W drodze na północ, czyli Kanada w dni kilka

Słyszeliście kiedyś o kraju, w którym dostaje się mandat pochwalny za przepisową jazdę? A może o krainie, która kojarzy się z sosem do sałatek?

img_5105

Nasz wyjazd do Kanady był zupełnie przypadkowy. Podczas planowania zwiedzania Nowego Jorku myśleliśmy nad wycieczką do Niagara Falls i porównując odległości zadałam pytanie moim towarzyszom podróży: A może Toronto? Drugi raz powtarzać nie musiałam. I tak, podczas wielkiej wyprawy do USA znaleźliśmy się w kraju klonowego liścia.

img_5108.jpg

Podróż na północ zaczęliśmy od odwiedzenia Corning Museum od Glass, czyli muzeum szkła i wyrobów szklanych. Miejsce niesamowite, bo oprócz przepięknych figurek, kompozycji i wyrobów typowo użytkowych mogliśmy jeszcze poznać techniczno-naukowe zastosowanie szkła. Na koniec uczestniczyliśmy w pokazie tworzenia szklanych ozdób, w który wpleciona była historia rozwoju tego rzemieślnictwa oraz co prawdopodobnie czeka je w przyszłości. Byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni wizytą w muzeum i udowodniliśmy, że wcale nie trzeba znać się na szkle, żeby docenić jego piękno.

img_5102

 

Kolejnym przystankiem, już na granicy USA z Kanadą był wodospad Niagara. Jest to zdecydowanie miejsce, które trzeba raz w życiu zobaczyć, a najlepiej i latem i zimą. Wodospad Niagara, a właściwie WODOSPADY, a jest ich aż trzy, mają ponad 50 m wysokości, rozdzielone są wyspą Luna Island. Po stronie amerykańskiej znajdują się: American Bridal Veil, czyli po polsku Welon Panny Młodej oraz American Falls. Mają one ponad 60 m wysokości. Najpopularniejszy jednak jest wodospad po stronie kanadyjskiej i wcale nie nazywa się Niagara Falls, a Horseshoe Falls. Polecamy (ale tylko latem!) podpłynięcie statkiem prawie pod sam wodospad: widoki może nie zachwycają, bo w pewnym momencie przez strumień wody nie widać już nic, ale wrażenia niezapomniane! Ciekawą opcją, z której i my skorzystaliśmy, jest możliwość wjechania na Skylon Tower i zjedzenia obiadu w restauracji na jej szczycie. Uwielbiam posiłki “z widokiem”, a obserwowanie wodospadów z góry było nie lada przeżyciem.

img_5091img_5090img_5098img_5100

img_0258

Przyszedł czas na wizytę w Toronto. Byliśmy zaskoczeni faktem, że miasto nie jest tak duże jakby się mogło wydawać. Nie wiem, czy to zasługa kanadyjskiej architektury, czy w tym kraju ogromne metropolie po prostu nie mają prawa bytu. Stolica prowincji Ontario została okrzyknięta najbardziej multikulturowym miastem świata, zamieszkuje je ponad 150 grup etnicznych. Za największą atrakcję miasta uznaje się Scotiabank Arena, dla fanów hokeja oczywiście, których w Kanadzie jest bardzo dużo, a zaraz po niej wymienia się CN Tower, czyli wieżę transmisyjną, która jeszcze do 2007 roku była najwyższą budowlą na świecie. Nie omieszkaliśmy udać się na zakupy w centrum miasta, w naszych koszykach znalazł się oczywiście tradycyjny syrop klonowy we wszystkich chyba możliwych formach: tradycyjny w słoiczku, jako dodatek do ciasta i lodów a nawet w formie lizaka! Na koniec naszej wycieczki po Toronto trafiliśmy do chinatown, gdzie skusiliśmy się na azjatycką kolację.

img_5110img_5109img_5101

 

W drodze powrotnej do Nowego Jorku udało nam się odwiedzić krainę tysiąca wysp. Wielu z Was nazwa ta, tak samo jak i nam, kojarzyć się będzie z popularnym sosem do sałatek. I prawidłowo, bo sos ten właśnie stamtąd pochodzi. W krainie tysiąca wysp mieszkała jego wynalazczyni Sophia LaLonde, która przekazała swoją recepturę znanej aktorce teatralnej May Irwin a także właścicielowi hotelu Harold. May wymyśliła nazwę sosu, a hotel pierwszy raz umieścił go w swoim menu, gdzie można go próbować do dziś. Zostawmy jednak walory smakowe, a skupmy się na naszej wyprawie. Thousand Islands jest łańcuchem wysp na Rzece Św. Wawrzyńca, które leżą na odcinku około 80 km w dół od Kingston, gdzie rzeka wypływa z jeziora Ontario. Jest ich bagatela 1865, a największa, Wolfe Island, ma 100 km² powierzchni. My zdecydowaliśmy się na przepłynięcie fragmentu rzeki statkiem, piękna pogoda nas skutecznie do tego zachęciła. Przygodę zaczęliśmy z samego rana od pożywnego śniadania na pokładzie naszej łajby, a zaraz po nim usiedliśmy wygodnie na górnym pokładzie, by w pełnym słońcu podziwiać widoki. A, uwierzcie, jest co oglądać. Na wielu wyspach wybudowane są fikuśne domki letniskowe, a na jednej z nich, Heart Island, stoi nieukończona posiadłość, a tak właściwie zamek – Boldt Castle. Właściciel wyspy, jeden z amerykańskich milionerów, przerwał budowę po śmierci swojej żony i już nigdy na Heart Island nie powrócił. Kilka kilometrów dalej, naszą uwagę zwróciły dwie malutkie wyspy, Wellesley i Hill, a raczej most między nimi, który według niektórych jest najkrótszym międzynarodowym mostem drogowym. Kraina tysiąca wysp była dla nas zupełnie przypadkową atrakcją, która wywarła nas ogromne wrażenie. Nigdy wcześniej o niej nie słyszeliśmy, niewiele można o niej przeczytać w przewodniach, a szkoda, bo miejsce to jest niesamowicie urokliwe, szczególnie końcem lata.

img_5106img_5095img_5096img_5094img_5107

img_5121

Północne Stany i południowa Kanada to tylko skrawek ogromnych państw, a do zaoferowania mają więcej niż niejeden kraj. Mieszanka miasteczek i parków narodowych jest tak zbalansowana, że wydaje się dla nas najwspanialszym miejscem do życia. Pogoda jest idealna: lato gorące i słoneczne, zima mroźna i zaśnieżona. Podczas wyjazdu do Nowego Jorku polecamy na chwilę oderwać się od zgiełku wielkiego miasta i uciec na łono natury. Zaufajcie, będziecie chcieli zostać tam na dłużej.

Dużą atrakcją jest także to cudeńko:img_5103

Podróże receptą na udany związek

Niemalże każdego dnia słyszę od kogoś „ale Wam dobrze, że na siebie trafiliście i zwiedzacie świat” albo „takie małżeństwo to rzadkość”. I faktycznie, wspaniale czujemy się razem i świetnie się dogadujemy, ale jest to zasługa wyłącznie ciężkiej pracy. Bo nad związkiem trzeba pracować. Nie sztuką są maślane oczy i kolacje przy świecach, bo miłość, zaufanie i zrozumienie trzeba pielęgnować. My także mieliśmy gorsze dni, ale odkąd zaczęliśmy razem wyjeżdżać wiele nauczyliśmy się od siebie i o sobie. I wciąż to robimy! Dlatego właśnie podróżowanie stało się dla nas receptą na udany związek.

Co jest wyjątkowego we wspólnych wyjazdach? Już wyjaśniam!

 

 

Razem 24/7

Razem się budzimy i chodzimy spać. Razem mokniemy w ulewach i przypiekamy na słońcu. Denerwujemy się na opóźniony samolot i wracamy pieszo z lotniska w środku nocy. Czasami naprawdę jest romantycznie i wspaniale, ale zdarzają się sytuacje (5 dni w jednym i tym samym przedziale w pociągu), że mamy siebie serdecznie dość i bardzo chętnie spędzilibyśmy chociaż chwilę OSOBNO. To nauczyło nas, że chcemy spędzać też trochę czasu samotnie, potrafimy wychodzić z domu osobno, poświęcać się odrębnym zupełnie zainteresowaniom, mieć różnych przyjaciół, z którymi niekoniecznie spotykamy się wspólnie. Nie jesteśmy jak papużki-nierozłączki. To daje nam trochę wytchnienia. Bo warto czasami za sobą zatęsknić.

 

Podział obowiązków

W tej kategorii jesteśmy mistrzami! Od planowania kolejnych destynacji, przez formalności wizowe, po pakowanie plecaków, wszystko chodzi jak w szwajcarskim zegarku. Wiemy za co jesteśmy odpowiedzialni: o co muszę martwić się ja, a co bierze na siebie Marcin. Nawet kilogramy w plecakach rozkładamy w miarę po równo (no dobra, ja mam zawsze około 1,5 kg mniej). A takie podróżnicze przyzwyczajenia doskonale przekładają się na życie codzienne. Dzielimy obowiązki w domu, płacenie rachunków a nawet opiekę nad kotem. Sprawiedliwie i bez większych zgrzytów, po miesiącach (kilometrach!) praktyk oczywiście.

 

W zdrowiu i w chorobie

Katarek i kaszelek jest NICZYM w porównaniu do prawdziwych chorób w podróży. Co mam na myśli? Nieskończone biegunki po zjedzeniu świeżych warzyw (które mają na sobie zupełnie inną florę bakteryjną) lub po niemądrym napiciu się wody z byle jakiego źródełka w środku Azji; choroba lokomocyjna, która na pokładzie katamaranu potraja swoją moc i masz wrażenie, że śmierć jest blisko; gorączki po spędzeniu kilku godzin na plaży (“Renia, mam udar!”); zadrapania, odciski, skręcone kostki, odparzone tyłki i wiele innych dolegliwości, którymi wolelibyście się nie dzielić nawet z panem doktorem, a co dopiero z drugą połówką, która w tym właśnie momencie dzielnie trzyma Ci włosy, kiedy Ty próbujesz wypluć swoje wnętrzności.

 

Wiesz o mnie wszystko

Podróże spowodują, że już niczego nie będziecie się wstydzić, a tematy tabu przestaną istnieć. Każdy człowiek się poci, tak samo jak każdy człowiek (dziewczyny też!) korzysta z toalety. A wy będziecie wiedzieć, co do minuty, kiedy druga połówka będzie musiała zejść z trasy i na kilka chwil wskoczyć w krzaki. Nie zawsze będzie czas i możliwość pójścia pod prysznic. Nie będzie makijażu, wymodelowanej fryzury i gładkiej skóry. Jeżeli będziecie w stanie okazywać sobie uczucia po kilku dniach bez prysznica znaczy to, że to związek na całe życie.

