Podróże receptą na udany związek

Niemalże każdego dnia słyszę od kogoś „ale Wam dobrze, że na siebie trafiliście i zwiedzacie świat” albo „takie małżeństwo to rzadkość”. I faktycznie, wspaniale czujemy się razem i świetnie się dogadujemy, ale jest to zasługa wyłącznie ciężkiej pracy. Bo nad związkiem trzeba pracować. Nie sztuką są maślane oczy i kolacje przy świecach, bo miłość, zaufanie i zrozumienie trzeba pielęgnować. My także mieliśmy gorsze dni, ale odkąd zaczęliśmy razem wyjeżdżać wiele nauczyliśmy się od siebie i o sobie. I wciąż to robimy! Dlatego właśnie podróżowanie stało się dla nas receptą na udany związek.

Co jest wyjątkowego we wspólnych wyjazdach? Już wyjaśniam!

 

 

Razem 24/7

Razem się budzimy i chodzimy spać. Razem mokniemy w ulewach i przypiekamy na słońcu. Denerwujemy się na opóźniony samolot i wracamy pieszo z lotniska w środku nocy. Czasami naprawdę jest romantycznie i wspaniale, ale zdarzają się sytuacje (5 dni w jednym i tym samym przedziale w pociągu), że mamy siebie serdecznie dość i bardzo chętnie spędzilibyśmy chociaż chwilę OSOBNO. To nauczyło nas, że chcemy spędzać też trochę czasu samotnie, potrafimy wychodzić z domu osobno, poświęcać się odrębnym zupełnie zainteresowaniom, mieć różnych przyjaciół, z którymi niekoniecznie spotykamy się wspólnie. Nie jesteśmy jak papużki-nierozłączki. To daje nam trochę wytchnienia. Bo warto czasami za sobą zatęsknić.

 

Podział obowiązków

W tej kategorii jesteśmy mistrzami! Od planowania kolejnych destynacji, przez formalności wizowe, po pakowanie plecaków, wszystko chodzi jak w szwajcarskim zegarku. Wiemy za co jesteśmy odpowiedzialni: o co muszę martwić się ja, a co bierze na siebie Marcin. Nawet kilogramy w plecakach rozkładamy w miarę po równo (no dobra, ja mam zawsze około 1,5 kg mniej). A takie podróżnicze przyzwyczajenia doskonale przekładają się na życie codzienne. Dzielimy obowiązki w domu, płacenie rachunków a nawet opiekę nad kotem. Sprawiedliwie i bez większych zgrzytów, po miesiącach (kilometrach!) praktyk oczywiście.

 

W zdrowiu i w chorobie

Katarek i kaszelek jest NICZYM w porównaniu do prawdziwych chorób w podróży. Co mam na myśli? Nieskończone biegunki po zjedzeniu świeżych warzyw (które mają na sobie zupełnie inną florę bakteryjną) lub po niemądrym napiciu się wody z byle jakiego źródełka w środku Azji; choroba lokomocyjna, która na pokładzie katamaranu potraja swoją moc i masz wrażenie, że śmierć jest blisko; gorączki po spędzeniu kilku godzin na plaży (“Renia, mam udar!”); zadrapania, odciski, skręcone kostki, odparzone tyłki i wiele innych dolegliwości, którymi wolelibyście się nie dzielić nawet z panem doktorem, a co dopiero z drugą połówką, która w tym właśnie momencie dzielnie trzyma Ci włosy, kiedy Ty próbujesz wypluć swoje wnętrzności.

 

Wiesz o mnie wszystko

Podróże spowodują, że już niczego nie będziecie się wstydzić, a tematy tabu przestaną istnieć. Każdy człowiek się poci, tak samo jak każdy człowiek (dziewczyny też!) korzysta z toalety. A wy będziecie wiedzieć, co do minuty, kiedy druga połówka będzie musiała zejść z trasy i na kilka chwil wskoczyć w krzaki. Nie zawsze będzie czas i możliwość pójścia pod prysznic. Nie będzie makijażu, wymodelowanej fryzury i gładkiej skóry. Jeżeli będziecie w stanie okazywać sobie uczucia po kilku dniach bez prysznica znaczy to, że to związek na całe życie.

 

Tysiące wspomnień

…których nikt Wam nie odbierze. Pocałunki przy zachodzącym słońcu, romantyczne spacery nad lazurowym wybrzeżem i nie tylko! Nauka jedzenia pałeczkami, wycieczki rowerowe przez wyspę, wyprawa do muzeum czołgów w ulewnym deszczu, próby jakiejkolwiek komunikacji z tubylcami. Każda podróż daje coś do zapamiętania, a zaufajcie, wspaniale jest usiąść wieczorem z kubkiem kakao i przypominać sobie te wszystkie historie. A apetyt rośnie w miarę jedzenia!

 

Szkoda czasu na kłótnie

Tego też próbowaliśmy. Pamiętam jak na jednym z wyjazdów pokłóciliśmy się o jakąś bzdurę. Wyszłam z hotelu na ulicę, po czym za chwilę przyszedł on pytając: “No i gdzie ty chcesz teraz iść?” Cóż, miał rację, więc potulnie, śmiejąc się wróciłam do pokoju. W podróży kłócić się zwyczajnie NIE OPŁACA. Jest tyle miejsc do zobaczenia, tyle kilometrów do przejścia, że każda minuta jest na wagę złota, więc szkoda tracić ją na obrażanie się.

Godziny rozmów

Dzięki rozmowom właśnie wiemy o sobie niemalże wszystko. Historie z dzieciństwa, ulubieni nauczyciele ze szkoły i masa innych rzeczy, do których nie wracasz przy zwykłej pogawędce przy kawie. Rozmawiamy czekając na samolot, siedząc w pociągu i leżąc na plaży. O wszystkim i o niczym. Czasami nawet z nudów.

