5 atrakcji, które warto zobaczyć w Genewie

Szwajcaria stała się kolejnym miejscem na mapie Europy, do którego postanowiliśmy się udać podczas naszego bardzo długiego miesiąca miodowego. Jest to kraj, który ciekawi nas pod wieloma względami: kulturowym, historycznym a nawet lingwistycznym (bo jak można w tak małym państwie mieć aż cztery języki urzędowe?).

Po wylądowaniu na lotnisku w Genewie dowiedzieliśmy się, że transport publiczny na terenie kraju jest darmowy dla turystów. W hali bagażowej, tuż obok wyjścia stoi automat, w którym można odebrać bilet na pociąg do centrum miasta. Fajnie, co?

Przylatując w styczniu do Genewy, drugiego największego miasta w Szwajcarii, spodziewasz się na pewno wysokich gór i tony śniegu, a tu niespodzianka! Ani gór, ani śniegu. Nieprzyjemny wiatr i trochę zimnego deszczu nad brzegiem jeziora: tak wspominamy ten wyjazd pod względem pogody.

Ale co tak właściwie można zobaczyć w tym mieście? Przejdźmy do rzeczy.

Jet d’Eau 

Wysoka na 140 m fontanna, wyrzucająca wodę z prędkością 200 km/h jest symbolem Genewy. Powstała już w 1885 roku, jednak nie jako atrakcja turystyczna. Kilkumetrowy wtedy wodotrysk miał na celu odprowadzanie nadmiaru wody w przypadku zbyt dużego ciśnienia w instalacjach wodnych przeznaczonych do napędzania maszyn genewskich jubilerów. Teraz działa ona w określonych godzinach, dłużej latem, krócej zimą. Podczas silnego wiatru i niskiej temperatury fontanna jest wyłączana.

Katedra Św. Piotra i panorama miasta

Budowana przez kilka stuleci, łącząca mnóstwo stylów architektonicznych z niesamowitą historią, czyli zabytek, który koniecznie trzeba zobaczyć. W północnej nawie zachowało się miejsce, gdzie podczas nabożeństw zasiadał Jan Kalwin. Zgodnie z jego naukami wnętrze świątyni jest surowe, bez przepychu. Zwiedzając katedrę warto poświęcić czas na wejście na wieże (północną i południową). Po dotarciu na górę można podziwiać panoramę miasta, a sama wspinaczka usłana jest historycznymi faktami i rzeczami z poprzedniej epoki.

Patek Museum

Jeżeli chcecie poznać choć trochę historii kunsztu zegarmistrzowskiego (w końcu jesteśmy w Genewie) z polskimi wątkami w tle, Muzeum Patka to miejsce dla Was! Dla nas było to trochę jak podróż w czasie. Cała wystawa jest wyjątkowo interesująca i można dowiedzieć się paru ciekawostek na temat słynnego polskiego zegarmistrza ze Szwajcarii.

Horloge Fleuri

Najsłynniejszy zegar kwiatowy w Ogrodzie Angielskim. Niezwykle popularny wśród turystów jest hołdem dla lokalnego przemysłu. Na nas jednak nie zrobił wrażenia, a co więcej, przy spacerze po mieście po prostu go nie zauważyliśmy. Nie jesteśmy wielkimi fanami kwiatów, a zegarki jednak wolimy prawdziwe. 🙂

Siedziba ONZ

Pośrodku parku Ariana nad brzegiem Jeziora Genewskiego, za wielkim ogrodzeniem znajduje się Palais des Nations, czyli Pałac Narodów Zjednoczonych. W środku znajdują się 34 pomieszczenia konferencyjne oraz 2800 biur, m. in. Biuro Wysokiego Komisarza ds. Przestrzegania Praw Człowieka. Od roku 1966 stanowi główną europejską siedzibę ONZ, dlatego jest terytorium międzynarodowym. Tuż obok pałacu zobaczycie ciekawy pomnik: ogromne krzesło bez nogi. Jest ono symbolem protestu przeciwko używaniu min przeciwpiechotnych w toczących się wojnach.