 

Tysiące wspomnień

…których nikt Wam nie odbierze. Pocałunki przy zachodzącym słońcu, romantyczne spacery nad lazurowym wybrzeżem i nie tylko! Nauka jedzenia pałeczkami, wycieczki rowerowe przez wyspę, wyprawa do muzeum czołgów w ulewnym deszczu, próby jakiejkolwiek komunikacji z tubylcami. Każda podróż daje coś do zapamiętania, a zaufajcie, wspaniale jest usiąść wieczorem z kubkiem kakao i przypominać sobie te wszystkie historie. A apetyt rośnie w miarę jedzenia!

 

Szkoda czasu na kłótnie

Tego też próbowaliśmy. Pamiętam jak na jednym z wyjazdów pokłóciliśmy się o jakąś bzdurę. Wyszłam z hotelu na ulicę, po czym za chwilę przyszedł on pytając: “No i gdzie ty chcesz teraz iść?” Cóż, miał rację, więc potulnie, śmiejąc się wróciłam do pokoju. W podróży kłócić się zwyczajnie NIE OPŁACA. Jest tyle miejsc do zobaczenia, tyle kilometrów do przejścia, że każda minuta jest na wagę złota, więc szkoda tracić ją na obrażanie się.

Godziny rozmów

Dzięki rozmowom właśnie wiemy o sobie niemalże wszystko. Historie z dzieciństwa, ulubieni nauczyciele ze szkoły i masa innych rzeczy, do których nie wracasz przy zwykłej pogawędce przy kawie. Rozmawiamy czekając na samolot, siedząc w pociągu i leżąc na plaży. O wszystkim i o niczym. Czasami nawet z nudów.

Podróże kształcą. Stajemy się odważniejsi, doceniamy to co mamy i potrafimy przetrwać nawet najtrudniejsze sytuacje. Każdy wyjazd zmienia nas w pewnym stopniu. A my zmieniamy się RAZEM. Celebrujemy każdą chwilę spędzoną w nowym kraju i oprócz innych kultur i sposobu życia uczymy się także samych siebie. I to właśnie w podróżowaniu jest najpiękniejsze.

 

Jak zaplanować wyjazd do USA?

Zabrałam się nareszcie za relację z naszego wyjazdu do Nowego Jorku. Pomyślałam, że na wstępie warto będzie opisać proces aplikowania o wizę, bo wielu z Was pytało, jak to wszystko wygląda i czy naprawdę jest to trudne i nie do przejścia. Dla nas także wyjazd do Stanów jeszcze kilka miesięcy temu wydawał się wręcz nieosiągalny. Wiza, kilkugodzinny lot za niemałe pieniądze i zupełnie inny świat po drugiej stronie Atlantyku. Czy tak jest naprawdę? Oto kilka spostrzeżeń z naszych przygotowań do wyjazdu.

8df2bbf2-4aa7-4879-ad1d-b30cd70c4c09

Nie taka wiza straszna jak ją malują

Nasza przygoda z wnioskami wizowymi rozpoczęła się dużo wcześniej, przed powstaniem pomysłu na wyjazd do Stanów. Tony dokumentów, przeróżne wymagania przedwyjazdowe wielu krajów, zdjęcia, potwierdzenia pobytu a nawet tymczasowe zameldowanie mieliśmy obcykane jak każdy szanujący się podróżnik. Nie zmienia to oczywiście faktu, że na samą myśl o wypełnianiu aplikacji na stronie ambasady USA trafia mnie szlag. Program jest tak niesamowicie stary, że przy każdej dłuższej przerwie (około 3 minuty) zwyczajnie Cię wylogowywuje i zmusza do zaczęcia wszystkiego od początku. Wyobraźcie sobie teraz naście stron pytających o pracę, miejsca zamieszkania, szkoły, dane rodziców, planowany przyjazd i wszystkie inne rzeczy, których, chcąc nie chcąc, pamiętać nie będziecie i w mgnieniu oka zrozumiecie moją frustrację. Gdy już uda Wam się zatwierdzić ten cholerny wniosek i wnieść opłatę w wysokości 160 dolarów, musicie tylko umówić się na spotkanie w konsulacie. Nasza wizyta w ambasadzie w Londynie trwała około godziny (4 uczestników wyprawy). Urzędnik zadał nam dosłownie trzy pytania: gdzie pracujemy oraz po co i na ile chcemy lecieć do Stanów. Po tygodniu otrzymaliśmy paszporty z wizą wklejoną na 10 lat.

20180831_191736

Bilety

Jak zapewne dobrze wiecie, rezerwacja biletów lotniczych jest dla nas dość czasochłonnym przedsięwzięciem. Ceny biletów mogą się zmieniać nawet kilkanaście razy na dzień, są diametralnie różne w poszczególne dni tygodnia itd. Cierpliwie sprawdzaliśmy portal skyscanner, który pokazywał nam różne linie lotnicze, typy biletów i ceny. Oczywiście typ biletów “light” bez bagażu rejestrowanego, a często także bez jedzenia na pokładzie jest najtańszy, aczkolwiek nie jest to reguła. Koniec końców udało się nam kupić bilety za 317 funtów od osoby, czyli około 1500 zł.

20180831_192219

Kontrola po przylocie

Po wylądowaniu na lotnisku JFK w Nowym Jorku musieliśmy oczywiście przejść kontrolę paszportową. Na szczęście nie trzeba już wypełniać tzw. “landing card”, czyli karty lądowania, wszystko robi się elektronicznie w maszynach, tuż przed kontrolą. Nie obyło się oczywiście bez chwili grozy. Każdy z nas, jak jeden mąż, stanął przy swojej maszynie, zeskanował paszport, uzupełnił wszystkie potrzebne informacje i dał sobie zrobić zdjęcie. Otrzymaliśmy druczki z numerem i rodzaj kolejki, następnie jeden z urzędników wskazał nam drogę. Marcin trafił do zupełnie innej poczekalni, w drugim końcu sali, z wielkim “X” na swoim wydruku. Nie do końca wiedzieliśmy co się dzieje, stwierdzając, że go nie wpuszczą i deportują. Moja kontrola paszportowa była bardzo krótka, pytanie jak długo planuję zostać, pieczątka i “welcome to US”. Potem musieliśmy tylko czekać na Marcina. Ja zaczęłam się już zastanawiać, czy powinnam zostać czy może dać się deportować wraz z mężem, aż tu nagle miła niespodzianka: uśmiechnięty Marcin wchodzi do hali bagażowej. Okazało się, że złowieszczy “X” oznaczał jedynie, że cały proces podawania informacji w maszynie został zrobiony w innym języku niż angielski (w jego przypadku oczywiście był to nasz ojczysty język).

20180901_003130

Czas na wielki świat!

Po odebraniu bagaży i szybkim odświeżeniu się postanowiliśmy od razu ruszyć w miasto (nieważne, że była druga w nocy). Do centrum Nowego Jorku udać się można na wiele sposobów, my wybraliśmy lotniskowy pociąg “JFK Airtrain”, który z terminala IV zabrał nad prosto na Jamaica Station, gdzie mogliśmy wsiąść w linię metra “E” i dojechać chociażby na Times Square. Kosztuje to około 7 dolarów, pociągi jeżdżą bardzo często, nawet w środku nocy.

img_2615-2

49947621_390768911692165_8267104135405371392_n

I tym właśnie sposobem, cali, zdrowi i rządni wrażeń zaczęliśmy naszą amerykańską przygodę. Nie obyło się oczywiście bez nowojorskiej pizzy z lokalnej miejscówki.

Przyznać muszę, z resztą nie tylko ja, ale cała wyjazdowa ekipa (pózniej oficjalnie już nazwana “trupą”) zapewne przyzna mi rację w tej kwestii, że nie jest wcale trudno zorganizować taki wyjazd. Nie wierzcie w bajki na temat złowrogich ludzi w ambasadach i szczegółowego interview. Zazwyczaj jest to całkiem szybki i bezbolesny proces, po którym ogromy kraj, pełen pięknych miejsc stoi przed Wami otworem!

20180901_022134_001

 

 

5 atrakcji, które warto zobaczyć w Genewie

Szwajcaria stała się kolejnym miejscem na mapie Europy, do którego postanowiliśmy się udać podczas naszego bardzo długiego miesiąca miodowego. Jest to kraj, który ciekawi nas pod wieloma względami: kulturowym, historycznym a nawet lingwistycznym (bo jak można w tak małym państwie mieć aż cztery języki urzędowe?).

Po wylądowaniu na lotnisku w Genewie dowiedzieliśmy się, że transport publiczny na terenie kraju jest darmowy dla turystów. W hali bagażowej, tuż obok wyjścia stoi automat, w którym można odebrać bilet na pociąg do centrum miasta. Fajnie, co?

Przylatując w styczniu do Genewy, drugiego największego miasta w Szwajcarii, spodziewasz się na pewno wysokich gór i tony śniegu, a tu niespodzianka! Ani gór, ani śniegu. Nieprzyjemny wiatr i trochę zimnego deszczu nad brzegiem jeziora: tak wspominamy ten wyjazd pod względem pogody.

Ale co tak właściwie można zobaczyć w tym mieście? Przejdźmy do rzeczy.

Jet d’Eau 

Wysoka na 140 m fontanna, wyrzucająca wodę z prędkością 200 km/h jest symbolem Genewy. Powstała już w 1885 roku, jednak nie jako atrakcja turystyczna. Kilkumetrowy wtedy wodotrysk miał na celu odprowadzanie nadmiaru wody w przypadku zbyt dużego ciśnienia w instalacjach wodnych przeznaczonych do napędzania maszyn genewskich jubilerów. Teraz działa ona w określonych godzinach, dłużej latem, krócej zimą. Podczas silnego wiatru i niskiej temperatury fontanna jest wyłączana.

Katedra Św. Piotra i panorama miasta

Budowana przez kilka stuleci, łącząca mnóstwo stylów architektonicznych z niesamowitą historią, czyli zabytek, który koniecznie trzeba zobaczyć. W północnej nawie zachowało się miejsce, gdzie podczas nabożeństw zasiadał Jan Kalwin. Zgodnie z jego naukami wnętrze świątyni jest surowe, bez przepychu. Zwiedzając katedrę warto poświęcić czas na wejście na wieże (północną i południową). Po dotarciu na górę można podziwiać panoramę miasta, a sama wspinaczka usłana jest historycznymi faktami i rzeczami z poprzedniej epoki.

Patek Museum

Jeżeli chcecie poznać choć trochę historii kunsztu zegarmistrzowskiego (w końcu jesteśmy w Genewie) z polskimi wątkami w tle, Muzeum Patka to miejsce dla Was! Dla nas było to trochę jak podróż w czasie. Cała wystawa jest wyjątkowo interesująca i można dowiedzieć się paru ciekawostek na temat słynnego polskiego zegarmistrza ze Szwajcarii.