Podróże kształcą. Stajemy się odważniejsi, doceniamy to co mamy i potrafimy przetrwać nawet najtrudniejsze sytuacje. Każdy wyjazd zmienia nas w pewnym stopniu. A my zmieniamy się RAZEM. Celebrujemy każdą chwilę spędzoną w nowym kraju i oprócz innych kultur i sposobu życia uczymy się także samych siebie. I to właśnie w podróżowaniu jest najpiękniejsze.

 

5 atrakcji, które warto zobaczyć w Genewie

Szwajcaria stała się kolejnym miejscem na mapie Europy, do którego postanowiliśmy się udać podczas naszego bardzo długiego miesiąca miodowego. Jest to kraj, który ciekawi nas pod wieloma względami: kulturowym, historycznym a nawet lingwistycznym (bo jak można w tak małym państwie mieć aż cztery języki urzędowe?).

Po wylądowaniu na lotnisku w Genewie dowiedzieliśmy się, że transport publiczny na terenie kraju jest darmowy dla turystów. W hali bagażowej, tuż obok wyjścia stoi automat, w którym można odebrać bilet na pociąg do centrum miasta. Fajnie, co?

Przylatując w styczniu do Genewy, drugiego największego miasta w Szwajcarii, spodziewasz się na pewno wysokich gór i tony śniegu, a tu niespodzianka! Ani gór, ani śniegu. Nieprzyjemny wiatr i trochę zimnego deszczu nad brzegiem jeziora: tak wspominamy ten wyjazd pod względem pogody.

Ale co tak właściwie można zobaczyć w tym mieście? Przejdźmy do rzeczy.

Jet d’Eau 

Wysoka na 140 m fontanna, wyrzucająca wodę z prędkością 200 km/h jest symbolem Genewy. Powstała już w 1885 roku, jednak nie jako atrakcja turystyczna. Kilkumetrowy wtedy wodotrysk miał na celu odprowadzanie nadmiaru wody w przypadku zbyt dużego ciśnienia w instalacjach wodnych przeznaczonych do napędzania maszyn genewskich jubilerów. Teraz działa ona w określonych godzinach, dłużej latem, krócej zimą. Podczas silnego wiatru i niskiej temperatury fontanna jest wyłączana.

Katedra Św. Piotra i panorama miasta

Budowana przez kilka stuleci, łącząca mnóstwo stylów architektonicznych z niesamowitą historią, czyli zabytek, który koniecznie trzeba zobaczyć. W północnej nawie zachowało się miejsce, gdzie podczas nabożeństw zasiadał Jan Kalwin. Zgodnie z jego naukami wnętrze świątyni jest surowe, bez przepychu. Zwiedzając katedrę warto poświęcić czas na wejście na wieże (północną i południową). Po dotarciu na górę można podziwiać panoramę miasta, a sama wspinaczka usłana jest historycznymi faktami i rzeczami z poprzedniej epoki.

Patek Museum

Jeżeli chcecie poznać choć trochę historii kunsztu zegarmistrzowskiego (w końcu jesteśmy w Genewie) z polskimi wątkami w tle, Muzeum Patka to miejsce dla Was! Dla nas było to trochę jak podróż w czasie. Cała wystawa jest wyjątkowo interesująca i można dowiedzieć się paru ciekawostek na temat słynnego polskiego zegarmistrza ze Szwajcarii.

Horloge Fleuri

Najsłynniejszy zegar kwiatowy w Ogrodzie Angielskim. Niezwykle popularny wśród turystów jest hołdem dla lokalnego przemysłu. Na nas jednak nie zrobił wrażenia, a co więcej, przy spacerze po mieście po prostu go nie zauważyliśmy. Nie jesteśmy wielkimi fanami kwiatów, a zegarki jednak wolimy prawdziwe. 🙂

Siedziba ONZ

Pośrodku parku Ariana nad brzegiem Jeziora Genewskiego, za wielkim ogrodzeniem znajduje się Palais des Nations, czyli Pałac Narodów Zjednoczonych. W środku znajdują się 34 pomieszczenia konferencyjne oraz 2800 biur, m. in. Biuro Wysokiego Komisarza ds. Przestrzegania Praw Człowieka. Od roku 1966 stanowi główną europejską siedzibę ONZ, dlatego jest terytorium międzynarodowym. Tuż obok pałacu zobaczycie ciekawy pomnik: ogromne krzesło bez nogi. Jest ono symbolem protestu przeciwko używaniu min przeciwpiechotnych w toczących się wojnach.

Genewa jest to miasto, które spokojnie można zobaczyć w jeden, dwa dni. Podejrzewam, że jest dużo bardziej urokliwa w okresie letnim lub pokryta śniegiem, ja jednak cieszyłam się, że zaplanowaliśmy tam tylko krótki, weekendowy wyjazd. Szwajcaria jednak nadal nie kojarzy mi się z miastami i zabytkami. Ten kraj to przede wszystkim Alpy i wspaniałe górskie wycieczki, dlatego jeżeli wybierzemy się tam po raz kolejny to zdecydujemy się na małomiasteczkowe zwiedzanie.