Genewa jest to miasto, które spokojnie można zobaczyć w jeden, dwa dni. Podejrzewam, że jest dużo bardziej urokliwa w okresie letnim lub pokryta śniegiem, ja jednak cieszyłam się, że zaplanowaliśmy tam tylko krótki, weekendowy wyjazd. Szwajcaria jednak nadal nie kojarzy mi się z miastami i zabytkami. Ten kraj to przede wszystkim Alpy i wspaniałe górskie wycieczki, dlatego jeżeli wybierzemy się tam po raz kolejny to zdecydujemy się na małomiasteczkowe zwiedzanie.

Jak się pakować, żeby nie zwariować?

Już na samym początku zaznaczę, że ani ja ani Marcin do mistrzów pakowania nie należymy. Muszę jednak przyznać, z wyjazdu na wyjazd idzie nam to coraz lepiej, wszystko jest dużo bardziej zorganizowane, a przestrzeń w plecakach logistycznie podzielona i zapełniona. I bardzo mnie to cieszy.

Pierwszy plecak, który pakowaliśmy na jeden z naszych krótkich wyjazdów był wypełniony absolutnie po same brzegi. Kilka sweterków i spodni, gruba piżama i dodatkowe buty zajęły niesamowicie dużo miejsca, były niepotrzebnym ciężarem a co najgorsze, w ogóle się nie przydały. Czego więc unikać, a co rozważnie przygotować przed wyjazdem? Oto kilka naszych sprawdzonych zasad.

Plecak jest lepszy od walizki

Czy naprawdę muszę kogoś jeszcze przekonywać? Plecak można zabrać w teren, nie nosisz go niewygodnie raz w jednej, raz w drugiej ręce. Przy aktualnej polityce bagażowej tanich linii lotniczych na plecak nie zostanie zazwyczaj nałożona dodatkowa opłata i spokojnie można zabrać go na pokład, co oszczędza czas w miejscu docelowym: nie musicie czekać, aż bagaż zostanie wyładowany na taśmę w hali bagażowej. Wszystko, czego potrzebujecie macie zawsze w zasięgu ręki: leki, bluzę, okulary przeciwsłoneczne. Wygodny plecak to podstawa (o ich rodzajach napiszę w osobnym poście), na krótkie wyjazdy ja zdecydowałam się na firmę Roxy, Marcin na Wisport, natomiast na długie wyprawy obydwoje kupiliśmy słynne i NIEZAWODNE plecaki marki Deuter.

44439566_883459128524342_4021527829438005248_n (1)

Sprawdzamy pogodę przed wyjazdem

Dobrze wiecie, że ja jestem mistrzem w sprawdzaniu tego właśnie czynnika, szczególnie jeżeli chodzi o krótkie wyjazdy. Jednak nie jestem zbyt ufna wszelkim aplikacjom, dlatego zawsze kończę z jednym swetrem za dużo. Warto jest jednak wiedzieć, czy należy nastawić się na deszcz i zabrać ze sobą kurtkę, czy jednak wystarczy nam lekka bluza na chłodniejsze wieczory.

P1020715.JPG

Robię listę potrzebnych rzeczy

Nic tak nie pomaga jak sprawdzona ściąga z kilkoma obowiązkowymi rzeczami, które w plecaku znaleźć się muszą. Najczęściej robię ją już kilka dni przed wyjazdem, żeby co trochę dopisywać ważne podpunkty. Wieczorem przed wylotem robię zdjęcie przed spakowaniem plecaka, żeby po powrocie ocenić, co kompletnie się nie przydało, a co mogłam dorzucić. To naprawdę działa!

img_4733.jpg

Ubrania i buty

Jest to zdecydowanie jeden z najważniejszych aspektów każdej podróży. Ubrania muszą być nie tylko wygodne, niegnące i jak najlżejsze ale także, a może nawet przede wszystkim, obowiązkiem w tej materii jest dobra jakość. 100% bawełny to podstawa. Zdajemy sobie sprawę, że w danej koszulce spędzimy cały dzień, a dobre skarpetki zapewnią nam wygodę w chodzeniu i umożliwią spacer bez odcisków podczas kolejnych dni wyprawy. Jeżeli chodzi o buty: zawsze staramy się opierać na wzorze 2+1 czyli dwie pary butów plus klapki. Póki co świetnie się sprawdza.