Horloge Fleuri

Najsłynniejszy zegar kwiatowy w Ogrodzie Angielskim. Niezwykle popularny wśród turystów jest hołdem dla lokalnego przemysłu. Na nas jednak nie zrobił wrażenia, a co więcej, przy spacerze po mieście po prostu go nie zauważyliśmy. Nie jesteśmy wielkimi fanami kwiatów, a zegarki jednak wolimy prawdziwe. 🙂

Siedziba ONZ

Pośrodku parku Ariana nad brzegiem Jeziora Genewskiego, za wielkim ogrodzeniem znajduje się Palais des Nations, czyli Pałac Narodów Zjednoczonych. W środku znajdują się 34 pomieszczenia konferencyjne oraz 2800 biur, m. in. Biuro Wysokiego Komisarza ds. Przestrzegania Praw Człowieka. Od roku 1966 stanowi główną europejską siedzibę ONZ, dlatego jest terytorium międzynarodowym. Tuż obok pałacu zobaczycie ciekawy pomnik: ogromne krzesło bez nogi. Jest ono symbolem protestu przeciwko używaniu min przeciwpiechotnych w toczących się wojnach.

Genewa jest to miasto, które spokojnie można zobaczyć w jeden, dwa dni. Podejrzewam, że jest dużo bardziej urokliwa w okresie letnim lub pokryta śniegiem, ja jednak cieszyłam się, że zaplanowaliśmy tam tylko krótki, weekendowy wyjazd. Szwajcaria jednak nadal nie kojarzy mi się z miastami i zabytkami. Ten kraj to przede wszystkim Alpy i wspaniałe górskie wycieczki, dlatego jeżeli wybierzemy się tam po raz kolejny to zdecydujemy się na małomiasteczkowe zwiedzanie.

Z wizytą u Trześniewskiego

Wiecie co? Tym razem nie zacznę tradycyjnie. Nie opiszę zabytków i przepięknych krajobrazów. Skupię się natomiast na… Kanapkach. Dlaczego są one naszym zdaniem nieodzownym elementem wizyty w Wiedniu? I kim był pan Franciszek Trześniewski? Jeśli nie wiecie, a jesteście ciekawi: zapraszam do czytania.

Franciszek Trześniewski był to urodzony w Krakowie kucharz i smakosz. W 1902 roku postanowił otworzyć swój własny bar kanapkowy w samym środku Wiednia w dzielnicy Tiefen Graben.

46749930_462610350928656_1045262935242309632_n

Jego ideą było stworzenie, jak na tamte czasy, swego rodzaju fast foodu: miejsca, do którego wstąpią ludzie, żeby coś na szybko przekąsić. Bar serwuje 18 rodzajów kanapek: z ogórkiem, rybą, warzywami i słynną pastą jajeczną. Prócz tego można tam kupić 1/8 litra piwa, którą sam właściciel nazywał “Pfiff” i tak zostało do dzisiaj. Lokal ma także świetne hasło reklamowe: “Trześniewski. Die Unaussprechlich Guten Brötchen”, czyli kanapki tak dobre, że nie można wymówić (nawiązując do trudnego, polskiego nazwiska właściciela).

46762855_1928313827289914_7547162892408193024_n

46520076_1990822210986269_7698324992240386048_n.jpg

A jak smakują? To już musicie sami ocenić. Według mnie są świetne. Nie wiem, czy to zasługa składników, czy odrobiny polskości w każdym kęsie, ale z ręką na sercu polecam Trześniewskiego!

Jeżeli już zaczęliśmy od jedzenia to koniecznie muszę wspomnieć o znakomitym Wiener Schnitzel, czyli austriackim kotlecie z cielęciny, powszechnie uważanym za potrawę narodową.

46492056_366402273933614_5538445682077073408_n

Muszę przyznać, że takiej porcji kotleta jeszcze nie widziałam i odnoszę wrażenie, że ów rozmiar to w Austrii norma, ponieważ kelnerka przyjmująca zamówienie zrobiła dość zdziwioną minę kiedy do sznycla zamówiliśmy sporą porcję ziemniaków i surówek. Podobną minę mieliśmy my, kiedy przyniosła kotlet(y)!

Podczas naszego pobytu w stolicy Austrii nie obyło się również bez skosztowania wielu tamtejszych smakołyków. Zaczęło się oczywiście od Mozartkugel, wyprodukowanych po raz pierwszy w Salzburgu w 1890 roku. Jeżeli jesteście fanami marcepana, to zdecydowanie strzał w dziesiątkę. Ja podczas każdego pobytu w Austrii muszę zaopatrzyć się w kilka opakowań oryginalnych wafelków firmy Manner, które uwielbiam. Charakterystyczne różowe opakowanie z katedrą kojarzy mi się z wyjazdami na konkursy skoków narciarskich. Czy ktoś z Was ma podobne skojarzenia? 🙂

Przy okazji spacerów po starówce (o tym już za chwilę) wybraliśmy się także po raz pierwszy do tzw. “kociej kawiarni”. Nie jestem ogromnym zwolennikiem tego typu miejsc, jednak ta wiedeńska miejscówka była wspaniała. Koty miały święty spokój, nikt ich nie męczył i nie chodził za nimi, były bardzo przyjaźnie nastawione a niektóre z nich chętnie witały się z nowo przybyłymi gośćmi.

46495477_1913252325436912_3456234236917317632_n46485744_1317469341729321_7861046274995257344_n

Cóż… O jedzeniu, jak widzicie, pisać mogę bez końca, ale należałoby trochę skupić się na innych podróżniczych walorach stolicy Austrii. Wiedeń jest miejscem, gdzie architektura zachwyca i każdy ruch głowy, czy w lewo, czy w prawo przysparza nam niesamowitych doznań wzrokowych. Kamienice pięknie zdobione, pomalowane w odcienie bieli, to połączenie piękna z naturalną prostotą, co w szczególności przypadło nam do gustu, gdy ich dachy przyprószył śnieg.

Najważniejszym punktem miasta według wielu przewodników jest oczywiście Innere Stadt, czyli Stare Miasto, dlatego tam zaczęliśmy naszą wiedeńską przygodę. Co ciekawe, jest ono wpisane na listę UNESCO, co po przejściu przez zaledwie jego fragment przestało być dla nas niespodzianką.

Jeżeli już mówimy o Starym Mieście nie sposób nie wspomnieć o wybudowanej w 1230 roku, późnoromańskiej katedrze Św. Szczepana. Przez lata rozbudowywana i upiększana szybko stała się symbolem Wiednia i całej Austrii. W jej wnętrzu można znaleźć mnóstwo dzieł sztuki, mozaiki, a nawet zejść do katakumb. Dopiero po wejściu do środka docenia się jej ogrom, ponieważ z zewnątrz okalają ją budynki, więc aż tak wielkiego wrażenia na nas nie zrobiła (w porównaniu np. z Soborem A. Newskiego w Sofii). Jeżeli miałabym wziąć pod uwagę wszystkie świątynie, które widzieliśmy w Wiedniu, najbardziej do gustu przypadł mi kościół św. Franciszka, położony nad Dunajem.

P1020910

Belweder i Pałac Schönbrunn to wizytówki stolicy Austrii, więc i my, z przewodnikami w ręku udaliśmy się je zobaczyć.

Pałac Schönbrunn to według mnie miejsce, które nie tylko urzeka swoim pięknem i wielkością (1441 pomieszczeń, z czego tylko 45 jest udostępnionych dla turystów) a przede wszystkim jest to budynek, który pamięta niesamowitą ilość wydarzeń historycznych. To tam właśnie dawał swoje pierwsze koncerty sześcioletni Mozart, tam na konferencje przybywał Napoleon, tam zakończono władzę monarchii w Austrii i tam miał miejsce Kongres Wiedeński. Imponujące, nieprawdaż?

Belweder natomiast jest barokowym pałacem księcia Eugeniusza Sabaudzkiego, który mocno ucierpiał podczas II wojny światowej, dlatego wiele części budynku jest rekonstrukcją. Nie umniejsza to jednak jego zasług.  Wszystko jest symetryczne, trawa zadbana nawet w środku zimy, czyste chodniki i poprzycinane równo żywopłoty. Położony jest w pięknym miejscu, ze wspaniałym ogrodem, co sprawia, że wydaje się jakbyśmy patrzyli na obraz albo przynajmniej pocztówkę z dalekich stron.

P1020934

Miejscem, które w Wiedniu odwiedzić trzeba jest MQ (MuseumsQuartier), czyli Dzielnica Muzealna, która usytuowania jest tuż przy granicach Starego Miasta. Niestety nie mieliśmy czasu, aby zwiedzić każde z nich, jednak już ich wygląd z zewnątrz jest niesamowity. Trzeba zaznaczyć, że jest to jeden z największych na świecie terenów poświęconych kulturze i nauce. Naszym numerem jeden zostało oczywiście Muzeum Historii Naturalnej, które staramy się odwiedzić w każdym miejscu na świecie. Warto dodać, że cała dzielnica tętni życiem. Jest tam mnóstwo kawiarni, restauracji a latem odbywają się pokazy filmów i koncerty.

P1020738P1020744P1020752

Jak w każdej naszej podróży nie obyło się bez niespodzianek. W tym przypadku nie udało nam się zobaczyć wiedeńskiego ratusza w całej okazałości z powodu remontu, jaki miał miejsce wokół budynku. Starałam się zrobić jakiekolwiek zdjęcia pośród ścianek i ogrodzeń, jednak niedosyt pozostał do dziś. Wybudowane w stylu neogotyckim miejsce zgromadzeń dla rady miejskiej i burmistrza przykuwa uwagę i podobno wspaniale wygląda w wieczornym świetle. Cóż… Może następnym razem się uda.

46491853_322253908564133_1039810895166832640_n

Ciekawym miejscem na mapie Wiednia jest Hundertwasserhaus. Jest to budynek mieszkalny zaprojektowany przez Friedensreicha Hundertwassera, którego koncepcją było “nawiązanie dialogu z przyrodą jako równoważnym partnerem człowieka”. Odstaje on zdecydowanie od klasycznej wizji stolicy Austrii. Jest kolorowo, nierówno i w pewnym sensie bajkowo.

P1020861

A co z parkiem rozrywki?

Wiener Prater, bo o nim mowa, jest największym w Wiedniu (1700 ha) ośrodkiem wypoczynkowo–sportowym. Znajduje się tutaj największy i najbardziej znany diabelski młyn, który ma prawie 65 m wysokości. Kręci się bardzo powoli, co pozwala obejrzeć panoramę miasta. Nasze pierwsze skojarzenie: taki wiedeński London Eye. Moją uwagę przykuł jednak nie Wiener Riesenrad a całkiem sporych rozmiarów globus, umieszczony zaraz przy parku. Interesująca inicjatywa.