Z wizytą u sąsiadki

Siadasz przy komputerze z kubkiem herbaty i ciastkiem (o mnie tu mowa!) i rozmyślasz o kolejnej destynacji. Krótkie wyjazdy oznaczają zazwyczaj jeden z europejskich krajów, miasto/region, które można zobaczyć w kilka dni, czasem nawet krócej. I zaufajcie, Bratysława nie przychodzi na myśl od razu, a dlaczego? Bo to przecież tylko Słowacja. Mały kraj, o którym mało też wiemy i nie do końca nas to interesuje. I to właśnie jest błąd. Bo jest to nie tylko, a AŻ Słowacja, miejsce, gdzie historia ma ogromne znaczenie, a jedzenie jest tak cholernie dobre, że jesz do takiego momentu, że nie jesteś w stanie się ruszać (coś jak u mamy na święta). I właśnie dlatego dzisiaj obalę kilka stereotypów i przedstawię nasze doświadczenia z wizyty u sąsiadki.

ulica

Tak naprawdę ciężko jest stwierdzić z czym Bratysława się kojarzy. Wielu z nas nawet nie wie, że jest to stolica Słowacji, kraju położonego tuż za naszą południową granicą. Dziś zacznę więc nieco inaczej, od kilku informacji prosto z encyklopedii.

Republika Słowacka jest to całkiem mały kraj położony w Europie środkowej. Jej powierzchnia to zaledwie 49 035 km², co daje 128. miejsce na świecie. Od 1 stycznia 1993 roku jest krajem samodzielnym, wcześniej była częścią Czechosłowacji. Położona na terenie typowo górskim, aż 61% jej powierzchni zajmują wyżyny oraz liczne pasma górskie, głownie Karpaty.

Na Słowacji (podobno wersja „w Słowacji” staje się także coraz bardziej popularna, ja jednak pokieruję się tradycją) mówi się, o dziwo, w języku słowackim, który wbrew pozorom różni się nieco od czeskiego, jednak są wzajemnie zrozumiałe (polski też jest). I w tym momencie muszę serdecznie pozdrowić moją koleżankę Denisę, z którą chętnie porównujemy nasze języki i, mówiąc szczerze, mamy przy tym niezły ubaw.

Jak już wcześniej wspomniałam, stolicą Słowacji jest Bratysława, do której postanowiliśmy się udać przy okazji naszej wyprawy do Wiednia. Jest to miasto położone nad Dunajem, a ciekawostką jest, że jest jedyną stolicą na świecie graniczącą z dwoma państwami, wcześniej wspomnianą Austrią oraz Węgrami.

No to w drogę!

Po wylądowaniu na lotnisku w stolicy Austrii wsiedliśmy w autobus Slovak Lines, by po godzinie wysiąść już w centrum Bratysławy. Jest to miasto tak kameralne, że tak na dobrą sprawę mapa była nam niemalże zupełnie zbędna, ale to przecież zaleta! Wszędzie jest blisko i nie można się zgubić, czyli coś, co lubimy najbardziej. I co najważniejsze: całe miasto można zwiedzić na piechotę!

panorama

A oto właśnie panorama Bratysławy zrobiona w drodze na zamek. Mimo dość przykrej, pochmurnej pogody, spodobało nam się to miasto. Ma ono w sobie coś przyciągającego, może to ludzie, którzy są tacy “swoi”, a może trochę wspólnej historii, bo przecież więcej nas ze Słowacją łączy niż dzieli. Lekko zaśnieżone ulice, drzewa zupełnie bez liści i ludzie zmęczeni chłodem, pospiesznie maszerujący do swoich domów. Czy nie tak właśnie wygląda każde polskie miasto na przełomie lutego i marca?

ulica.jpg

Zwiedzanie zaczęliśmy oczywiście od starego miasta, a dokładniej mówiąc, od ciepłej kawy z ciastkiem na rozgrzewkę. Po krótkim spacerze ulicami Bratysławy zgodnie stwierdziliśmy, że jest tu dość sporo pomników, głównie z brązu. Jednym z ciekawszych i chyba najpopularniejszych jest Čumil, czyli przyjazny kanalarz wychylający się z włazu. Jest on częścią projektu rewitalizacji starego miasta, zamontowany został w 1997 roku i cieszy się ogromną popularnością. Co ciekawe, Čumil nie jest to pomnik kogoś znanego, niczego nie symbolizuje, miał być jedynie ciekawym punktem na mapie Bratysławy i z tego, co zaobserwowaliśmy, pomysł się udał.

zipek

Kiedy dotarliśmy do Hlavné Námestie, czyli głównego placu w Bratysławie, jeszcze bardziej poczuliśmy się jak w domu. Piękne, kolorowe kamienice i ratusz są mieszanką kilku stylów architektonicznych, ale dla nas, typowych laików w tej materii, były po prostu obiektami cieszącymi oko. Bardzo ważnym zabytkiem jest także Katedra św. Marcina, położona przy ulicy Staromiejskiej. Przez 300 lat była miejscem koronacji monarchów węgierskich. Do 1850 roku odbyło się tam aż 11 koronacji królów i 8 królowych,  w tym np. Marii Teresy. Za czasów komunistycznych tuż przy katedrze wybudowano drogę dwupasmową, która naruszyła konstrukcję budynku, a jezdnia właściwie styka się z jej murami.

katedra.jpg

Burzliwa historia zamku

Po obejrzeniu katedry udaliśmy się w stronę najważniejszego zabytku miasta: Zamku Bratysławskiego. Wyobraźcie sobie, że warowne budowle na wzgórzu, gdzie teraz jest zamek właściwy istniały już w starożytności! Wzgórze to stanowiło swego rodzaju akropol dla położonej nieopodal osady celtyckiej. Następnie powstał tu zamek z kamienia, by po latach stać się szkołą katolicką a potem, w 1802 powstały tam koszary. W 1811 roku budowla została niemalże doszczętnie zniszczona przez pożar wzniecony przez wojsko napoleońskie. Po burzliwej historii, w latach 50 XX w. zamek został odbudowany w formie, którą możemy podziwiać do teraz.

zamek

P1020715

Pora na divadlo!

