Jak się pakować, żeby nie zwariować?

Już na samym początku zaznaczę, że ani ja ani Marcin do mistrzów pakowania nie należymy. Muszę jednak przyznać, z wyjazdu na wyjazd idzie nam to coraz lepiej, wszystko jest dużo bardziej zorganizowane, a przestrzeń w plecakach logistycznie podzielona i zapełniona. I bardzo mnie to cieszy.

Pierwszy plecak, który pakowaliśmy na jeden z naszych krótkich wyjazdów był wypełniony absolutnie po same brzegi. Kilka sweterków i spodni, gruba piżama i dodatkowe buty zajęły niesamowicie dużo miejsca, były niepotrzebnym ciężarem a co najgorsze, w ogóle się nie przydały. Czego więc unikać, a co rozważnie przygotować przed wyjazdem? Oto kilka naszych sprawdzonych zasad.

Plecak jest lepszy od walizki

Czy naprawdę muszę kogoś jeszcze przekonywać? Plecak można zabrać w teren, nie nosisz go niewygodnie raz w jednej, raz w drugiej ręce. Przy aktualnej polityce bagażowej tanich linii lotniczych na plecak nie zostanie zazwyczaj nałożona dodatkowa opłata i spokojnie można zabrać go na pokład, co oszczędza czas w miejscu docelowym: nie musicie czekać, aż bagaż zostanie wyładowany na taśmę w hali bagażowej. Wszystko, czego potrzebujecie macie zawsze w zasięgu ręki: leki, bluzę, okulary przeciwsłoneczne. Wygodny plecak to podstawa (o ich rodzajach napiszę w osobnym poście), na krótkie wyjazdy ja zdecydowałam się na firmę Roxy, Marcin na Wisport, natomiast na długie wyprawy obydwoje kupiliśmy słynne i NIEZAWODNE plecaki marki Deuter.

44439566_883459128524342_4021527829438005248_n (1)

Sprawdzamy pogodę przed wyjazdem

Dobrze wiecie, że ja jestem mistrzem w sprawdzaniu tego właśnie czynnika, szczególnie jeżeli chodzi o krótkie wyjazdy. Jednak nie jestem zbyt ufna wszelkim aplikacjom, dlatego zawsze kończę z jednym swetrem za dużo. Warto jest jednak wiedzieć, czy należy nastawić się na deszcz i zabrać ze sobą kurtkę, czy jednak wystarczy nam lekka bluza na chłodniejsze wieczory.

P1020715.JPG

Robię listę potrzebnych rzeczy

Nic tak nie pomaga jak sprawdzona ściąga z kilkoma obowiązkowymi rzeczami, które w plecaku znaleźć się muszą. Najczęściej robię ją już kilka dni przed wyjazdem, żeby co trochę dopisywać ważne podpunkty. Wieczorem przed wylotem robię zdjęcie przed spakowaniem plecaka, żeby po powrocie ocenić, co kompletnie się nie przydało, a co mogłam dorzucić. To naprawdę działa!

img_4733.jpg

Ubrania i buty

Jest to zdecydowanie jeden z najważniejszych aspektów każdej podróży. Ubrania muszą być nie tylko wygodne, niegnące i jak najlżejsze ale także, a może nawet przede wszystkim, obowiązkiem w tej materii jest dobra jakość. 100% bawełny to podstawa. Zdajemy sobie sprawę, że w danej koszulce spędzimy cały dzień, a dobre skarpetki zapewnią nam wygodę w chodzeniu i umożliwią spacer bez odcisków podczas kolejnych dni wyprawy. Jeżeli chodzi o buty: zawsze staramy się opierać na wzorze 2+1 czyli dwie pary butów plus klapki. Póki co świetnie się sprawdza.

Jeżeli jesteśmy już przy temacie ubrań: zawsze bierzemy ze sobą worek na brudne rzeczy, nie jest to zwykła reklamówka, a raczej dobrze skrojona torba, do której pakujemy popularne “brudy”. Podczas długich wyjazdów staramy się oczywiście robić pranie, dlatego w naszych plecakach znajdziecie płyn do prania i linkę z paracordu, na której suszymy ubrania i ręczniki (te drugie koniecznie z mikrofibry). Oczywiście lepszym wyjściem jest hostel, który posiada zarówno pralkę jak i suszarkę (w szczególności przy krótkich pobytach ułatwia to życie) jednak pośrodku safari byłam skazana na pranie ręczne.