P1020898

O Wiedniu można pisać bez końca. Jest tam tyle zabytków, które trzeba zobaczyć, dziesiątki muzeów, które należy odwiedzić i mnóstwo potraw, które warto spróbować. Każda wizyta w tym mieście powoduje, że chce się go poznawać bardziej i więcej.

I chyba właśnie na tym polega podróżowanie, prawda?

Jak się pakować, żeby nie zwariować?

Już na samym początku zaznaczę, że ani ja ani Marcin do mistrzów pakowania nie należymy. Muszę jednak przyznać, z wyjazdu na wyjazd idzie nam to coraz lepiej, wszystko jest dużo bardziej zorganizowane, a przestrzeń w plecakach logistycznie podzielona i zapełniona. I bardzo mnie to cieszy.

Pierwszy plecak, który pakowaliśmy na jeden z naszych krótkich wyjazdów był wypełniony absolutnie po same brzegi. Kilka sweterków i spodni, gruba piżama i dodatkowe buty zajęły niesamowicie dużo miejsca, były niepotrzebnym ciężarem a co najgorsze, w ogóle się nie przydały. Czego więc unikać, a co rozważnie przygotować przed wyjazdem? Oto kilka naszych sprawdzonych zasad.

Plecak jest lepszy od walizki

Czy naprawdę muszę kogoś jeszcze przekonywać? Plecak można zabrać w teren, nie nosisz go niewygodnie raz w jednej, raz w drugiej ręce. Przy aktualnej polityce bagażowej tanich linii lotniczych na plecak nie zostanie zazwyczaj nałożona dodatkowa opłata i spokojnie można zabrać go na pokład, co oszczędza czas w miejscu docelowym: nie musicie czekać, aż bagaż zostanie wyładowany na taśmę w hali bagażowej. Wszystko, czego potrzebujecie macie zawsze w zasięgu ręki: leki, bluzę, okulary przeciwsłoneczne. Wygodny plecak to podstawa (o ich rodzajach napiszę w osobnym poście), na krótkie wyjazdy ja zdecydowałam się na firmę Roxy, Marcin na Wisport, natomiast na długie wyprawy obydwoje kupiliśmy słynne i NIEZAWODNE plecaki marki Deuter.

44439566_883459128524342_4021527829438005248_n (1)

Sprawdzamy pogodę przed wyjazdem

Dobrze wiecie, że ja jestem mistrzem w sprawdzaniu tego właśnie czynnika, szczególnie jeżeli chodzi o krótkie wyjazdy. Jednak nie jestem zbyt ufna wszelkim aplikacjom, dlatego zawsze kończę z jednym swetrem za dużo. Warto jest jednak wiedzieć, czy należy nastawić się na deszcz i zabrać ze sobą kurtkę, czy jednak wystarczy nam lekka bluza na chłodniejsze wieczory.

P1020715.JPG

Robię listę potrzebnych rzeczy

Nic tak nie pomaga jak sprawdzona ściąga z kilkoma obowiązkowymi rzeczami, które w plecaku znaleźć się muszą. Najczęściej robię ją już kilka dni przed wyjazdem, żeby co trochę dopisywać ważne podpunkty. Wieczorem przed wylotem robię zdjęcie przed spakowaniem plecaka, żeby po powrocie ocenić, co kompletnie się nie przydało, a co mogłam dorzucić. To naprawdę działa!

img_4733.jpg

Ubrania i buty

Jest to zdecydowanie jeden z najważniejszych aspektów każdej podróży. Ubrania muszą być nie tylko wygodne, niegnące i jak najlżejsze ale także, a może nawet przede wszystkim, obowiązkiem w tej materii jest dobra jakość. 100% bawełny to podstawa. Zdajemy sobie sprawę, że w danej koszulce spędzimy cały dzień, a dobre skarpetki zapewnią nam wygodę w chodzeniu i umożliwią spacer bez odcisków podczas kolejnych dni wyprawy. Jeżeli chodzi o buty: zawsze staramy się opierać na wzorze 2+1 czyli dwie pary butów plus klapki. Póki co świetnie się sprawdza.

Jeżeli jesteśmy już przy temacie ubrań: zawsze bierzemy ze sobą worek na brudne rzeczy, nie jest to zwykła reklamówka, a raczej dobrze skrojona torba, do której pakujemy popularne “brudy”. Podczas długich wyjazdów staramy się oczywiście robić pranie, dlatego w naszych plecakach znajdziecie płyn do prania i linkę z paracordu, na której suszymy ubrania i ręczniki (te drugie koniecznie z mikrofibry). Oczywiście lepszym wyjściem jest hostel, który posiada zarówno pralkę jak i suszarkę (w szczególności przy krótkich pobytach ułatwia to życie) jednak pośrodku safari byłam skazana na pranie ręczne.

P1000441.JPG

Była moda, co z urodą?

Jak powszechnie wiadomo, w długich podróżach ciężko o czas i ochotę na makijaż i kobiecość, jednak ja zawsze mam przy sobie podstawowe, jak to mówię,  “dziewczęce atrybuty”. Pierwszym z nich jest popularny tangle teezer w wersji mini, który zmieści się wszędzie i rozczesuje moje włosy po całym dniu w warkoczu. Staram się brać ze sobą te produkty, których używam na co dzień, moja skóra przyzwyczajona jest do swego rodzaju rytuału i już po kilku dniach bez porządnego nawilżania wygląda bardzo źle. Krem na dzień, na noc i pod oczy to obowiązek. Do tego minimalny makijaż, krem bb, mascara i paleta cieni (polecam tę od Maxineczki 🙂 ) Mydło, które przydaje się w każdej sytuacji; sudocrem na wszelkiego rodzaju odparzenia i ugryzienia a także mini zestaw z pilnikiem do paznokci: to zawsze znajdziecie w moim plecaku. Oraz hit każdego wyjazdu: puder dla dzieci. Świetnie sprawdza się w swojej oczywistej funkcji, jako zasypka do ciała, jednak ma wiele innych podróżniczych zastosowań. Ja używam go także jako pudru do twarzy (bardzo cieniutka warstwa) i jest wspaniałą alternatywą dla suchego szamponu.

Prócz tego zawsze pakujemy oczywiście rolkę papieru toaletowego i mokre chusteczki oraz podręczną apteczkę. Mamy w niej kilka plastrów i bandaży, wodę utlenioną w postaci wacików oraz najpotrzebniejsze leki: coś na ból głowy, coś na biegunkę i kilka innych specyfików (plus leki, które regularnie przyjmujemy).

P1000449

A Marcin? Z reguły zajmuje się sprawami technicznymi.

U niego w plecaku zawsze znajdę power banki, kable i przejściówki oraz parę słuchawek. On też odpowiedzialny jest za moje linki na pranie i sztućce (które zawsze bierzemy ze sobą w razie “W”). Gdzieś na dnie plecaka chowamy kserokopie naszych paszportów i wiz, a także wszystkie potwierdzenia noclegów, wynajmu samochodu, biletów na poszczególne środki transportu oraz polisę ubezpieczeniową. Marcin często pakuje ze sobą latarkę, bo jej właśnie najbardziej brakowało nam podczas pobytu w Tanzanii.

P1160417.JPG

Jak już wszyscy zapewne wiecie: typowy ze mnie planer. Dlatego zawsze biorę przewodniki ze swoimi notatkami, żeby wiedzieć, gdzie koniecznie musimy iść i co zobaczyć. W podróży towarzyszy mi też dobra książka, zazwyczaj w formie tradycyjnej, jednak gdy jedziemy na dłużej stawiam na e-booki. I notatnik! Chętnie zapisuję ciekawe fakty i porady, żebym mogła się kiedyś podzielić tymi informacjami z innymi. A czego nigdy ze sobą nie biorę? Biżuterii. Nie kuszę losu, w czasie podróży nie potrzebuję obrączki na palcu i łańcuszka na szyi. Jedyne, co nosimy to bransoletki, które były z nami dosłownie wszędzie.

44486068_2210015485932930_8536489393358110720_n.jpg

Muszę przyznać, że podróże wiele nas nauczyły. Nie tylko geografii i historii a także faktu, jak mało jest człowiekowi potrzebne, żeby przeżyć i świetnie się bawić. Zawartość plecaka jest naprawdę względna, nawet jeśli czegoś zapominamy, a zdarzyło się to już kilkakrotnie, to świetnie sobie z tym radzimy.

Prosty przykład:

Jesteśmy już na lotnisku w drodze do Szwajcarii, pytam Marcina czy wziął aparat.

– Oczywiście, że wziąłem, wszystko jest w plecaku! – odpowiada szybko mój mąż i żwawym krokiem maszeruje w stronę samolotu.

– A baterię do niego, która ładowała się na biurku też masz?

– Nie. – i w tym momencie właśnie zaczęła się kolejna przygoda.

Bo w podróży trzeba sobie jakoś radzić!

Opowiadania mongolskie

O Mongolii można pisać wiele: nieco bagatelnie, że jest ogromna i piękna; krajoznawczo, opisując bezkresne stepy i wysokie góry; zahaczając o kulturę referować obrządki i tradycje albo tak ja: podzielić się wrażeniami osób, które nigdy wcześniej w azjatyckim kraju nie były i stwierdziły, że to właśnie w Mongolii postawią pierwsze kroki.

37920728_1806038682805980_3416504024197758976_n.jpg

Z racji tego, że Mongolia nie jest to kraj typowego turysty i wiele z Was zapewne mało o nim wie, zacznę od krótkiego opisu. Pierwszym słowem jaki przychodzi mi na myśl przy charakterystyce tego państwa jest przymiotnik “ogromny”, ponieważ Mongolia jest ponad pięć razy większa od Polski, jej powierzchnia wynosi 1 564 116 km², co daje 19. pozycję w rankingu światowym. Stolicą jej jest Ułan Bator, w którym zamieszkuje prawie 50% ludności całego kraju. Historia Mongolii jest bardzo ciekawa i zawiła, niemalże znikąd powstaje Imperium Mongolskie i w równie szybkim tempie znika z map świata, dzieląc się na mniejsze państwa. Językiem urzędowym jest oczywiście mongolski, który do lat 40. zapisywany był tradycyjnym pismem zbliżonym do alfabetu ujgurskiego, pisanego z góry na dół, jednak w połowie XX w. zmieniono go na cyrylicę. Pismo tradycyjne wciąż nauczane jest w szkołach w celu utrzymywania tradycji.