Kto na Słowacji nie był – polecam! Choćby ze względu na czytanie szyldów na ulicach. Niemalże wszystkie nazwy wydają się zabawne, moją ulubioną jest oczywiście DIVADLO, czyli teatr. Sam budynek teatru jest całkiem ciekawy, wybudowany w stylu eklektycznym. Bardzo długo grano tam sztuki jedynie w języku czeskim, dopiero po 1920 roku Słowacy doczekali się spektakli we własnym języku. Powodów było wiele: brak słowackich scenariuszy, aktorów i śpiewaków. Nieopodal teatru znaleźć można także Monument Zwycięstwa upamiętniający wyzwolenie Czechosłowacji przez Armię Czerwoną.

divadlo.jpg

monument.jpg

Spodek w Bratysławie?

Nieco inny niż ten w Katowicach, wznoszący się na wysokość 84 m jest najnowszym symbolem stolicy Słowacji. Jest częścią Mostu Słowackiego Powstania Narodowego (SNP) nad Dunajem, mieści restaurację na 430 osób. Wybudowany został w latach 1967 – 1972 i łączy centrum Bratysławy z mieszkaniową dzielnicą Petržalka.

ufo

Kofola? A cóż to takiego?

A na koniec jak zawsze zostawiam wisienkę na torcie, czyli słowackie jedzenie. Jest to kolejny kraj, który serwuje moje ulubione dania: pierogi, knedle, łazanki… Wybraliśmy się do polecanego przez kilkoro znajomych Slovak Pub, gdzie wypiliśmy tamtejsze piwo i spróbowaliśmy tradycyjnej kuchni. Porcje ogromne, cena niska: czego chcieć więcej? Ucztę zaczęliśmy oczywiście od lokalnego piwa i Kofoli, czyli czechosłowackiego odpowiednika coca-coli z dodatkiem cytryny. A jedzenie? Fantastyczne. Podstawą kuchni słowackiej są ziemniaki, kapusta i mleko w każdej formie. My mieliśmy okazję spróbować ich narodową potrawę, czyli bryndzové halušky: kluseczki ziemniaczane z bryndzą, a także strapaczki – wersja z kapustą i skwarkami. Nie obyło się oczywiście bez pierogów z bryndzą oraz tradycyjnego kapuśniaku. Nie-bo w gę-bie!

44775303_2057071154354703_5556762386154651648_n.jpg

44898828_724907694556544_4709096216003084288_n

Wiele jest powodów, żeby wybrać się na Słowację. Mimo tego, że jest to malutki kraj, my zwiedziliśmy tylko jego część. Następnym razem zostaniemy na dłużej i chętnie połazimy po słowackich Tatrach i zobaczymy wiele innych ciekawych regionów. Bo podróżne nie zawsze muszą być dalekie i długie, czasami warto zajrzeć, co interesującego może nam pokazać i opowiedzieć najbliższy sąsiad. Wiele nas ze Słowacją łączy i bardzo to doceniliśmy podczas wyjazdu do Bratysławy.

Polecamy!

Jak się pakować, żeby nie zwariować?

Już na samym początku zaznaczę, że ani ja ani Marcin do mistrzów pakowania nie należymy. Muszę jednak przyznać, z wyjazdu na wyjazd idzie nam to coraz lepiej, wszystko jest dużo bardziej zorganizowane, a przestrzeń w plecakach logistycznie podzielona i zapełniona. I bardzo mnie to cieszy.

Pierwszy plecak, który pakowaliśmy na jeden z naszych krótkich wyjazdów był wypełniony absolutnie po same brzegi. Kilka sweterków i spodni, gruba piżama i dodatkowe buty zajęły niesamowicie dużo miejsca, były niepotrzebnym ciężarem a co najgorsze, w ogóle się nie przydały. Czego więc unikać, a co rozważnie przygotować przed wyjazdem? Oto kilka naszych sprawdzonych zasad.

Plecak jest lepszy od walizki

Czy naprawdę muszę kogoś jeszcze przekonywać? Plecak można zabrać w teren, nie nosisz go niewygodnie raz w jednej, raz w drugiej ręce. Przy aktualnej polityce bagażowej tanich linii lotniczych na plecak nie zostanie zazwyczaj nałożona dodatkowa opłata i spokojnie można zabrać go na pokład, co oszczędza czas w miejscu docelowym: nie musicie czekać, aż bagaż zostanie wyładowany na taśmę w hali bagażowej. Wszystko, czego potrzebujecie macie zawsze w zasięgu ręki: leki, bluzę, okulary przeciwsłoneczne. Wygodny plecak to podstawa (o ich rodzajach napiszę w osobnym poście), na krótkie wyjazdy ja zdecydowałam się na firmę Roxy, Marcin na Wisport, natomiast na długie wyprawy obydwoje kupiliśmy słynne i NIEZAWODNE plecaki marki Deuter.

44439566_883459128524342_4021527829438005248_n (1)

Sprawdzamy pogodę przed wyjazdem

Dobrze wiecie, że ja jestem mistrzem w sprawdzaniu tego właśnie czynnika, szczególnie jeżeli chodzi o krótkie wyjazdy. Jednak nie jestem zbyt ufna wszelkim aplikacjom, dlatego zawsze kończę z jednym swetrem za dużo. Warto jest jednak wiedzieć, czy należy nastawić się na deszcz i zabrać ze sobą kurtkę, czy jednak wystarczy nam lekka bluza na chłodniejsze wieczory.