P1000441.JPG

Była moda, co z urodą?

Jak powszechnie wiadomo, w długich podróżach ciężko o czas i ochotę na makijaż i kobiecość, jednak ja zawsze mam przy sobie podstawowe, jak to mówię,  “dziewczęce atrybuty”. Pierwszym z nich jest popularny tangle teezer w wersji mini, który zmieści się wszędzie i rozczesuje moje włosy po całym dniu w warkoczu. Staram się brać ze sobą te produkty, których używam na co dzień, moja skóra przyzwyczajona jest do swego rodzaju rytuału i już po kilku dniach bez porządnego nawilżania wygląda bardzo źle. Krem na dzień, na noc i pod oczy to obowiązek. Do tego minimalny makijaż, krem bb, mascara i paleta cieni (polecam tę od Maxineczki 🙂 ) Mydło, które przydaje się w każdej sytuacji; sudocrem na wszelkiego rodzaju odparzenia i ugryzienia a także mini zestaw z pilnikiem do paznokci: to zawsze znajdziecie w moim plecaku. Oraz hit każdego wyjazdu: puder dla dzieci. Świetnie sprawdza się w swojej oczywistej funkcji, jako zasypka do ciała, jednak ma wiele innych podróżniczych zastosowań. Ja używam go także jako pudru do twarzy (bardzo cieniutka warstwa) i jest wspaniałą alternatywą dla suchego szamponu.

Prócz tego zawsze pakujemy oczywiście rolkę papieru toaletowego i mokre chusteczki oraz podręczną apteczkę. Mamy w niej kilka plastrów i bandaży, wodę utlenioną w postaci wacików oraz najpotrzebniejsze leki: coś na ból głowy, coś na biegunkę i kilka innych specyfików (plus leki, które regularnie przyjmujemy).

P1000449

A Marcin? Z reguły zajmuje się sprawami technicznymi.

U niego w plecaku zawsze znajdę power banki, kable i przejściówki oraz parę słuchawek. On też odpowiedzialny jest za moje linki na pranie i sztućce (które zawsze bierzemy ze sobą w razie “W”). Gdzieś na dnie plecaka chowamy kserokopie naszych paszportów i wiz, a także wszystkie potwierdzenia noclegów, wynajmu samochodu, biletów na poszczególne środki transportu oraz polisę ubezpieczeniową. Marcin często pakuje ze sobą latarkę, bo jej właśnie najbardziej brakowało nam podczas pobytu w Tanzanii.

P1160417.JPG

Jak już wszyscy zapewne wiecie: typowy ze mnie planer. Dlatego zawsze biorę przewodniki ze swoimi notatkami, żeby wiedzieć, gdzie koniecznie musimy iść i co zobaczyć. W podróży towarzyszy mi też dobra książka, zazwyczaj w formie tradycyjnej, jednak gdy jedziemy na dłużej stawiam na e-booki. I notatnik! Chętnie zapisuję ciekawe fakty i porady, żebym mogła się kiedyś podzielić tymi informacjami z innymi. A czego nigdy ze sobą nie biorę? Biżuterii. Nie kuszę losu, w czasie podróży nie potrzebuję obrączki na palcu i łańcuszka na szyi. Jedyne, co nosimy to bransoletki, które były z nami dosłownie wszędzie.

44486068_2210015485932930_8536489393358110720_n.jpg

Muszę przyznać, że podróże wiele nas nauczyły. Nie tylko geografii i historii a także faktu, jak mało jest człowiekowi potrzebne, żeby przeżyć i świetnie się bawić. Zawartość plecaka jest naprawdę względna, nawet jeśli czegoś zapominamy, a zdarzyło się to już kilkakrotnie, to świetnie sobie z tym radzimy.

Prosty przykład:

Jesteśmy już na lotnisku w drodze do Szwajcarii, pytam Marcina czy wziął aparat.

