, niemalże znikąd powstaje Imperium Mongolskie i w równie szybkim tempie znika z map świata, dzieląc się na mniejsze państwa. Językiem urzędowym jest oczywiście mongolski, który do lat 40. zapisywany był tradycyjnym pismem zbliżonym do alfabetu ujgurskiego, pisanego z góry na dół, jednak w połowie XX w. zmieniono go na cyrylicę. Pismo tradycyjne wciąż nauczane jest w szkołach w celu utrzymywania tradycji.

P1030662.JPG

Zwiedzanie Mongolii zaczęliśmy w jej stolicy – Ułan Bator, gdzie dotarliśmy odcinkiem kolei transmongolskiej. Jednak zostaliśmy tam bardzo krótko, wzięliśmy prysznic, zjedliśmy śniadanie i przepakowaliśmy plecaki, żeby ruszyć w dalszą podróż w stronę parków narodowych. Pierwszym punktem wyjazdu był ogromny, 40-metrowy pomnik wodza Imperium Mongolskiego oraz bohatera narodowego Czyngis-Chana. Zbudowany został z 250 ton stali w miejscu, w którym według legendy Temudżyn znalazł złoty bicz. Czyngis-Chan jest przywódcą legendarnym, który z jednej strony krwawo masakrował wszystkich swoich wrogów zawłaszczając znaczną część świata, z drugiej jednak na zdobytych terenach wprowadzał surowe prawa, co umożliwiło rozkwit handlu i zapanowanie tzw. pokoju mongolskiego (Pax Mongolica).

khan1khan2

Po obejrzeniu pomnika i muzeum Czyngis-Chana, w którym mieliśmy okazję dowiedzieć się o wielu faktach z mongolskiej historii, udaliśmy się w stronę rezerwatu Gun Galuut. Jest to przepiękne miejsce położone zaledwie 130 km od Ułan Bator. Pierwszy raz w życiu byłam w okolicy, gdzie nie ma kompletnie nic. Cisza, raz na jakiś czas przerywana śpiewem ptaków lub rżeniem koni, odprężyła mnie niesamowicie, pozwoliła naładować baterie i zapomnieć o przyziemnych sprawach. Pokonywaliśmy kilometr za kilometrem w poszukiwaniu chociaż namiastki cywilizacji, ale w tamtych rejonach naprawdę jej nie ma.

37912151_1806038049472710_2351493623897391104_n37944270_1806037889472726_5121164921798656000_n37962365_1806038882805960_4091822163307266048_nP1030704P1030725P1030740

Prócz przemierzania stepów mieliśmy okazję pomaszerować trochę po pobliskich wzgórzach. Może nie były to góry z tych największych na świecie, jednak cała powierzchnia Mongolii znajduje się 1000 m n.p.m. i wyżej, co ułatwia nieco wspinaczkę w wyższe partie gór. A im dalej w góry, tym piękniejsze widoki, po których niedosyt pozostał do dzisiaj.

P1030717P1030754P1030768P1030782P1030797P1030810

Gwoździem programu tej wyprawy był jednak nasz nocleg. Postanowiliśmy “pójść na całość” i przespać się w tradycyjnej, mongolskiej jurcie. Jest to swego rodzaju namiot pokryty skórami (zazwyczaj jelenia), który z wyglądu przypomina nieco miskę odwróconą do góry dnem. Co ciekawe, drzwi jurt w Mongolii muszą być odwrócone na południe, tych z Kazachstanu natomiast – na wschód. W środku budynku znajduje się piec, którym dogrzewaliśmy się w nocy. Co ciekawe, nie ma w nich miejsca na toaletę, więc wychodek musieliśmy “znaleźć” gdzieś w pobliżu.

37976122_2248643745149788_6368465017020350464_nP1030694

37912136_2248644295149733_722318735028781056_n38012392_2248643851816444_556959144058290176_n

Mieliśmy okazję odwiedzić kilka jurt “z prawdziwego zdarzenia”, gdzie ugoszczono nas tradycyjnymi potrawami mongolskich koczowników. W takim miejscu obowiązuje kilka zwyczajów, których obowiązkowo należy przestrzegać, a oto kilka z nich:

•  nie wolno gwizdać w jurcie;
• nie należy przeskakiwać nad czyimiś wyciągniętymi nogami oraz opierać się o ściany w jurcie;
• nie można gasić ognia w palenisku;
• trzeba okazywać szacunek starszym;
• zabrania się dotykać głowę lub czapkę innej osoby;
• nie wolno kłaść noża ostrzem w kierunku innej osoby oraz brać jedzenia z talerza lewą ręką;
• w jurcie należy poruszać się zgodnie z ruchem wskazówek zegara.

Oczywiście nie wolno także odmawiać jedzenia, którym jesteśmy częstowani. Jest ono dość specyficzne, aczkolwiek nam przypadło do gustu. Wszystko opiera się głównie na produktach mlecznych i cieście, które nieco przypomina mocno spieczone ciasto kruche. Wiele ludzi przestrzega turystów przed jedzeniem u lokalnych, my jak widać przeżyliśmy, nawet odbyło się bez dolegliwości żołądkowo-jelitowych.