P1020715.JPG

Robię listę potrzebnych rzeczy

Nic tak nie pomaga jak sprawdzona ściąga z kilkoma obowiązkowymi rzeczami, które w plecaku znaleźć się muszą. Najczęściej robię ją już kilka dni przed wyjazdem, żeby co trochę dopisywać ważne podpunkty. Wieczorem przed wylotem robię zdjęcie przed spakowaniem plecaka, żeby po powrocie ocenić, co kompletnie się nie przydało, a co mogłam dorzucić. To naprawdę działa!

img_4733.jpg

Ubrania i buty

Jest to zdecydowanie jeden z najważniejszych aspektów każdej podróży. Ubrania muszą być nie tylko wygodne, niegnące i jak najlżejsze ale także, a może nawet przede wszystkim, obowiązkiem w tej materii jest dobra jakość. 100% bawełny to podstawa. Zdajemy sobie sprawę, że w danej koszulce spędzimy cały dzień, a dobre skarpetki zapewnią nam wygodę w chodzeniu i umożliwią spacer bez odcisków podczas kolejnych dni wyprawy. Jeżeli chodzi o buty: zawsze staramy się opierać na wzorze 2+1 czyli dwie pary butów plus klapki. Póki co świetnie się sprawdza.

Jeżeli jesteśmy już przy temacie ubrań: zawsze bierzemy ze sobą worek na brudne rzeczy, nie jest to zwykła reklamówka, a raczej dobrze skrojona torba, do której pakujemy popularne “brudy”. Podczas długich wyjazdów staramy się oczywiście robić pranie, dlatego w naszych plecakach znajdziecie płyn do prania i linkę z paracordu, na której suszymy ubrania i ręczniki (te drugie koniecznie z mikrofibry). Oczywiście lepszym wyjściem jest hostel, który posiada zarówno pralkę jak i suszarkę (w szczególności przy krótkich pobytach ułatwia to życie) jednak pośrodku safari byłam skazana na pranie ręczne.

P1000441.JPG

Była moda, co z urodą?

Jak powszechnie wiadomo, w długich podróżach ciężko o czas i ochotę na makijaż i kobiecość, jednak ja zawsze mam przy sobie podstawowe, jak to mówię,  “dziewczęce atrybuty”. Pierwszym z nich jest popularny tangle teezer w wersji mini, który zmieści się wszędzie i rozczesuje moje włosy po całym dniu w warkoczu. Staram się brać ze sobą te produkty, których używam na co dzień, moja skóra przyzwyczajona jest do swego rodzaju rytuału i już po kilku dniach bez porządnego nawilżania wygląda bardzo źle. Krem na dzień, na noc i pod oczy to obowiązek. Do tego minimalny makijaż, krem bb, mascara i paleta cieni (polecam tę od Maxineczki 🙂 ) Mydło, które przydaje się w każdej sytuacji; sudocrem na wszelkiego rodzaju odparzenia i ugryzienia a także mini zestaw z pilnikiem do paznokci: to zawsze znajdziecie w moim plecaku. Oraz hit każdego wyjazdu: puder dla dzieci. Świetnie sprawdza się w swojej oczywistej funkcji, jako zasypka do ciała, jednak ma wiele innych podróżniczych zastosowań. Ja używam go także jako pudru do twarzy (bardzo cieniutka warstwa) i jest wspaniałą alternatywą dla suchego szamponu.

Prócz tego zawsze pakujemy oczywiście rolkę papieru toaletowego i mokre chusteczki oraz podręczną apteczkę. Mamy w niej kilka plastrów i bandaży, wodę utlenioną w postaci wacików oraz najpotrzebniejsze leki: coś na ból głowy, coś na biegunkę i kilka innych specyfików (plus leki, które regularnie przyjmujemy).

P1000449

A Marcin? Z reguły zajmuje się sprawami technicznymi.

U niego w plecaku zawsze znajdę power banki, kable i przejściówki oraz parę słuchawek. On też odpowiedzialny jest za moje linki na pranie i sztućce (które zawsze bierzemy ze sobą w razie “W”). Gdzieś na dnie plecaka chowamy kserokopie naszych paszportów i wiz, a także wszystkie potwierdzenia noclegów, wynajmu samochodu, biletów na poszczególne środki transportu oraz polisę ubezpieczeniową. Marcin często pakuje ze sobą latarkę, bo jej właśnie najbardziej brakowało nam podczas pobytu w Tanzanii.

P1160417.JPG

Jak już wszyscy zapewne wiecie: typowy ze mnie planer. Dlatego zawsze biorę przewodniki ze swoimi notatkami, żeby wiedzieć, gdzie koniecznie musimy iść i co zobaczyć. W podróży towarzyszy mi też dobra książka, zazwyczaj w formie tradycyjnej, jednak gdy jedziemy na dłużej stawiam na e-booki. I notatnik! Chętnie zapisuję ciekawe fakty i porady, żebym mogła się kiedyś podzielić tymi informacjami z innymi. A czego nigdy ze sobą nie biorę? Biżuterii. Nie kuszę losu, w czasie podróży nie potrzebuję obrączki na palcu i łańcuszka na szyi. Jedyne, co nosimy to bransoletki, które były z nami dosłownie wszędzie.

44486068_2210015485932930_8536489393358110720_n.jpg

Muszę przyznać, że podróże wiele nas nauczyły. Nie tylko geografii i historii a także faktu, jak mało jest człowiekowi potrzebne, żeby przeżyć i świetnie się bawić. Zawartość plecaka jest naprawdę względna, nawet jeśli czegoś zapominamy, a zdarzyło się to już kilkakrotnie, to świetnie sobie z tym radzimy.

Prosty przykład:

Jesteśmy już na lotnisku w drodze do Szwajcarii, pytam Marcina czy wziął aparat.

– Oczywiście, że wziąłem, wszystko jest w plecaku! – odpowiada szybko mój mąż i żwawym krokiem maszeruje w stronę samolotu.

– A baterię do niego, która ładowała się na biurku też masz?