Jeżeli jesteśmy już przy temacie ubrań: zawsze bierzemy ze sobą worek na brudne rzeczy, nie jest to zwykła reklamówka, a raczej dobrze skrojona torba, do której pakujemy popularne “brudy”. Podczas długich wyjazdów staramy się oczywiście robić pranie, dlatego w naszych plecakach znajdziecie płyn do prania i linkę z paracordu, na której suszymy ubrania i ręczniki (te drugie koniecznie z mikrofibry). Oczywiście lepszym wyjściem jest hostel, który posiada zarówno pralkę jak i suszarkę (w szczególności przy krótkich pobytach ułatwia to życie) jednak pośrodku safari byłam skazana na pranie ręczne.

P1000441.JPG

Była moda, co z urodą?

Jak powszechnie wiadomo, w długich podróżach ciężko o czas i ochotę na makijaż i kobiecość, jednak ja zawsze mam przy sobie podstawowe, jak to mówię,  “dziewczęce atrybuty”. Pierwszym z nich jest popularny tangle teezer w wersji mini, który zmieści się wszędzie i rozczesuje moje włosy po całym dniu w warkoczu. Staram się brać ze sobą te produkty, których używam na co dzień, moja skóra przyzwyczajona jest do swego rodzaju rytuału i już po kilku dniach bez porządnego nawilżania wygląda bardzo źle. Krem na dzień, na noc i pod oczy to obowiązek. Do tego minimalny makijaż, krem bb, mascara i paleta cieni (polecam tę od Maxineczki 🙂 ) Mydło, które przydaje się w każdej sytuacji; sudocrem na wszelkiego rodzaju odparzenia i ugryzienia a także mini zestaw z pilnikiem do paznokci: to zawsze znajdziecie w moim plecaku. Oraz hit każdego wyjazdu: puder dla dzieci. Świetnie sprawdza się w swojej oczywistej funkcji, jako zasypka do ciała, jednak ma wiele innych podróżniczych zastosowań. Ja używam go także jako pudru do twarzy (bardzo cieniutka warstwa) i jest wspaniałą alternatywą dla suchego szamponu.

Prócz tego zawsze pakujemy oczywiście rolkę papieru toaletowego i mokre chusteczki oraz podręczną apteczkę. Mamy w niej kilka plastrów i bandaży, wodę utlenioną w postaci wacików oraz najpotrzebniejsze leki: coś na ból głowy, coś na biegunkę i kilka innych specyfików (plus leki, które regularnie przyjmujemy).

P1000449

A Marcin? Z reguły zajmuje się sprawami technicznymi.

U niego w plecaku zawsze znajdę power banki, kable i przejściówki oraz parę słuchawek. On też odpowiedzialny jest za moje linki na pranie i sztućce (które zawsze bierzemy ze sobą w razie “W”). Gdzieś na dnie plecaka chowamy kserokopie naszych paszportów i wiz, a także wszystkie potwierdzenia noclegów, wynajmu samochodu, biletów na poszczególne środki transportu oraz polisę ubezpieczeniową. Marcin często pakuje ze sobą latarkę, bo jej właśnie najbardziej brakowało nam podczas pobytu w Tanzanii.

P1160417.JPG

Jak już wszyscy zapewne wiecie: typowy ze mnie planer. Dlatego zawsze biorę przewodniki ze swoimi notatkami, żeby wiedzieć, gdzie koniecznie musimy iść i co zobaczyć. W podróży towarzyszy mi też dobra książka, zazwyczaj w formie tradycyjnej, jednak gdy jedziemy na dłużej stawiam na e-booki. I notatnik! Chętnie zapisuję ciekawe fakty i porady, żebym mogła się kiedyś podzielić tymi informacjami z innymi. A czego nigdy ze sobą nie biorę? Biżuterii. Nie kuszę losu, w czasie podróży nie potrzebuję obrączki na palcu i łańcuszka na szyi. Jedyne, co nosimy to bransoletki, które były z nami dosłownie wszędzie.