P1030662.JPG

Zwiedzanie Mongolii zaczęliśmy w jej stolicy – Ułan Bator, gdzie dotarliśmy odcinkiem kolei transmongolskiej. Jednak zostaliśmy tam bardzo krótko, wzięliśmy prysznic, zjedliśmy śniadanie i przepakowaliśmy plecaki, żeby ruszyć w dalszą podróż w stronę parków narodowych. Pierwszym punktem wyjazdu był ogromny, 40-metrowy pomnik wodza Imperium Mongolskiego oraz bohatera narodowego Czyngis-Chana. Zbudowany został z 250 ton stali w miejscu, w którym według legendy Temudżyn znalazł złoty bicz. Czyngis-Chan jest przywódcą legendarnym, który z jednej strony krwawo masakrował wszystkich swoich wrogów zawłaszczając znaczną część świata, z drugiej jednak na zdobytych terenach wprowadzał surowe prawa, co umożliwiło rozkwit handlu i zapanowanie tzw. pokoju mongolskiego (Pax Mongolica).

khan1khan2

Po obejrzeniu pomnika i muzeum Czyngis-Chana, w którym mieliśmy okazję dowiedzieć się o wielu faktach z mongolskiej historii, udaliśmy się w stronę rezerwatu Gun Galuut. Jest to przepiękne miejsce położone zaledwie 130 km od Ułan Bator. Pierwszy raz w życiu byłam w okolicy, gdzie nie ma kompletnie nic. Cisza, raz na jakiś czas przerywana śpiewem ptaków lub rżeniem koni, odprężyła mnie niesamowicie, pozwoliła naładować baterie i zapomnieć o przyziemnych sprawach. Pokonywaliśmy kilometr za kilometrem w poszukiwaniu chociaż namiastki cywilizacji, ale w tamtych rejonach naprawdę jej nie ma.

37912151_1806038049472710_2351493623897391104_n37944270_1806037889472726_5121164921798656000_n37962365_1806038882805960_4091822163307266048_nP1030704P1030725P1030740

Prócz przemierzania stepów mieliśmy okazję pomaszerować trochę po pobliskich wzgórzach. Może nie były to góry z tych największych na świecie, jednak cała powierzchnia Mongolii znajduje się 1000 m n.p.m. i wyżej, co ułatwia nieco wspinaczkę w wyższe partie gór. A im dalej w góry, tym piękniejsze widoki, po których niedosyt pozostał do dzisiaj.

P1030717P1030754P1030768P1030782P1030797P1030810

Gwoździem programu tej wyprawy był jednak nasz nocleg. Postanowiliśmy “pójść na całość” i przespać się w tradycyjnej, mongolskiej jurcie. Jest to swego rodzaju namiot pokryty skórami (zazwyczaj jelenia), który z wyglądu przypomina nieco miskę odwróconą do góry dnem. Co ciekawe, drzwi jurt w Mongolii muszą być odwrócone na południe, tych z Kazachstanu natomiast – na wschód. W środku budynku znajduje się piec, którym dogrzewaliśmy się w nocy. Co ciekawe, nie ma w nich miejsca na toaletę, więc wychodek musieliśmy “znaleźć” gdzieś w pobliżu.

37976122_2248643745149788_6368465017020350464_nP1030694

37912136_2248644295149733_722318735028781056_n38012392_2248643851816444_556959144058290176_n

Mieliśmy okazję odwiedzić kilka jurt “z prawdziwego zdarzenia”, gdzie ugoszczono nas tradycyjnymi potrawami mongolskich koczowników. W takim miejscu obowiązuje kilka zwyczajów, których obowiązkowo należy przestrzegać, a oto kilka z nich:

•  nie wolno gwizdać w jurcie;
• nie należy przeskakiwać nad czyimiś wyciągniętymi nogami oraz opierać się o ściany w jurcie;
• nie można gasić ognia w palenisku;
• trzeba okazywać szacunek starszym;
• zabrania się dotykać głowę lub czapkę innej osoby;
• nie wolno kłaść noża ostrzem w kierunku innej osoby oraz brać jedzenia z talerza lewą ręką;
• w jurcie należy poruszać się zgodnie z ruchem wskazówek zegara.

Oczywiście nie wolno także odmawiać jedzenia, którym jesteśmy częstowani. Jest ono dość specyficzne, aczkolwiek nam przypadło do gustu. Wszystko opiera się głównie na produktach mlecznych i cieście, które nieco przypomina mocno spieczone ciasto kruche. Wiele ludzi przestrzega turystów przed jedzeniem u lokalnych, my jak widać przeżyliśmy, nawet odbyło się bez dolegliwości żołądkowo-jelitowych.

37928930_1806037672806081_93916220205563904_n38036972_1806037709472744_7062455749787516928_nP1030833P1030832

Jeżeli już jesteśmy przy temacie jedzenia, to muszę przyznać: nie spodziewałam się, że kuchnia mongolska będzie tak różnorodna i smaczna. Przed wyjazdem wiele razy czytałam o tłustych posiłkach i niezdrowych potrawach, ale szczerze mówiąc my na takie nie trafiliśmy. Mongołowie jedzą sporo zup, mają nawet “zupę na kaca”, która przypomina nasz krupnik. Różnego rodzaju pierogi spowodowały, że znowu byłam w raju, Marcin natomiast zajadał się baraniną. Co ciekawe, mieliśmy także okazję spróbować mongolskiej sałatki jarzynowej, także przez moment poczuliśmy się trochę jak “u cioci na imieninach”.

37884709_1806038922805956_9081495828115226624_n37907787_2248644661816363_9042856189196500992_n37926368_2248644371816392_3290564562192957440_n37950706_2248644481816381_7499529587676676096_n37994166_2248643971816432_3162238885077975040_n38003696_1806031242806724_952118146997682176_n

Warto dodać jeszcze, że porcje jedzenia w restauracjach są OGROMNE (i śmiesznie tanie), pokonały nas kilka razy, a zaufajcie, jesteśmy dość mocnymi zawodnikami w tej dziedzinie.

Podczas pobytu w jurcie poznaliśmy mongolską narodową grę – szagaj. Używa się do niej kości skokowych kóz i owiec, a sposobów na zabawę jest kilka: rzucanie kośćmi i zbieranie porozrzucanych kości (szagaj awaa), podrzucanie i łapanie kości (ünee saa, güü saa), zderzanie kości, które leżą tą samą stroną do góry (szagaj njaslaa), strzelanie kośćmi (szagaj charwaa) oraz „wyścig koni” (szagaj uraldulaa). Dla nas najciekawszym sposobem gry było zderzanie kości, Marcin po kilku rozgrywkach wygrywał nawet z tubylcami. 🙂

37924135_2248644165149746_6547979609017679872_n.jpg

Kolejnego dnia nadszedł moment na mongolskie “must see”, czyli Park Narodowy Gorchi-Tereldż, który zajmuje prawie 3000 km². Gdy dojechaliśmy na miejsce ciężko było uwierzyć, że jesteśmy nadal w Mongolii, ponieważ krajobraz w najmniejszym nawet stopniu nie przypominał tego, który widzieliśmy wcześniej. Roślinność w parku jest typowa dla południowej części Zabajkala, występuje tam mnóstwo chronionych i rzadkich roślin, przez co jest niesamowicie zielono. Jedną z atrakcji parku jest Melchijn chad, czyli “skała-żółw”, ostaniec skalny bezsprzecznie kojarzący się właśnie z tym zwierzakiem (dowód poniżej).

P1030840P1030842P1030843P1030873

W Parku Narodowym Gorchi-Tereldż znajduje się nowo wybudowany klasztor buddyjski, który odwiedziliśmy. Mongolia jest krajem bardzo zróżnicowanym pod względem religii. Obok siebie funkcjonują tutaj: buddyzm tybetański, szamanizm, chrześcijaństwo, manicheizm i taoizm. Często członkowie jednej rodziny należą do różnych wyznań, jednak od XVI w. buddyzm tybetański (lamaizm) jest w kraju religią dominującą.

P1030855P1030876P1030891P1030894

Tuż obok klasztoru znaleźć można szamańskie elementy, jak np. kamienne kurhany, czyli Owoo. Umieszczane są one w miejscach szczególnych pod względem kulturowym bądź religijnym. Jeżeli zatrzymamy się przy jednym z nich należy złożyć tam ofiarę, obejść kurhan i dołożyć kamień.

O czym trzeba pamiętać przed wyjazdem do Mongolii? Przede wszystkim o wizie, ponieważ jest ona wymagana na granicy i surowo kontrolowana. My załatwiliśmy naszą w jeden dzień, należy tylko przygotować potrzebne dokumenty, przede wszystkim ubezpieczenie, wniosek i potwierdzenia noclegów, co nieco przypomina staranie się o wizę do Rosji. Co ciekawe, konsul w mongolskiej ambasadzie w Londynie mówił po polsku.

Ważne jest też przygotowanie merytoryczne, starałam się sporo czytać o Mongolii i jej mieszkańcach, ponieważ nasze kultury i zachowania nieco się różnią. Nie chciałam, żebyśmy zostali odebrani jako niegrzeczni. Oczywiście, że wszystkiego się nie da przewidzieć, ale warto znać podstawowe zasady i kilka zwrotów w ich języku.

Przydatna okaże się znajomość języka rosyjskiego, ponieważ wielu mieszkańców Mongolii zna jego podstawy oraz, wbrew pozorom, znajomość cyrylicy pomoże w odnalezieniu się w Ułan Bator.

Podsumowując…

Mongolia jest krajem interesującym pod wieloma względami, zarówno kulturowo jak i geograficznie. Nam niestety udało się zobaczyć tylko część tego, co ma do zaoferowania. Mongołowie nie są może bardzo otwartymi ludźmi, aczkolwiek pomagali nam w każdej sytuacji i gdy zdobyliśmy ich zaufanie spędzali z nami mnóstwo czasu opowiadając różne historie i słuchając tamtejszej muzyki popularnej. Planując podróż koleją transsyberyjską długo zastanawialiśmy się nad wyprawą w te strony, głownie ze względu na ograniczony czas, jednak teraz nie żałujemy, Mongolia okazała się strzałem w dziesiątkę.

Jeżeli macie pytania dotyczące naszego wyjazdu, prosimy o kontakt!

Krótka historia o tym, jak rosyjska kuchnia skradła nasze serca

Przez żołądek do serca, jak mawia przysłowie. Co prawda Rosja do serca trafiła dużo wcześniej niż jej narodowe potrawy, jednak spróbowanie ich jeszcze umocniło moją więź z tym krajem. Kiedy planowaliśmy nasz wymarzony wyjazd na wschód mama powiedziała mi, że znając moje upodobania kulinarne jest święcie przekonana, że będę jeść wszystkie potrawy “pierogopodobne”. I nie myliła się. W każdej restauracji padało pytanie: “A pielmieni u was jest?” 🙂

Dlatego naszą kulinarną opowieść zacznę właśnie od wszystkich dań, które mniej lub bardziej kojarzą się z tradycyjnymi polskimi pierogami.