– Nie. – i w tym momencie właśnie zaczęła się kolejna przygoda.

Bo w podróży trzeba sobie jakoś radzić!

Poradnik: jak pokonać 6266 km w pociągu i nie zwariować.

Chcesz spędzić swój urlop w niecodziennych warunkach? Marzysz, żeby wreszcie wypocząć, wyspać się i nic nie robić? Masz stos książek do przeczytania i kilka seriali do nadrobienia? Wsiądź w TRANSSIB, a się nie zawiedziesz.

Tak właśnie Rosjanie powinni reklamować swoje połączenia kolejowe łączące wchód z zachodem kraju. Ja natomiast przeczytałam kiedyś, że taką podroż trzeba odbyć choćby raz w życiu. Dlatego gdy szukaliśmy destynacji na kolejny dłuższy trip, wpadłam na pomysł wyprawy przez Rosję i po kilku tygodniach siedziałam już wygodnie w wagonie numer 7.

35382387_2176709279009902_1828744688920690688_n.jpg

Zacznijmy jednak od początku, czyli… Krótka historia kolei transsyberyjskiej.

W XIX w. Rosjanie postanowili rozwinąć swoją siatkę kolejową aż za wzgórza Uralu. W 1890 roku pomysł został zatwierdzony przez cara Aleksandra II, a już rok później jego syn położył kamień węgielny we Władywostoku, co oznaczało rozpoczęcie budowy najdłuższej trasy kolejowej na świecie. Całe przedsięwzięcie miało na celu rozwój Syberii, eksport i import towarów oraz ukazanie jej walorów turystycznych. Trasę budowano w dziewięciu odcinkach: zachodniosyberyjskim, środkowosyberyjskim, krugobajkalskim, zabajkalskim, amurskim, ussuri, transmandżurskim, południowo-mandżurskim oraz transmongolskim. Przy budowie kolei transsyberyjskiej pracowało ponad 90 tysięcy ludzi: budowlańców, inżynierów ale także jeńców i skazanych. Na terenie budowy, ze względu na brak podstawowych dóbr i higieny często wybuchały epidemie, co dziesiątkowało robotników. Całkowity koszt przedsięwzięcia poniosła Rosja, a prace zakończono po 25 latach. Po ukończeniu budowy na teren Syberii przeniosło się około 3 miliony mieszkańców.

Kolej przemierza 2 kontynenty, 89 miast i 8 stref czasowych. Ciekawostką jest fakt, że pociąg operuje w czasie moskiewskim, więc widok pasażera z dwoma zegarkami na ręce nie jest niespodzianką. Po wielu latach kolej uzyskała światową sławę, powstają filmy dokumentalne i reportaże na jej temat, trasa opisywana jest w wielu książkach.

35476795_2176706829010147_146781920385040384_n.jpg

Nasza wyprawa, część pierwsza: Moskwa–Irkuck

Pociąg nr 070Ч na trasie Moskwa–Czyta kursuje codziennie, odjeżdża z dworca Jarosławskiego o 1350. Podróż trwa nieco ponad cztery dni. Bilety można kupić na stronie przewoźnika (rzd.ru) 90 dni przed wyjazdem. Rezerwujemy wtedy rodzaj biletu, wagon i konkretne miejsca. W kolei transsyberyjskiej są aż 3 klasy:

  • “plackarta”, czyli 3 klasa, w wagonach której nie ma przedziałów, można wybrać tylko miejsce, w zależności czy chcemy spać na dole czy na górze, idealna do zawierania nowych znajomości i podszkolenia języka;
  • “kupe”, 2 klasa, która obejmuje miejsce w kabinie czteroosobowej, w cenę biletu wchodzi pościel i jeden posiłek;
  • “lux”, klasa 1, gdzie oprócz komfortowej kabiny z dwoma łóżkami i prysznicem mamy zapewnione pełne wyżywienie.

Wybierając bilet postanowiliśmy iść na kompromis i zdecydowaliśmy się na dwa miejsca w “kupe”, co było chyba najlepszym rozwiązaniem. Zarezerwowaliśmy miejsce na dole i górze po jednej stronie. Miejsce górne kosztowało 7368 rubli, dolne 10227, co w całości wyszło nas około 500 zł za osobę na trasie Moskwa-Irkuck. W cenę wliczona była pościel, ręczniki, kapcie i szczoteczka do zębów (trochę jak w samolocie).

35485143_1740880512655131_3463175754471178240_n.jpg

Pociąg okazał się bardzo czysty i całkiem przestronny. W każdym wagonie są dwie toalety (zamykane ZAWSZE na czas postoju) i samowar. Jedynym minusem jest brak prysznica z prawdziwego zdarzenia, jednak i z tym łatwo można sobie poradzić, wystarczy mieć w sobie coś z inżyniera. Przedziały czteroosobowe “kupe” jak sama nazwa wskazuje mają cztery łóżka, dwa górne i dwa dolne, przy każdym jest lampka nocna, a na środku, pod stolikiem, znajdują się dwa kontakty (nie jest to jednak standard w Transsibie, zazwyczaj kontakty są tylko na korytarzu i w toaletach).  W pociągu na ogół jest cicho i spokojnie, pasażerowie starają się przespać długą podróż. Na każdy wagon przypadają dwie “prowadnice”, które zajmują się utrzymywaniem go w czystości i pomagają pasażerom, gdy potrzeba. U nich także można zaopatrzyć się w kawę, herbatę (w szklance z koszyczkiem, 45 rubli) i różnego rodzaju przekąski. Prócz tego w pociągu jest wagon restauracyjny, z którego warto skorzystać chociaż raz, żeby spróbować “kolejarskiej” kuchni.