44486068_2210015485932930_8536489393358110720_n.jpg

Muszę przyznać, że podróże wiele nas nauczyły. Nie tylko geografii i historii a także faktu, jak mało jest człowiekowi potrzebne, żeby przeżyć i świetnie się bawić. Zawartość plecaka jest naprawdę względna, nawet jeśli czegoś zapominamy, a zdarzyło się to już kilkakrotnie, to świetnie sobie z tym radzimy.

Prosty przykład:

Jesteśmy już na lotnisku w drodze do Szwajcarii, pytam Marcina czy wziął aparat.

– Oczywiście, że wziąłem, wszystko jest w plecaku! – odpowiada szybko mój mąż i żwawym krokiem maszeruje w stronę samolotu.

– A baterię do niego, która ładowała się na biurku też masz?

– Nie. – i w tym momencie właśnie zaczęła się kolejna przygoda.

Bo w podróży trzeba sobie jakoś radzić!

Prawdziwa podróż, czyli Tanzania na przełaj

Pierwszy long haul. Pierwsza długa podróż, pierwsze duże plecaki. Bardzo ciężko było nam zdecydować się na konkretną destynację. Znajomi polecali Tajlandię albo Karaiby, coś prostego, gdzie jeżdżą wszyscy i w miarę łatwo się tam odnaleźć. Miejsca, gdzie łatwo o wizę i nie trzeba poświęcać czasu na szczepienia i większe przygotowania.

My jednak nie chcieliśmy być jak wszyscy i pójść na łatwiznę.

Po długich dyskusjach padło na Afrykę, a dokładniej Tanzanię. Po raz kolejny zdaliśmy się na nasze przeczucia, najpierw znaleźliśmy bilety a potem zajęliśmy się resztą. Tak na dobrą sprawę bardzo długo nie zdawaliśmy sobie sprawy na co się porywamy. Kupiliśmy bilety (z przesiadką w Stambule), tradycyjnie zaopatrzyliśmy się w przewodnik, a dopiero po jakimś czasie zaczęliśmy zagłębiać się w szczegóły.

P1010068

Tanzania jest państwem położonym we wschodniej części Afryki, nad Oceanem Indyjskim. Powierzchniowo jest niemalże trzy razy większa od Polski, wbrew pozorom większą jej część zajmuje Wyżyna Wschodnioafrykańska, a najwyższym szczytem kraju, a także kontynentu jest Kilimandżaro, 5895 m n.p.m. Stolicą Tanzanii jest Dodoma, a najważniejszym ośrodkiem gospodarczym Dar es Salaam.

P1000486.JPG

I właśnie do Dar es Salaam udaliśmy się najpierw. Wylądowaliśmy na lotnisku nad ranem i udaliśmy się do pobliskiego hotelu na kilka godzin snu. Kolejny dzień spędziliśmy na zwiedzaniu okolicy i przyzwyczajaniu się do afrykańskiego klimatu i jedzenia. Naszym kolejnym przystankiem było lotnisko Kilimandżaro, oddalone od wybrzeża o 600 km. Tam mieliśmy spotkać właścicieli Hekima House u których planowaliśmy zostać na noc. Na miejscu okazało się, że współpracują z kilkoma polskimi podróżnikami i bardzo dużo wiedzą o naszym kraju, co było dla nas niezmiernie miłe. Chłopaki spisali się na medal, nie dość, że zapewnili nam iście domową atmosferę, to jeszcze pokazali miasto i okolicę, a na koniec przygotowali przepyszne śniadanie o 5 rano.

IMG_4789

Nasza kolejną w pełni zaplanowaną i zorganizowaną atrakcją było czterodniowe safari i jeden dzień w parku narodowym Kilimandżaro, ale o tym w osobnym poście.