PIELMIENI

Są to malutkie pierogi (coś w rodzaju naszych uszek), nadziane głównie farszem mięsnym. Podawane są na dwa sposoby w bulionie bądź bez, mnie zdecydowanie bardziej przypadła forma sucha, choć odrobina śmietany jest jak najbardziej wskazana. Starałam się spróbować kilka rodzajów tej wspaniałej potrawy, najbardziej jednak zasmakowały mi te z nieco hipsterskiej knajpki w centrum Moskwy. LEPIM I VARIM, bo tak właśnie nazywa się to miejsce, jest rajem dla każdego szanującego się fana pielmieni. Wybór jest ogromny, do tego można zamówić domowe sałatki, desery i kompot, ale najfajniejsze jest to, że przy ladzie stoją rosyjskie gospodynie domowe, które lepią pielmieni na naszych oczach.

37242383_2228408700506626_6724471686499926016_n37244580_1787281534681695_6334468473971802112_n37200285_2228408817173281_9068151390496358400_n

Pielmieni jest to danie znane w Rosji od dawien dawna, a ich receptura przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Ciasto na pielmieni powinno być wykonane z wody i mąki, a farsz, w przeciwieństwie do pierogów, powstaje z surowego mięsa. Na Syberii nierzadko można usłyszeć legendę o dwóch kupcach, którzy założyli się o to, kto będzie w stanie zjeść więcej pielmieni na raz. Historia kończy się niestety tragicznie, ponieważ obaj umierają z przejedzenia.
37193410_2228412983839531_2484259232044548096_n

CHINKALI

Mimo, że chinkali to potrawa przede wszystkim gruzińska, dostępna i ogólnie znana jest również w Rosji. Z wyglądu przypominają sakiewki, zrobione są z nieco grubszego ciasta niż pielmieni, a to dlatego, że oprócz farszu z mięsa w środku znajduje się także bulion. Okazuje się, że umiejętne ich jedzenie jest niezłym wyzwaniem! Należy złapać za “grubszy koniec”, po ugryzieniu wyssać rosołek, a dopiero później zjeść resztę.

37228649_2228410573839772_970387494765854720_n

WARENIKI

Ten rodzaj pierogów jest bardzo popularny również na Ukrainie. Zarówno przygotowanie, jak i wygląd przypomina polskie danie, aczkolwiek często przyrządzane są one na parze zamiast wrzucania do wrzątku. Farsz to zazwyczaj mięso bądź ziemniaki z serem, często spotkać można również wareniki na słodko.

37256960_1787281634681685_3168663795375538176_n

MANTY

Manty zrobiły nam pyszną niespodziankę na lotnisku w Moskwie. Z racji tego, że znajduje się tam uzbecka restauracja, postanowiliśmy spróbować i tamtejszej kuchni. Manty jest to coś pomiędzy pierogami a chinkali, podaje się je z sosem pomidorowym bądź czosnkowym i oczywiście ze śmietaną.

PIROŻKI

Mimo, że nazwa kojarzy się z polską potrawą, nie dajcie się zmylić! Pirożki jest to coś w rodzaju bułki drożdżowej z farszem z mięsa bądź kiszonej kapusty. Z wyglądu przypominają nieco pączki, ponieważ smażone są na głębokim oleju.

35348582_2176709529009877_3712176032485212160_n

Dla mnie pierogów nigdy za wiele, podejrzewam jednak, że chcielibyście wiedzieć również co w Rosji jadł mój mąż, ponieważ jego posiłki były bardziej zróżnicowane. 🙂

Dzień zaczynaliśmy od odwiedzenia pobliskiej piekarni i kubka mocnej, rosyjskiej kawy. Jako, że w hostelach rzadko jest możliwość wykupienia śniadania, zawsze staraliśmy się obejść okolicę, żeby przygotować się na poranny głód. Na szczęście w Rosji, jak i w Polsce, jest mnóstwo świetnych piekarni, które z całego serca uwielbiamy.

37190761_1787282438014938_7422286353204772864_n37200795_1787281961348319_1350352329341140992_n.jpg

Bardzo chętnie jedliśmy również zupy. Rosjanie mają kilka swoich specjałów, których nie sposób pominąć w kulinarnej wędrówce. Jedną z nich jest królowa wszystkich zup, czyli słynna Solianka, która przez lata żywiła rosyjskich chłopów. Jest to bardzo pożywna potrawa, oparta na mięsnym wywarze, często z dodatkiem boczku bądź słoniny. Wyczuć można sporą ilość ziół i pieprzu, dodaje się do niej czasami także kwas chlebowy, sok z cytryny a nawet wodę z kiszonych ogórków lub kapusty. Oczywiście niezbędna jest również łyżka śmietany i kromka chleba. Dla mnie, fanki kwaśnych zup, zdecydowany numer jeden.

37223515_2228408317173331_3716570419684179968_n37225223_2228408207173342_36632909938950144_n

Prosta zupa, do której można wrzucić wszystko, co mamy w lodówce i ogrodzie, a na koniec jeszcze dogotować trochę kaszy, to najlepszy sposób na opisanie Szczi. W smaku przypomina mieszankę zupy jarzynowej i kapuśniaku, rozgrzewa wspaniale w chłodne dni i świetnie radzi sobie z przeziębieniem.

37229518_2228412680506228_4423167628789415936_n

A teraz zupa, której spróbowania najbardziej się bałam: Ucha, czyli zawiesista zupa rybna. Przyrządza się ją z kilku rodzajów ryb, gotuje się je najczęściej z głową, co wzbudzało moje obawy. Do ryby dodaje się cebulę, seler i pietruszkę, czasami także cytrynę i koperek. My jedliśmy wersję z ziemniakami. Przyrządzana na ogniu, po wietrznym spacerze nad Bajkałem smakowała wyśmienicie (nawet z głową ryby patrzącą na mnie z miski…).

P1030634P1030635

Ciekawym miejscem, w którym udało nam się zjeść obiad była restauracja w Bunkrze 42, o którym pisałam przy okazji zwiedzania Moskwy. Miejsce to było urządzone w stylu rosyjskich lat siedemdziesiątych a menu (podobno) opierało się na ulubionych potrawach przywódców Rosji. Miałam tam okazję zjeść kotlet pożarski, czyli coś w rodzaju kotleta mielonego, podany oczywiście z ziemniakami i surówką.

37225846_2228411143839715_4344869498810007552_n37241392_1787283551348160_8940138163662225408_n37246837_2228411047173058_2592244158794039296_n

W Irkucku z kolei, zajadaliśmy się plackami ziemniaczanymi ze śledziami. Może dziwne połączenie, ale bardzo smaczne. Restauracja RASSOLNIK zaskoczyła nas przede wszystkim słynnymi cukierkami Irys (nie wiedziałam, że jeszcze je produkują) a także “sowiecką lemoniadą”.

37227491_1787286368014545_6682104939386241024_n.jpg37357219_2228414273839402_6492709942628188160_n

A jak było z jedzeniem w Transsibie? Prócz suchego prowiantu wybraliśmy się kilka razy do wagonu restauracyjnego. Nie było tam może żadnych specjałów, ale ciepły posiłek po serii kanapek z serkiem i pomidorem to naprawdę rarytas.

37190708_2228413693839460_432304693318778880_n37197231_1787284508014731_7419233786803519488_n37208230_1787284464681402_7184868107339431936_n37233534_1787284588014723_5502900214907797504_n

A na deser raczyliśmy się głównie lodami z moskiewskiego GUMa (Gosudarstwiennyj Uniwiersalnyj Magazin). Ciekawym jest fakt, że z jednej strony są to lody “na gałki”, z drugiej jednak były one już nałożone do wafelków i przygotowane do sprzedaży. Prócz tego zjedliśmy również kilka wspaniałości we wcześniej wymienionych restauracjach, Marcin kupował rurki z kremem na trasie kolei transsyberyjskiej, a ja zostałam fanką OGÓRKOWEGO Sprite. A oto dowody:

37213237_1787283814681467_5116449795031957504_n37200825_2228410673839762_4706503838167728128_n37220763_1787284274681421_8001552341922742272_n.jpg37303499_2228410803839749_8834724092666970112_n37210376_1787286641347851_2375312601987940352_n

I tym właśnie słodkim akcentem żegnamy Rosję z obietnicą, że jeszcze nie raz tam wrócimy. Teraz kolej na poszukiwanie przygód w Ułan Bator i przemierzanie mongolskich stepów.

Relacja już wkrótce!

Nad Bajkałem wszystko jest piękniejsze

Kiedy nadszedł ten wyczekiwany poranek, w którym po kilkudniowej podróży wysiedliśmy na stacji w Irkucku mieliśmy niewiarygodną siłę i chęć do dalszego zwiedzania Rosji. Nie wiem na ile był to rezultat kupiejnego “wyspania się za wsze czasy” a ile było w tym samej podróżniczej ciekawości, ale tuż po zameldowaniu się w hostelu i wzięciu długiego prysznica, wyrwaliśmy się na miasto głodni wrażeń.

A miejsce, w którym nocowaliśmy nazywa się The Rolling Stones i jest to najlepszy hostel w jakim mieliśmy okazję przebywać. Podczas rezerwowania noclegu trochę niewiarygodnym dla mnie był fakt, że ma on ocenę 10/10 na popularnej platformie hotelowej booking.com oraz hostelworld. Jednak po przybyciu na miejsce przekonaliśmy się, że załoga Stonesów zasługuje na to w stu procentach. Wnętrza były nowe i zadbane, przestronna kuchnia i łazienki, wszystko w ciepłej, młodzieżowej atmosferze. Plusem była również możliwość skorzystania z pralki i suszarki oraz dostępność wszelakich przyborów kosmetycznych dla pań i panów (maszynki do golenia, waciki, płyn do demakijażu, szampon itd.). No i najważniejsze: lokalizacja, wszędzie blisko, centrum w zasięgu wzroku, do dworca głównego około 20 min marszu.

P1030430.jpg

Zwiedzanie Irkucka zaczęliśmy od wycieczki po centrum i spacerze zapomnianymi uliczkami miasta. Stolicy obwodu irkuckiego daleko jest do zadbanej i nieco bardziej zachodniej Moskwy. Ma to jednak swój urok, który szybko nas oczarował. Drewniana architektura jest stałym elementem niemalże każdego miasta wschodniej części Rosji, a nawet całego kraju. Nie bez powodu oczywiście, ponieważ jest to najstarszy typ budownictwa na tych ziemiach, który dzieli się na różne typy i regiony. Co ciekawe, zarówno drewniane domy jak i cerkwie nie były budowane wyłącznie przez Rosjan, wielu architektów z całego świata (np. Carlo Rossi i Wiktor Hartmann) inspirowało się rosyjskim folklorem i dedykowało swoje dzieła ówczesnym władcom kraju.