35345192_2176707625676734_569984070470074368_n.jpg

35298520_1740881112655071_4747579110090342400_n.jpg

Jedzenie w podróży

Wagon restauracyjny i zakupy u prowadnic to tylko jedno z możliwych pomysłów na posiłek podczas podróży. Przed wyjazdem warto zaopatrzyć się w najpotrzebniejsze produkty (chleb, warzywa, kawa, herbata itd.). Tuż obok dworca Jarosławskiego znajduje się galeria handlowa, a w niej supermarket, w którym udało nam się zrobić porządne zakupy. Kolejną, niezawodną opcją są BABUSZKI. Pociąg zatrzymuje się na stacjach na kilka, kilkanaście minut, aczkolwiek na tych większych  postoje mogą potrwać prawie godzinę, więc zawsze można zrobić zakupy u pań na peronie. Babuszki sprzedają niemalże wszystko, od pirożków i słodyczy, przez wędzone ryby, po alkohol i papierosy. Pełen wypas i do tego jaki smaczny! Nie zapominajmy także o współtowarzyszach podróży, w szczególności jeśli są Rosjanami, podzielą się z Wami czym tylko mogą (począwszy od wódki i słoniny). Jednego możecie być pewni: w Transsibie z głodu nie zginiecie.

35345542_1740881872654995_8585968675033448448_n.jpg

35348582_2176709529009877_3712176032485212160_n.jpg

W drodze do Mongolii

Drugą częścią naszej podróży był odcinek Irkuck–Ułan Bator. Pociąg odjeżdża z Irkucka około 0800 rano (na bilecie 0300 w czasie moskiewskim), w stolicy Mongolii jesteśmy o 0730 (podany jest czas lokalny). Trzeba bardzo uważać przy sprawdzaniu czasu odjazdu, łatwo jest się pogubić, uwierzcie na słowo…  Niestety nie ma możliwości kupienia biletów przez internet. W zakupie ich pomógł nam Iwan, który organizował dla nas transport na wyspę Olchon. W pociągu do Ułan Bator są tylko dwie klasy: luks i kupe, za bilet do drugiej zapłaciliśmy 7000 rubli za osobę, co daje trochę ponad 800 zł za przejazd dla dwóch osób. Z jednej strony wagon był dużo nowocześniejszy, rozkładana kanapa i nowe toalety uprzyjemniały podróż, nie było jednak wagonu restauracyjnego, ale nie jestem pewna, czy taki jest standard w pojazdach na tej własnie trasie. Za minus można także uznać fakt, że większość pasażerów to turyści. Z jednej strony fajnie wymienić się doświadczeniami i wskazówkami, z drugiej jednak miło jest poznawać lokalnych i słuchać ich opowieści.

35328132_2176707562343407_8233764808252456960_n.jpg

Kontrola graniczna była dość długa i surowa. Najpierw na granicy Rosyjskiej w Nauszkach mieliśmy kontrolę paszportową, po czym musieliśmy otworzyć plecaki, żeby udowodnić, że nie przewozimy nic nielegalnego. Cały proces potrwał ponad godzinę, wtedy ruszyliśmy do Suche Bator, gdzie przechodziliśmy to samo po raz drugi, prawie dwie godziny. Nigdy jeszcze nie spotkałam się z tak długą kontrolą graniczną, znałam ją tylko z opowieści rodziców. Dalsza część podróży minęła wyjątkowo szybko (oczywiście spaliśmy) i rano wysiedliśmy w Ułan Bator, żeby zacząć mongolską część naszej przygody.

35366230_2176783179002512_3998659769991692288_n.jpg

Jak przygotować się do podróży?

Podczas planowania wyjazdu ciężko było mi niekiedy znaleźć odpowiedzi na nurtujące pytania, więc może przyda Wam się trochę naszych informacji i porad.

Oprócz wcześniej wspomnianej wizy i paszportu, żeby wsiąść do pociągu potrzebujemy jeszcze tylko bilet. Możemy go kupić tradycyjnie na dworcu albo online, wtedy należy go wydrukować i pokazać prowadnicy przy wsiadaniu do pociągu.

35356449_2176706982343465_5176484341089304576_n

Warto mieć ze sobą kubki, sztućce i talerze turystyczne, łatwiej będzie przygotować posiłek. My kupiliśmy plastikowe talerzyki i kubki w markecie, sztućce mieliśmy ze sobą.

Może to i śmieszne, ale przydadzą się wygodne ubrania. Transsib to taki trochę hostel na kółkach, nikogo nie obchodzi jak wyglądamy i w co jesteśmy ubrani. Nikt nie ma na sobie stylowych spodni i wyprasowanej koszuli (a nawet jeśli, to zaraz po odjeździe pociągu pasażerowie mają w zwyczaju się przebierać). I do tego oczywiście klapki, które najbardziej przydają się do prysznica z butelki.

35362860_1740881345988381_7646297205820620800_n.jpg

Dla dziewczyn polecam serdecznie suchy szampon albo po prostu puder dziecięcy (używam do wszystkiego!), ponieważ jeśli prowizoryczny prysznic nie jest problemem, to jednak mycie długich włosów wodą z butelki nie jest najlepszym pomysłem.

Jeśli już jesteśmy przy czystości i porządku, ja zabrałam do plecaka malutki odświeżacz powietrza (z tych cienkich jak kartka papieru) i położyłam na półce w przedziale. Może zabawnie brzmi, ale pomogło mi to bardziej się zadomowić i czuć komfortowo.

Serdecznie polecamy zabrać również małe pamiątki z ojczyzny. Podarowanie czegoś z drugiego końca świata współtowarzyszom podróży to przemiły gest, który zawsze cieszy. Naszym kompanem był mieszkaniec Kamczatki, który na pożegnanie podarował nam magnesy na lodówkę ze swoich stron i serdeczne namawiał, żeby go kiedyś odwiedzić.

