Co z tym domem?

Czym jest dom? Miejsce, w którym się rodzimy, stawiamy pierwsze kroki? Czy nazwać tak można okolicę, którą znamy lepiej jak własną kieszeń i często mamy z nią wiele wspomnień, których nie da się wymazać? A może jednak jest to ten pierwszy własny, zbudowany własnymi niemalże rękoma, na kawałku gruntu, nasz prywatny azyl? A co jeśli okaże się, że miejsce na drugim końcu świata pokochamy tak bardzo, że zaczniemy nazywać domem? Czy jest to pewnego rodzaju zdrada tego pierwszego, rodzinnego? Tak dużo pytań… Też tak macie?

Bardzo długo biłam się z myślami, czy powinnam zacząć pisać trochę bardziej prywatnie, odnosząc się do swoich przeżyć i przekonań. Uważam jednak, że wiele z nas doświadcza czasami takich przemyśleń i warto o tym mówić, żeby popatrzeć na świat z punktu widzenia drugiej osoby.

Od jakiegoś czasu łapię się na tym, że aktualne miejsce zamieszkania traktuję jako ten najprawdziwszy, bo przecież nasz własny, dom. Kiedyś bardzo się przed tym broniłam, mówiłam, że dom jest tylko jeden, że liczy się tylko ten rodzinny, bo tam są nasze korzenie, nasza rodzina i wszystkie ważne wspomnienia. I właśnie tam należy spędzać Boże Narodzenia, urodziny i ważniejsze święta państwowe. Teraz jednak zrozumiałam, że nie jest to reguła i czasami w życiu potrzebne są zmiany. Rodzina to nie budynek, a relacje i miłość, nieważne w jakim miejscu na świecie.

Ja domów mam już trzy. Nie wiem, czy to dużo czy mało, że na każdą dekadę mojego życia przypada kolejny. Zastanawiam się także, czy teraźniejszy zostanie już domem na zawsze, a może po raz kolejny spakuję cały dobytek i udam się w nieznane?

Dom jest więc dla mnie pojęciem względym, ruchomym. Miejscem, w którym zwyczajnie czuję się dobrze, tak “u siebie”. Zawsze powtarzam, domem jest dla mnie ta kuchnia, w której potrafię znaleźć talerze i sztućce, łazienka, w której mam swoją własną półkę i kubek na szczoteczkę oraz łóżko, gdzie znajdę ulubiony koc.

A Wy? Jakie macie przemyślenia na ten temat?