P1030429.jpg

Irkuck jest to miasto uważane za stolicę Syberii, mimo tego, że nie jest największym w regionie. Dzieje się tak zapewne dlatego, że znane jest każdemu, kto chociaż raz przejechał koleją transsyberyjską z zachodu na wchód. Miasto powstało w XVII wieku, a rozwijało się głownie przez handel, jako miejsce w pewnym sensie łączące Europę z Mongolią i Chinami. W 1879 r. w Irkucku wybuchł dość spory pożar, który strawił około 3,5 tysiąca budynków, w tym zabytków, na szczęście wiele ocalało bądź zostało odbudowane, dlatego podziwiać je możemy do dziś. Prócz pięknych drewnianych domów i wszechobecnych pomników Lenina na uwagę zasługują również świątynie. A ta najpiękniejsza (i chyba największa) znajduje się poza granicami starego miasta. Cerkiew Kazańskiej Ikony Matki Bożej w Irkucku, zbudowana w latach 1885-1892 zachwyca przede wszystkich kolorami.

P1030434.JPG

Będąc w okolicach Irkucka nie mogliśmy pominąć prawdopodobnie najważniejszej części regionu jaką jest “błękitne oko Syberii”, czyli jezioro Bajkał. Jest to najstarszy i najgłębszy (1642 m) tego typu zbiornik wodny na świecie. Prócz tego w jego okolicy mieszka około 1500 gatunków zwierząt i jest ono dorzeczem dla 350 rzek.

Podróżując sobie “poślubnie” mamy jedną zasadę: gdy jest mało czasu na zwiedzanie danego miejsca nie “pchamy się” w wynajmowanie aut, jeżdżenie autobusami czy łapanie stopa, bo szkoda na to nerwów. Dlatego też już przed wyjazdem do Rosji zarezerwowany mieliśmy trip na wyspę Olchon wraz z biurem Baikal Secrets , które było polecane na jednym z naszych ulubionych portali, Trip Advisor.

Naszym przewodnikiem był Andriej – Buriat, urodzony w miejscowości Nauszki, czyli na granicy rosyjsko-mongolskiej. Młody chłopak, mówiący świetnie po angielsku (z czego bardzo ucieszył się Marcin), odpowiadał szczegółowo na każde pytanie (a uwierzcie były ich tysiące). Droga do samego portu, z którego odpływał prom na wyspę Olchon trwała dobre cztery godziny, więc czasu na rozmowę mieliśmy mnóstwo.

Skoro mowa o Buriatach… Kim oni są?

P1030503.jpg

Buriaci są to rdzenni mieszkańcy okolic Bajkału, potomkowie Hunów, liczący około 600 tysięcy osób. Posługują się zarówno językiem buriackim jak i rosyjskim i mongolskim, głównie ze względu na lokalizację Republiki Buriacji, oficjalnego terenu autonomicznego, który wchodzi jednak w skład Federacji Rosyjskiej. Stolicą Buriacji jest Ułan Ude, miasto na trasie kolei transsyberyjskiej, liczące nieco ponad 400 tysięcy mieszkańców. Jeśli kiedyś tam się znajdziecie polecam odwiedzić Muzeum Etnograficzne oraz Muzeum Historii Buriacji, gdzie można dużo zobaczyć i dowiedzieć się wielu ciekawych informacji o regionie, mieszkańcach i ich kulturze.

ulan ude.jpg

Głównymi religiami Buriatów są szamanizm i lamaizm, czyli buddyzm tybetański, a w mniejszym stopniu także prawosławie. O wszystkim sporo opowiedział nam Andriej, dzięki niemu mogliśmy się nieco bardziej zagłębić w ich wierzenia i obrzędy. Szamanizm opiera się na duchach, których jest kila rodzai: dobre, złe oraz te pochodzące od zwierząt (z czego najważniejszy jest niedźwiedź i orzeł). Kultywują oni przede wszystkim miejsca święte, czyli tzw. “pogańskie idole”, które charakteryzują kolorowe wstążki (odpowiedniki czterech żywiołów). Symbolizują one miejsce spotkań szamanów z duchami.

P1030505.jpg

Za każdym razem, gdy przejeżdżaliśmy obok jednego z takich miejsc Andriej brał ryż w garść i wyrzucając go przez okno składał duchom ofiarę. Takim darem przy idolu może być wszystko: herbata, ryż, chleb, wódka, mleko a nawet papieros. Wielu ludzi także trąbi na widok tego miejsca, chcąc przez to okazać duchom szacunek.

36956185_2219746938039469_4210080488620032000_n

Po długiej podróży samochodem dotarliśmy wreszcie do portu, gdzie promem musieliśmy dostać się na wyspę. Zimą przeprawa jest nieco łatwiejsza, bo jezioro jest całkowicie zamarznięte, więc tę trasę, jakkolwiek niewiarygodnie to brzmi, po prostu się przejeżdża.

36689258_1770337063042809_13346825620684800_n36726352_1770337113042804_4080381001790914560_n

Na Olchonie mieszka około 1500 ludzi, głównie buriatów, dla których jest to swego rodzaju “ziemia święta”. Powierzchnia wyspy to 742 km², a maksymalna jej długość wynosi 71 km. Jest to miejsce dość górzyste, najwyższy szczyt ma 1274 m n.p.m. Największą miejscowością na wyspie Olchon jest Chużyr, w której ludzie na ogół utrzymują się z rybactwa, a w ostatnich latach także z turystyki.

36677947_1770337983042717_544827622383681536_n.jpg

Gdy dojechaliśmy na miejsce nasza przygoda dopiero się zaczęła. Z wygodnego auta przesiedliśmy się w UAZ-452, czyli rosyjski samochód wojskowy, który dojedzie dosłownie WSZĘDZIE (taką jazdę trzeba przeżyć, by uwierzyć). Już sama przejażdżka takim autem dała nam mnóstwo frajdy, nawet w momentach gdy spadaliśmy z siedzeń i uderzaliśmy głowami o dach – było warto!

uaz1uaz2

I tym sposobem udaliśmy się w miejsce, które każdy ze zdjęć Bajkału i wyspy Olchon kojarzy, a mianowicie skałę Szamankę. Jest to miejsce bardzo ważne dla mieszkańców wyspy, ponieważ mieszka tam Ugute-nojon, pan Olchonu. Buriaci otaczają skałę ogromną czcią, nie osiedlają się w jej pobliżu.

P1030514.jpg

Kolejnym przystankiem na naszej trasie była skała Trzech Braci. Legenda mówi, że kiedyś na Olchonie mieszkała rodzina, w której ojciec miał magiczne moce. Pewnego dnia zamienił on swoich synów w orły, ale pod warunkiem, że nie będą jeść padliny. Oni jednak, po długim i męczącym lataniu wokół wyspy zgłodnieli i “połasili” się na martwe zwierzę. Gdy ojciec się o tym dowiedział zamienił braci w skały.

P1030563.jpg

36896670_2219745711372925_2220611419039072256_n

Podążając wśród pięknych krajobrazów i obserwując tafle lodu pływające na powierzchni jeziora niekiedy ciężko wyobrazić sobie zbrodnię, jaka miała miejsce około 20 km od największego miasta na wyspie. Ślady po ogrodzeniu, kilka szkieletów baraków przypominają jednak, że w latach 30-tych XX wieku stworzono tutaj łagier, czyli obóz pracy dla więźniów ustroju. Przez 20 lat zsyłano tutaj Rosjan i Polaków, których zmuszano do katorżniczej pracy. Wielu z nich po odbyciu kary osiedlało się na wyspie. Ostatni więzień, Michał Ożarko, zmarł w latach 90-tych.

36720015_1770337346376114_6030879947604623360_n

Czas na trochę wspinaczki – zapowiedział Andriej pokazując nam wysokie skały przed nami. Był to Khoboy cape, czyli po naszemu “przylądek kła”. Jest to kolejne miejsce, o którym krąży wiele legend, niemalże każda skała ma swoją. Przylądek jest również szczególnym miejscem dla szamanów, którzy właśnie tutaj rozmawiają z duchami wyspy.

P1030607.jpg

Miejsce jest naprawdę niewiarygodnie ciche i piękne. Po wejściu na samą górę zdecydowaliśmy się złożyć dary dla duchów wyspy, dodając kolejny sznurek na posąg na krańcu skały.

P1030619

36916320_2219746468039516_7345872270759297024_n

Po zejściu ze skały czekała na nas jeszcze jedna atrakcja: obiad. Przy wietrznej i dość mroźnej pogodzie nic nie smakuje lepiej jak gorąca zupa. A jeśli jest to zupa z lokalnej ryby przyrządzana na ogniu to radości nie ma końca. Usiedliśmy na drewnianych ławkach, przy rozpalonym ognisku, a wokół nas była pustka, wspaniałe przeżycie.

P1030633.JPG

W trakcie jedzenia odwiedził nas niezapowiedziany gość, z którym podzieliliśmy się rybą. Podobno zawsze przychodzi w to miejsce się nieco posilić i nie ma problemu ani z samochodami ani z nieznajomymi przybyszami z różnych krańców świata.

36624625_1770337233042792_4257603438461845504_n

36990035_2219747274706102_2488550308100177920_n.jpg

Bajkał dał nam możliwość do stworzenia wielu wspaniałych wspomnień i wielokrotnie podczas tego krótkiego z nim obcowania zaparł nam dech z wrażenia. Jest to na pewno miejsce, gdzie kiedyś wrócimy, następnym razem jednak chcemy przyjechać zimą i zostać na dłużej. Zrobiliśmy setki zdjęć okolicy, jednak żadne z nich nie oddaje tego wspaniałego krajobrazu, tak jak i żadna opowieść nie pozwoli “usłyszeć” tej ciszy i poczuć bryzy na policzkach. Tam trzeba być.

Poradnik: jak pokonać 6266 km w pociągu i nie zwariować.

Chcesz spędzić swój urlop w niecodziennych warunkach? Marzysz, żeby wreszcie wypocząć, wyspać się i nic nie robić? Masz stos książek do przeczytania i kilka seriali do nadrobienia? Wsiądź w TRANSSIB, a się nie zawiedziesz.

Tak właśnie Rosjanie powinni reklamować swoje połączenia kolejowe łączące wchód z zachodem kraju. Ja natomiast przeczytałam kiedyś, że taką podroż trzeba odbyć choćby raz w życiu. Dlatego gdy szukaliśmy destynacji na kolejny dłuższy trip, wpadłam na pomysł wyprawy przez Rosję i po kilku tygodniach siedziałam już wygodnie w wagonie numer 7.

35382387_2176709279009902_1828744688920690688_n.jpg

Zacznijmy jednak od początku, czyli… Krótka historia kolei transsyberyjskiej.