– Oczywiście, że wziąłem, wszystko jest w plecaku! – odpowiada szybko mój mąż i żwawym krokiem maszeruje w stronę samolotu.

– A baterię do niego, która ładowała się na biurku też masz?

– Nie. – i w tym momencie właśnie zaczęła się kolejna przygoda.

Bo w podróży trzeba sobie jakoś radzić!

Pekin bez uniesień

Pekin, Pekin, Pekin… Cóż za ogromne miasto! Kiedy oglądałam mapę stolicy Chin w wersji papierowej nie zdawałam sobie sprawy, że te wszystkie ulice mają dziesiątki kilometrów a podróż z lotniska do hotelu wcale nie będzie krótka.

Stało się. Hasło “transsib” zostało rzucone. A jak już coś robić, to porządnie: zacząć w Moskwie skończyć w Pekinie. Już chyba wtedy wyczuwałam, że ostatni przystanek naszej podróży będzie tym najsłabszym ogniwem. Stolica Chin nigdy jakoś szczególnie mnie nie pociągała, uważałam, że jest to miasto warte zobaczenia, jednak nie znajdowało się w moim osobistym “top 10”. Nie miałam żadnych oczekiwań, przyjazd tam był bardziej na zasadzie “przy okazji wizyty w Chengdu zobaczę i Pekin” i tak się właśnie stało.

Wylądowaliśmy w Pekinie około godziny 23:00 i zabawa zaczęła się już wtedy, bo znalezienie osoby znającej angielski graniczyło z cudem. Nie należę jednak do ludzi, którzy uważają, że wszyscy język ten znać muszą, jednak jest on podstawą chociażby języka lotniczego, wiec miałam nadzieję, że chociaż tam się dogadamy.

OTÓŻ NIE, moi drodzy. Jakaś kobieta pomogła znaleźć nam transport do hotelu, oczywiście z 200% przebitką ceny, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Po opóźnionym locie, przygodach z komunikacją oraz nieogarniętą recepcją w hotelu o 3 w nocy jedyne o czym marzyliśmy to sen. Nie mieliśmy siły na komentarze dotyczące czystości w naszym pokoju i łazience. Muszę jednak dodać, że spaliśmy już w wielu miejscach na świecie i z ręką na sercu stwierdzam, że chińskie hotele są najbrudniejsze.

O poranku, tuż po śniadaniu zdecydowaliśmy udać się w miejsca, z których Pekin słynie: Zakazane Miasto, Plac Niebiańskiego Spokoju oraz Tianatan – Świątynię Nieba. Wszystkie te atrakcje są piękne zarówno pod względem architektonicznym jak i historycznym i zrobiłyby pewnie na nas większe wrażenie gdyby nie… LUDZIE.

Nic mnie tak nie irytuje jak ogrom turystów w miejscu, które zaplanowałam zobaczyć. Nie ma sensu robienie zdjęć, ponieważ będą one przepełnione innymi ludźmi; żeby cokolwiek zobaczyć trzeba odpychać się łokciami (z czym wspaniale radzi sobie Marcin), a takie sytuacje skutecznie odbierają chęć obejrzenia czegokolwiek i poszerzania wiedzy na temat miejsca, w którym aktualnie przebywamy. I dokładnie tak przypominam sobie właśnie nasze zwiedzanie Pekinu.

Dzień zaczęliśmy od wędrówki do Zakazanego Miasta, czyli pałacu cesarskiego dynastii Ming i Qing. Jest to niesamowicie wielki (i piękny) kompleks budynków, świątyń i ogrodów. Zbudowany został w latach 1406-1420 i właśnie tam podejmowano najważniejsze decyzje dotyczące Chin a niekiedy nawet całego świata.

P1040209P1040213

Następnie udaliśmy się w stronę placu Tiananmen oraz Mauzoleum Mao Zedonga. Tam właśnie zobaczyć można Bramę Niebiańskiego Spokoju, czyli symbol Chińskiej Republiki Ludowej (jest ona umieszczona w godle kraju). W okresie cesarstwa odgrywała rolę łącznika między światem zewnętrznym a Zakazanym Miastem. W 1949 r. Mao Zedong, prosto z tarasu umieszczonego na bramie, ogłosił powstanie ChRL.