37928930_1806037672806081_93916220205563904_n38036972_1806037709472744_7062455749787516928_nP1030833P1030832

Jeżeli już jesteśmy przy temacie jedzenia, to muszę przyznać: nie spodziewałam się, że kuchnia mongolska będzie tak różnorodna i smaczna. Przed wyjazdem wiele razy czytałam o tłustych posiłkach i niezdrowych potrawach, ale szczerze mówiąc my na takie nie trafiliśmy. Mongołowie jedzą sporo zup, mają nawet “zupę na kaca”, która przypomina nasz krupnik. Różnego rodzaju pierogi spowodowały, że znowu byłam w raju, Marcin natomiast zajadał się baraniną. Co ciekawe, mieliśmy także okazję spróbować mongolskiej sałatki jarzynowej, także przez moment poczuliśmy się trochę jak “u cioci na imieninach”.

37884709_1806038922805956_9081495828115226624_n37907787_2248644661816363_9042856189196500992_n37926368_2248644371816392_3290564562192957440_n37950706_2248644481816381_7499529587676676096_n37994166_2248643971816432_3162238885077975040_n38003696_1806031242806724_952118146997682176_n

Warto dodać jeszcze, że porcje jedzenia w restauracjach są OGROMNE (i śmiesznie tanie), pokonały nas kilka razy, a zaufajcie, jesteśmy dość mocnymi zawodnikami w tej dziedzinie.

Podczas pobytu w jurcie poznaliśmy mongolską narodową grę – szagaj. Używa się do niej kości skokowych kóz i owiec, a sposobów na zabawę jest kilka: rzucanie kośćmi i zbieranie porozrzucanych kości (szagaj awaa), podrzucanie i łapanie kości (ünee saa, güü saa), zderzanie kości, które leżą tą samą stroną do góry (szagaj njaslaa), strzelanie kośćmi (szagaj charwaa) oraz „wyścig koni” (szagaj uraldulaa). Dla nas najciekawszym sposobem gry było zderzanie kości, Marcin po kilku rozgrywkach wygrywał nawet z tubylcami. 🙂

37924135_2248644165149746_6547979609017679872_n.jpg

Kolejnego dnia nadszedł moment na mongolskie “must see”, czyli Park Narodowy Gorchi-Tereldż, który zajmuje prawie 3000 km². Gdy dojechaliśmy na miejsce ciężko było uwierzyć, że jesteśmy nadal w Mongolii, ponieważ krajobraz w najmniejszym nawet stopniu nie przypominał tego, który widzieliśmy wcześniej. Roślinność w parku jest typowa dla południowej części Zabajkala, występuje tam mnóstwo chronionych i rzadkich roślin, przez co jest niesamowicie zielono. Jedną z atrakcji parku jest Melchijn chad, czyli “skała-żółw”, ostaniec skalny bezsprzecznie kojarzący się właśnie z tym zwierzakiem (dowód poniżej).

P1030840P1030842P1030843P1030873

W Parku Narodowym Gorchi-Tereldż znajduje się nowo wybudowany klasztor buddyjski, który odwiedziliśmy. Mongolia jest krajem bardzo zróżnicowanym pod względem religii. Obok siebie funkcjonują tutaj: buddyzm tybetański, szamanizm, chrześcijaństwo, manicheizm i taoizm. Często członkowie jednej rodziny należą do różnych wyznań, jednak od XVI w. buddyzm tybetański (lamaizm) jest w kraju religią dominującą.

P1030855P1030876P1030891P1030894

Tuż obok klasztoru znaleźć można szamańskie elementy, jak np. kamienne kurhany, czyli Owoo. Umieszczane są one w miejscach szczególnych pod względem kulturowym bądź religijnym. Jeżeli zatrzymamy się przy jednym z nich należy złożyć tam ofiarę, obejść kurhan i dołożyć kamień.

O czym trzeba pamiętać przed wyjazdem do Mongolii? Przede wszystkim o wizie, ponieważ jest ona wymagana na granicy i surowo kontrolowana. My załatwiliśmy naszą w jeden dzień, należy tylko przygotować potrzebne dokumenty, przede wszystkim ubezpieczenie, wniosek i potwierdzenia noclegów, co nieco przypomina staranie się o wizę do Rosji. Co ciekawe, konsul w mongolskiej ambasadzie w Londynie mówił po polsku.

Ważne jest też przygotowanie merytoryczne, starałam się sporo czytać o Mongolii i jej mieszkańcach, ponieważ nasze kultury i zachowania nieco się różnią. Nie chciałam, żebyśmy zostali odebrani jako niegrzeczni. Oczywiście, że wszystkiego się nie da przewidzieć, ale warto znać podstawowe zasady i kilka zwrotów w ich języku.

Przydatna okaże się znajomość języka rosyjskiego, ponieważ wielu mieszkańców Mongolii zna jego podstawy oraz, wbrew pozorom, znajomość cyrylicy pomoże w odnalezieniu się w Ułan Bator.

Podsumowując…

Mongolia jest krajem interesującym pod wieloma względami, zarówno kulturowo jak i geograficznie. Nam niestety udało się zobaczyć tylko część tego, co ma do zaoferowania. Mongołowie nie są może bardzo otwartymi ludźmi, aczkolwiek pomagali nam w każdej sytuacji i gdy zdobyliśmy ich zaufanie spędzali z nami mnóstwo czasu opowiadając różne historie i słuchając tamtejszej muzyki popularnej. Planując podróż koleją transsyberyjską długo zastanawialiśmy się nad wyprawą w te strony, głownie ze względu na ograniczony czas, jednak teraz nie żałujemy, Mongolia okazała się strzałem w dziesiątkę.

Jeżeli macie pytania dotyczące naszego wyjazdu, prosimy o kontakt!