W XIX w. Rosjanie postanowili rozwinąć swoją siatkę kolejową aż za wzgórza Uralu. W 1890 roku pomysł został zatwierdzony przez cara Aleksandra II, a już rok później jego syn położył kamień węgielny we Władywostoku, co oznaczało rozpoczęcie budowy najdłuższej trasy kolejowej na świecie. Całe przedsięwzięcie miało na celu rozwój Syberii, eksport i import towarów oraz ukazanie jej walorów turystycznych. Trasę budowano w dziewięciu odcinkach: zachodniosyberyjskim, środkowosyberyjskim, krugobajkalskim, zabajkalskim, amurskim, ussuri, transmandżurskim, południowo-mandżurskim oraz transmongolskim. Przy budowie kolei transsyberyjskiej pracowało ponad 90 tysięcy ludzi: budowlańców, inżynierów ale także jeńców i skazanych. Na terenie budowy, ze względu na brak podstawowych dóbr i higieny często wybuchały epidemie, co dziesiątkowało robotników. Całkowity koszt przedsięwzięcia poniosła Rosja, a prace zakończono po 25 latach. Po ukończeniu budowy na teren Syberii przeniosło się około 3 miliony mieszkańców.

Kolej przemierza 2 kontynenty, 89 miast i 8 stref czasowych. Ciekawostką jest fakt, że pociąg operuje w czasie moskiewskim, więc widok pasażera z dwoma zegarkami na ręce nie jest niespodzianką. Po wielu latach kolej uzyskała światową sławę, powstają filmy dokumentalne i reportaże na jej temat, trasa opisywana jest w wielu książkach.

35476795_2176706829010147_146781920385040384_n.jpg

Nasza wyprawa, część pierwsza: Moskwa–Irkuck

Pociąg nr 070Ч na trasie Moskwa–Czyta kursuje codziennie, odjeżdża z dworca Jarosławskiego o 1350. Podróż trwa nieco ponad cztery dni. Bilety można kupić na stronie przewoźnika (rzd.ru) 90 dni przed wyjazdem. Rezerwujemy wtedy rodzaj biletu, wagon i konkretne miejsca. W kolei transsyberyjskiej są aż 3 klasy:

  • “plackarta”, czyli 3 klasa, w wagonach której nie ma przedziałów, można wybrać tylko miejsce, w zależności czy chcemy spać na dole czy na górze, idealna do zawierania nowych znajomości i podszkolenia języka;
  • “kupe”, 2 klasa, która obejmuje miejsce w kabinie czteroosobowej, w cenę biletu wchodzi pościel i jeden posiłek;
  • “lux”, klasa 1, gdzie oprócz komfortowej kabiny z dwoma łóżkami i prysznicem mamy zapewnione pełne wyżywienie.

Wybierając bilet postanowiliśmy iść na kompromis i zdecydowaliśmy się na dwa miejsca w “kupe”, co było chyba najlepszym rozwiązaniem. Zarezerwowaliśmy miejsce na dole i górze po jednej stronie. Miejsce górne kosztowało 7368 rubli, dolne 10227, co w całości wyszło nas około 500 zł za osobę na trasie Moskwa-Irkuck. W cenę wliczona była pościel, ręczniki, kapcie i szczoteczka do zębów (trochę jak w samolocie).

35485143_1740880512655131_3463175754471178240_n.jpg

Pociąg okazał się bardzo czysty i całkiem przestronny. W każdym wagonie są dwie toalety (zamykane ZAWSZE na czas postoju) i samowar. Jedynym minusem jest brak prysznica z prawdziwego zdarzenia, jednak i z tym łatwo można sobie poradzić, wystarczy mieć w sobie coś z inżyniera. Przedziały czteroosobowe “kupe” jak sama nazwa wskazuje mają cztery łóżka, dwa górne i dwa dolne, przy każdym jest lampka nocna, a na środku, pod stolikiem, znajdują się dwa kontakty (nie jest to jednak standard w Transsibie, zazwyczaj kontakty są tylko na korytarzu i w toaletach).  W pociągu na ogół jest cicho i spokojnie, pasażerowie starają się przespać długą podróż. Na każdy wagon przypadają dwie “prowadnice”, które zajmują się utrzymywaniem go w czystości i pomagają pasażerom, gdy potrzeba. U nich także można zaopatrzyć się w kawę, herbatę (w szklance z koszyczkiem, 45 rubli) i różnego rodzaju przekąski. Prócz tego w pociągu jest wagon restauracyjny, z którego warto skorzystać chociaż raz, żeby spróbować “kolejarskiej” kuchni.

35345192_2176707625676734_569984070470074368_n.jpg

35298520_1740881112655071_4747579110090342400_n.jpg

Jedzenie w podróży

Wagon restauracyjny i zakupy u prowadnic to tylko jedno z możliwych pomysłów na posiłek podczas podróży. Przed wyjazdem warto zaopatrzyć się w najpotrzebniejsze produkty (chleb, warzywa, kawa, herbata itd.). Tuż obok dworca Jarosławskiego znajduje się galeria handlowa, a w niej supermarket, w którym udało nam się zrobić porządne zakupy. Kolejną, niezawodną opcją są BABUSZKI. Pociąg zatrzymuje się na stacjach na kilka, kilkanaście minut, aczkolwiek na tych większych  postoje mogą potrwać prawie godzinę, więc zawsze można zrobić zakupy u pań na peronie. Babuszki sprzedają niemalże wszystko, od pirożków i słodyczy, przez wędzone ryby, po alkohol i papierosy. Pełen wypas i do tego jaki smaczny! Nie zapominajmy także o współtowarzyszach podróży, w szczególności jeśli są Rosjanami, podzielą się z Wami czym tylko mogą (począwszy od wódki i słoniny). Jednego możecie być pewni: w Transsibie z głodu nie zginiecie.

35345542_1740881872654995_8585968675033448448_n.jpg

35348582_2176709529009877_3712176032485212160_n.jpg

W drodze do Mongolii

Drugą częścią naszej podróży był odcinek Irkuck–Ułan Bator. Pociąg odjeżdża z Irkucka około 0800 rano (na bilecie 0300 w czasie moskiewskim), w stolicy Mongolii jesteśmy o 0730 (podany jest czas lokalny). Trzeba bardzo uważać przy sprawdzaniu czasu odjazdu, łatwo jest się pogubić, uwierzcie na słowo…  Niestety nie ma możliwości kupienia biletów przez internet. W zakupie ich pomógł nam Iwan, który organizował dla nas transport na wyspę Olchon. W pociągu do Ułan Bator są tylko dwie klasy: luks i kupe, za bilet do drugiej zapłaciliśmy 7000 rubli za osobę, co daje trochę ponad 800 zł za przejazd dla dwóch osób. Z jednej strony wagon był dużo nowocześniejszy, rozkładana kanapa i nowe toalety uprzyjemniały podróż, nie było jednak wagonu restauracyjnego, ale nie jestem pewna, czy taki jest standard w pojazdach na tej własnie trasie. Za minus można także uznać fakt, że większość pasażerów to turyści. Z jednej strony fajnie wymienić się doświadczeniami i wskazówkami, z drugiej jednak miło jest poznawać lokalnych i słuchać ich opowieści.

35328132_2176707562343407_8233764808252456960_n.jpg

Kontrola graniczna była dość długa i surowa. Najpierw na granicy Rosyjskiej w Nauszkach mieliśmy kontrolę paszportową, po czym musieliśmy otworzyć plecaki, żeby udowodnić, że nie przewozimy nic nielegalnego. Cały proces potrwał ponad godzinę, wtedy ruszyliśmy do Suche Bator, gdzie przechodziliśmy to samo po raz drugi, prawie dwie godziny. Nigdy jeszcze nie spotkałam się z tak długą kontrolą graniczną, znałam ją tylko z opowieści rodziców. Dalsza część podróży minęła wyjątkowo szybko (oczywiście spaliśmy) i rano wysiedliśmy w Ułan Bator, żeby zacząć mongolską część naszej przygody.

35366230_2176783179002512_3998659769991692288_n.jpg

Jak przygotować się do podróży?

Podczas planowania wyjazdu ciężko było mi niekiedy znaleźć odpowiedzi na nurtujące pytania, więc może przyda Wam się trochę naszych informacji i porad.

Oprócz wcześniej wspomnianej wizy i paszportu, żeby wsiąść do pociągu potrzebujemy jeszcze tylko bilet. Możemy go kupić tradycyjnie na dworcu albo online, wtedy należy go wydrukować i pokazać prowadnicy przy wsiadaniu do pociągu.

35356449_2176706982343465_5176484341089304576_n

Warto mieć ze sobą kubki, sztućce i talerze turystyczne, łatwiej będzie przygotować posiłek. My kupiliśmy plastikowe talerzyki i kubki w markecie, sztućce mieliśmy ze sobą.

Może to i śmieszne, ale przydadzą się wygodne ubrania. Transsib to taki trochę hostel na kółkach, nikogo nie obchodzi jak wyglądamy i w co jesteśmy ubrani. Nikt nie ma na sobie stylowych spodni i wyprasowanej koszuli (a nawet jeśli, to zaraz po odjeździe pociągu pasażerowie mają w zwyczaju się przebierać). I do tego oczywiście klapki, które najbardziej przydają się do prysznica z butelki.

35362860_1740881345988381_7646297205820620800_n.jpg

Dla dziewczyn polecam serdecznie suchy szampon albo po prostu puder dziecięcy (używam do wszystkiego!), ponieważ jeśli prowizoryczny prysznic nie jest problemem, to jednak mycie długich włosów wodą z butelki nie jest najlepszym pomysłem.

Jeśli już jesteśmy przy czystości i porządku, ja zabrałam do plecaka malutki odświeżacz powietrza (z tych cienkich jak kartka papieru) i położyłam na półce w przedziale. Może zabawnie brzmi, ale pomogło mi to bardziej się zadomowić i czuć komfortowo.

Serdecznie polecamy zabrać również małe pamiątki z ojczyzny. Podarowanie czegoś z drugiego końca świata współtowarzyszom podróży to przemiły gest, który zawsze cieszy. Naszym kompanem był mieszkaniec Kamczatki, który na pożegnanie podarował nam magnesy na lodówkę ze swoich stron i serdeczne namawiał, żeby go kiedyś odwiedzić.

35328524_2176707462343417_7252368741076303872_n.jpg

Wszyscy mówią, że podróż koleją transsyberyjską można pokochać albo znienawidzić, nie ma nic pośrodku. Ja zdecydowanie należę do tej pierwszej grupy podróżników, aczkolwiek po wielu rozmowach z Marcinem doszliśmy wspólnie do wniosku, że następnym razem wybierzemy samolot. Powód jest tylko jeden — oszczędność czasu. Przez siedem dni można zobaczyć kawał kraju, niekoniecznie z okien pociągu. Następnym razem chcielibyśmy jednak zwiedzić więcej miast i zobaczyć tereny mniej zaludnione. Nie zmienia to jednak faktu, że podróż Transsibem jest jedyna w swoim rodzaju, warto chociaż raz w życiu ją przebyć i nie żałujemy ani sekundy spędzonej w pociągu.

35397010_1740952655981250_2604394883267428352_n.jpg

… A dla wszystkich, którzy planują taką podróż w przyszłości bliższej bądź dalszej, służymy pomocą!