P1040207

Plac Tiananmen, czyli Plac Niebiańskiego Spokoju jest to największy tego typu obiekt publiczny na świecie. Jego rozmiar wynosi aż 880x500m. Tam właśnie znajdują się dwa obiekty: 38-metrowy pomnik Bohaterów Ludu oraz mauzoleum Mao Zedonga. Jeżeli wybieracie się na zwiedzanie koniecznie pamiętajcie o paszporcie. Nam sprawdzono go kilka razy, przy każdym wyjściu i wejściu na plac.

img_0068img_0089img_0012

Warto wybrać się również nieco na południe miasta, by zobaczyć Świątynię Nieba, uważaną za świątynię taoistyczną. Kompleks ma prawie 3 km², więc nastawcie się na długi spacer, jeżeli planujecie docenić piękno tamtejszej architektury (a jest co oglądać!).

img_0058img_0056

Kolejnego dnia przyszła pora na wyprawę do miejsca, który każdy powinien kiedyś zobaczyć. Na początku planowaliśmy wybrać się na Wielki Mur Chiński na własną rękę, jednak czytając opinie o najbliższym punkcie widokowym w Badaling, które nie były najlepsze, postanowiliśmy zrezygnować.

Po raz kolejny zdecydowaliśmy się na zorganizowany tour, po pierwsze ze względu na wcześniejsze problemy w komunikacji z tubylcami, po drugie był to nasz ostatni pełny dzień w Chinach, więc chcieliśmy go wykorzystać bardzo produktywnie. I muszę przyznać, że była to najlepsza decyzja jaką podjęliśmy. W godzinach porannych, około 06:30 z hotelu odebrał nas przewodnik Leo i właśnie z nim udaliśmy się w stronę Mutianyu, gdzie mieliśmy przejść przez fragment Wielkiego Muru Chińskiego. Leo okazał się naszym “chińskim światełkiem w tunelu”: oczytany, z ogromną wiedzą historyczno-polityczną, nienaganną angielszczyzną opowiadał nam pokrótce etapy rozwoju swojego kraju przeplatając je wątkami wojennymi i szczerą niechęcią do Mongołów.

微信图片_20180522211608.jpg

Pierwszym przystankiem naszej krótkiej wycieczki było Mutianyu, świetnie zachowany fragment muru, gdzie zamierzaliśmy podziwiać wspaniałe krajobrazy, spacerując od wieży do wieży. Niestety jednak pogoda tego dnia nie dopisała, mgła spowiła mur i jego okolice, znacznie utrudniając widoczność. Miało to jednak swoje plusy, odstraszeni turyści zrezygnowali ze spaceru, co dawało nam cały fragment muru tylko dla siebie, a rześka pogoda była błogosławieństwem po wielu dniach w dalekowschodnim skwarze.

P1040251P1040256P1040271

P1040226P1040227

img_0140img_0024img_0106img_0100img_0004

Najcięższą częścią muru były schody do ostatniej wieży. Strome, śliskie i nierówne skutecznie utrudniały wejście, jednak udało nam się! Po zejściu na dół udaliśmy się na zasłużony obiad do lokalnej restauracji. Leo, nasz przewodnik, znający możliwości Polaków zamówił dla nas (prócz masy jedzenia oczywiście) tradycyjny chiński trunek, bardzo mocny, przypominający nieco nasz rodzimy bimber. I wszystko byłoby wspaniale, bo mocne trunki nam niestraszne, ale 70% alkohol bez zapijania to spore wyzwanie. Marcin zdecydował popijać wodą, ja natomiast zagryzałam wódkę fasolką szparagową i jakimś cudem daliśmy radę.

img_1509img_1505img_1507img_1515

img_0078.jpg

Po wspaniałym posiłku wyruszyliśmy się w stronę Letniego Pałacu. Leo opowiedział nam jego genezę i historię rozwoju. Powstanie kompleksu datuje się na rok 1153, jego rozbudowa miała miejsce po 1750 r. kiedy to dla uczczenia 70 rocznicy urodzin swojej matki cesarz Qianlong rozkazał utworzyć w tym miejscu rezydencję o nazwie Ogród Czystych Fal (Qingyiyuan). Centralnym punktem Pałacu Letniego jest Wzgórze Długowieczności (60 m wysokości) oraz sztuczne jezioro Kunming, które zajmuje powierzchnię 2,2 km² (cały kompleks liczy 70 tys. m²).  Po wspinaniu się na górę i odpoczynku wśród cesarskich zabudowań późnym wieczorem skierowaliśmy się z powrotem do zatłoczonego Pekinu.