P1010066.JPG

Region Arusza prócz kilku wspaniałych parków narodowych i jezior skrywa w sobie jeszcze jedno ciekawe miejsce, w którym dużo szybciej zabiło nam serce. W drodze do pierwszej bazy masywu Kilimandżaro zahaczyliśmy o polską wieś. Może zabrzmi to dziwnie “Polska wieś w samym środku Afryki”, jednak gdy zobaczyliśmy na własne oczy naszą typową zabudowę, dachówkę, okiennice a nawet drzewa rosnące wokół domów poczuliśmy się trochę jak u siebie. Obóz w Tengeru, bo o nim mowa, powstał w latach 1942–1950 dla przeszło 5 tysięcy Polaków, głównie uciekinierów z sowieckich łagrów. Stworzyli oni kawałek ojczyzny, na którym pracowali i wychowywali swoje dzieci. Założono gospodarstwo rolne, w którym rosły pomidory, ogórki i różnorakie owoce sprowadzone z Polski. Do dziś przetrwał cmentarz, na którym pochowanych jest 150 Polaków. Dla nas było to miejsce zadumy i refleksji.

P1010333.JPG

P1010346.JPG

P1010350.JPG

Po wspaniałej podróży po Tanzanii udaliśmy się na autonomiczną wyspę Zanzibar, leżącą około 30 km od kontynentu. Mieliśmy tam czas na odpoczynek po wymagającym safari i górskich wspinaczkach. Postanowiliśmy objechać wyspę z południa na północ, zahaczając o Stone Town, miejsce urodzenia Freddiego Mercurego. Głownie jednak skupiliśmy się na typowym nicnierobieniu.

P1010558.JPG

Kilka ważnych informacji przed wyjazdem do Tanzanii.

Wiza

Otrzymanie wizy do Tanzanii nie wiąże się z papierkową robotą i załatwianiem tysięcy dokumentów czy wizytami w ambasadzie. Potrzebny jest tylko paszport ważny minimum 6 miesięcy. Kiedy wylądowaliśmy na lotnisku w Dar es Salaam musieliśmy wypełnić formularz, zapłacić 50 dolarów i cierpliwie czekać na pieczątkę. Z tym ostatnim mieliśmy trochę pod górkę, biorąc pod uwagę, że była druga w nocy i jedyne o czym marzyliśmy to prysznic i porządny sen.

P1000618.JPG

Lekarstwa i szczepienia

Szczepień rekomendowanych przed wyjazdem do Tanzanii jest kilka, dlatego warto przed wizytą w przychodni zabrać ze sobą książeczkę zdrowia, w której powinny być wszystkie szczepienia, które zostały w przeszłości wykonane. My w pełni polegaliśmy na opinii lekarza, który był specjalistą od chorób tropikalnych. Prócz wszystkich zalecanych szczepień postanowiliśmy również skorzystać z okazji i zaszczepić się na żółtą febrę, która nie była obowiązkowa. Nie można zapomnieć również o lekach antymalarycznych, które należy przyjmować już kilka dni przed wyjazdem i kontynuować po powrocie. Zdaję sobie sprawę, że powodują one kilka nieprzyjemnych skutków ubocznych jak zmęczenie i wolniejszą pracę żołądka, ale chronią przed znacznie groźniejszą chorobą.

Waluta

Oficjalną walutą jest szyling tanzański, jednak wszędzie da się zapłacić dolarami amerykańskimi a nawet euro. Według mnie jednak zawsze dobrze jest mieć przy sobie lokalne banknoty, nie tylko dlatego, że są PRZEPIĘKNE ale także z powodu korzystnego przelicznika.

IMG_4976.JPG

A teraz pora na najważniejsze pytanie: Czy warto? Zdecydowanie TAK. Afryka nas urzekła i jesteśmy przekonani, że jeszcze tam wrócimy. Jest to w dalszym ciągu region z mniejszą ilością turystów, ogromną połacią nieodkrytych terenów i prawdziwą, niczym niekolorowaną przyrodą. Jeżeli planujecie wyjazd w tamte strony zapraszam serdecznie do czytania kolejnych postów, które bardziej przybliżą poszczególne regiony Tanzanii.

Asante sana!