P1040305P1040311P1040326

img_0027img_0059

Bardzo szybko upłynęły nam dni w Chinach i muszę przyznać, że pierwszy raz nie jestem przekonana, że wrócę. Być może wyjdę na kompletną ignorantkę, jednak Pekin nie jest dla mnie miejscem aż tak ciekawym, żeby chcieć udać się tam po raz kolejny. Jako że Marcin ma na temat Chin nieco inne zdanie, na jego liście jest jeszcze kilka zabytków i miejsc wartych zobaczenia. Odnoszę wrażenie, że jeszcze kiedyś pojedziemy na daleki wschód, ale niekoniecznie do Pekinu. Chiny są krajem niesamowicie zróżnicowanym i ogromnym zarówno pod względem geograficznym jak i kulturowym. Żeby zobaczyć wszystkie zakamarki i wspaniałe miejsca trzeba by zostać tam kilka tygodni. Teraz jednak chcemy skupić się na spełnianiu naszych podróżniczych marzeń wśród których niestety Chin nie ma.

IMG_0248_1

Warto pomagać, czyli o wolontariacie z pandami

Jaka jest definicja podróżowania? Zwiedzanie świata, przemierzanie kolejnych kilometrów, poznawanie nowych ludzi i ich kultur? A może robienie zdjęć, próbowanie nowych rzeczy i zbieranie pamiątek? Każda jest w jakiś sposób trafna, a my znaleźliśmy jeszcze jedną – pomaganie.

Planując nasz wyjazd do Chin od początku gdzieś z tyłu głowy tkwił pomysł na zobaczenie pandy wielkiej. Jednak zarówno ja jak i Marcin nie jesteśmy fanami ogrodów zoologicznych, więc wypad do pekińskiego zoo nie był nawet brany pod uwagę. Zupełnie przez przypadek, przeglądając przeróżne relacje z podróży trafiłam na filmik z pandami w roli głównej. Była to promocja wolontariatu w “przedszkolu dla pand” w Chengdu. I tak zaczęły się poszukiwania. Miejsce, loty, nocleg, badania lekarskie… Równo miesiąc później byliśmy już na miejscu.

P1040099.JPG

Oczywiście nie wszystko zorganizowaliśmy sami, po pierwsze z braku czasu, po drugie bez znajomości języka chińskiego było nam ciężko cokolwiek załatwić. We wszystkim pomogła nam organizacja MY PANDA TOUR, oni kupili dla nas bilety, zdobyli potrzebne dokumenty i zawieźli na miejsce.

Nasz wolontariat odbył się w Dujiangyan Panda Base, oddalonej od Chengdu o 70 kilometrów. Najpierw musieliśmy przejść proces rejestracji, żeby dostać przepustkę, następnie ubrani w koszulki z logo bazy (żeby odróżniać się od turystów) wysłuchaliśmy instrukcji oraz regulaminu miejsca.

IMG_0042.JPG

Obowiązków mieliśmy kilka, były one dostosowane do pory dnia i stylu życia pand, które zdecydowanie bardziej aktywne są rano, popołudniami głownie ucinają sobie drzemki.

Z samego rana dostaliśmy rękawiczki, ponieważ naszym zadaniem numer jeden było wyczyszczenie zagród. Najpierw zbieraliśmy niedojedzone resztki bambusa i warzyw, a potem zajęliśmy się sprzątaniem odchodów. Nie jest to może zadanie dla osób bardzo wrażliwych, aczkolwiek dla każdego posiadacza domowego zwierzaka nie stanowi to problemu.

IMG_0037IMG_0036IMG_0030

Kolejnym etapem było przygotowywanie jedzenia. Pandy jedzą głownie bambus, a konkretniej jego łodygi, które trzeba połamać, żeby ułatwić tym leniwym zwierzakom posiłek. Ciekawym faktem jest, że panda należy do zwierząt drapieżnych, jej układ pokarmowy jest stworzony do trawienia mięsa. Być może dlatego, jedząca głownie warzywa panda trawi jedynie 25% przyjmowanego pokarmu (gdzie np krowa 80%).

IMG_1474P1040020P1040035P1040049

Biało czarny niedźwiedź jada także ciasto sojowe, którego przygotowanie należało do naszych obowiązków. W skład takiego wypieku wchodzą: mąka kukurydziana, soja, miód, ryż i zboża. Na początku wychodziły one nieco niekształtne, jednak po kilku próbach staliśmy się mistrzami “panda cake”. 🙂

IMG_0038

IMG_1480

Najprzyjemniejszym zadaniem było karmienie. O ścisłe określonej porze musieliśmy się pojawić w boksie, który przystosowany był do spożywania posiłków. Była to swego rodzaju jadalnia dla pand. Tam właśnie mogliśmy własnoręcznie podać posiłek naszym nowym chińskim przyjaciołom.

IMG_0033P1040083

Oczywiście i my mieliśmy czas na spożywanie posiłków. W programie naszego wolontariatu uwzględniono nas jako tymczasowych pracowników ośrodka, co łączyło się z jedzeniem w tamtejszej stołówce. Nasi koledzy musieli nam wytłumaczyć jakie potrawy podawano i jaka jest ich zawartość. Niektóre z dań, jak na kuchnię syczuańską przystało, były niesamowicie ostre i jeszcze długo po zjedzeniu paliły w język. Wszystkie jednak jedliśmy ze smakiem, często sięgając po dokładki.

39409086_253972388564984_5902653656032870400_n39468246_451391665343409_4562399026732859392_n

Jak to w kuchni chińskiej bywa, nie obyło się bez niespodzianek. Po jednym z posiłków przyjrzałam się temu co zostało na tacce i, ku mojemu zdziwieniu, odkryłam część głowy kaczki, z dziobem włącznie (dowód na zdjęciu poniżej). Było to moje pierwsze zetknięcie z magią prawdziwej chińskiej kuchni, która z dnia na dzień zaskakiwała mnie coraz bardziej…

39575668_2111697772237651_6103000664776900608_n

Żeby nie skupiać się na jedzeniu dziwnych rzeczy, opowiem jeszcze trochę o samym rezerwacie. Jest to miejsce ciekawe zarówno pod względem turystycznym jak i wolontariackim. Oprócz wszystkich aktywności związanych z pandami, mogliśmy także posłuchać wykładów i obejrzeć filmy na temat tych pięknych zwierzaków oraz ogromnej pracy, jaką wykonują wolontariusze, pracownicy oraz władze kraju. Panda wielka jest gatunkiem, któremu zagraża wyginięcie. Nie są one w stanie żyć dziko, nie ze względu na drapieżników (ponieważ swoimi gabarytami odstraszają większość z nich), a z powodu swojej natury. Są to zwierzęta dość leniwe i nie lubią aktywności fizycznej, prócz tego przez swoją niezdarność potrafią szybko zrobić sobie krzywdę. Potrzebują więc bezwzględnie specjalnej opieki.

IMG_0017P1040094P1040095P1040106P1040150P1040171

Podsumowując, wyjazd do Dujiangyan był jednym z najważniejszych przeżyć w moim (naszym!) życiu. Zdecydowaliśmy, że przynajmniej raz w roku wybierzemy się na wolontariat, za każdym razem robiąc coś innego, pomagając innym zwierzętom w różnych stronach świata. Pobyt w Chengdu uświadomił nam jak wiele jest miejsc, gdzie nawet najmniejsza pomoc jest na wagę złota. Nasze certyfikaty powiesiliśmy na ścianie, żeby codziennie przypominały nam o tym, że WARTO POMAGAĆ.

COKW7163