35328524_2176707462343417_7252368741076303872_n.jpg

Wszyscy mówią, że podróż koleją transsyberyjską można pokochać albo znienawidzić, nie ma nic pośrodku. Ja zdecydowanie należę do tej pierwszej grupy podróżników, aczkolwiek po wielu rozmowach z Marcinem doszliśmy wspólnie do wniosku, że następnym razem wybierzemy samolot. Powód jest tylko jeden — oszczędność czasu. Przez siedem dni można zobaczyć kawał kraju, niekoniecznie z okien pociągu. Następnym razem chcielibyśmy jednak zwiedzić więcej miast i zobaczyć tereny mniej zaludnione. Nie zmienia to jednak faktu, że podróż Transsibem jest jedyna w swoim rodzaju, warto chociaż raz w życiu ją przebyć i nie żałujemy ani sekundy spędzonej w pociągu.

35397010_1740952655981250_2604394883267428352_n.jpg

… A dla wszystkich, którzy planują taką podróż w przyszłości bliższej bądź dalszej, służymy pomocą!

Islandia po raz pierwszy!

Wracając z Afryki miałam już gdzieś z tyłu głowy początek planu na nasz listopadowy wyjazd na Islandię. Bilety już mieliśmy, przewodnik był w drodze… Coraz lepiej idzie mi przygotowywanie wyjazdów, co?

Z racji tego, że był to krótki, trzydniowy wypad, postanowiliśmy odpuścić sobie wynajmowanie samochodu, skupić się na zobaczeniu Reykjaviku i pobliskiego Golden Ring, co zapewniła nam wycieczka objazdowa.

P1020229.JPG

Około 11:20 wylądowaliśmy na lotnisku Keflavik, położonym od stolicy Islandii około 50 km. Tam, zaraz przy samym wyjściu mogliśmy kupić bilety na autobus, który odjeżdża do Reykjaviku mniej więcej co pół godziny. Ciekawym faktem było to, że nasz rejs był ostatnim przylotem tego dnia, wszystkie inne zostały przekierowane bądź odwołane z powodu sztormu. Warunki pogodowe rzeczywiście dały się nam we znaki. Zwiedzanie miasta w ulewę i silny wiatr nie należą do najprzyjemniejszych, ale podobno dla lokalnych nie ma w tym nic dziwnego. Cały dzień spędziliśmy próbując przechadzać się po uliczkach Reykjaviku, a generalnie skończyło się na chodzeniem od kawiarni do kawiarni, żeby w okolicach wieczornych zakopać się w hostelowej pościeli. Dla podróżników podobnych do mnie, takich, którym wiecznie jest zimno, bardzo przypasuje fakt, że w każdym domu/hotelu/restauracji na Islandii jest CIEPŁO. A wiąże się to z wykorzystywaniem wody termalnej, co powoduje bardzo niskie rachunki za wodę i ogrzewanie. Woda ta w Reykjaviku, a nawet prawdopodobnie w całej Islandii jest wyjątkowo miękka i skóra po niej jest niesamowicie gładka, można pić ją prosto z kranu, jest krystalicznie czysta i niczym nieskażona. Ma jednak jedną wadę (do której na szczęście po kilku dniach można się przyzwyczaić) a mianowicie, śmierdzi. Tak, potwierdzamy, wszystkie plotki na temat wody śmierdzącej siarką są absolutnie PRAWDZIWE.

Zajmijmy się jednak informacjami na temat Islandii i Islandczyków. Jest to mały kraj, z jeszcze mniejszą liczbą mieszkańców (trochę ponad 300 tyś.), tak więc na kilometr kwadratowy przypada około 3 ludzi. Walutą jest korona islandzka, której przelicznik na kwiecień 2018 wypada następująco 1 PLN = 29,50 ISK. Stolicą kraju jest Reykjavik, który liczy około 210 tyś. mieszkańców. Warto w tym momencie wspomnieć o Polskich akcentach na Islandii, ponieważ jesteśmy jedną z większych mniejszości narodowych w tym kraju. Dlatego właśnie w Reykjaviku można znaleźć polski sklep, a w każdym supermarkecie kupić Prince Polo.

img_5248.jpg

Sam Reykjavik zachwycił nas przede wszystkim swoim rozmiarem (całkiem malutkie miasto jak na stolicę) a także wszechobecnym porządkiem. Jego symbolem jest ogromny kościół luterański Hallgrímskirkja, którego wieżę (73 metry) można dostrzec ze wszystkich miejsc w mieście. Zbudowany został z bazaltu, inspirowany krajobrazem kraju. Przed kościołem stoi pomnik wikinga Leifa Eiríkssona, uważanego za odkrywcę Ameryki, zbudowany w 1930 roku.

P1020422

Polecamy także choć na chwilę zatrzymać się przy współczesnym pomniku “The Sun Voyager”, który symbolizuje pierwszych przybyszy na Islandii.

P1020565.JPG

Po dniu spędzonym na poznawaniu stolicy Islandii i chowaniu się przed sztormem wyruszyliśmy na poszukiwanie przygód. Wybraliśmy się na wycieczkę po tzw. Golden Ring, czyli Złotym Kręgu przepełnionym najważniejszymi atrakcjami turystycznymi okolicy Reykjaviku.

Zaczęliśmy od Parku Narodowego Þingvellir, położonym nad brzegiem największego jeziora w kraju Þingvallavatn. Założony został w 1928 roku, a jego powierzchnia wynosi 84 km². Obszar parku jest bardzo ciekawy przez jego budowę geologiczną, ponieważ właśnie tam łączą się dwie płyty tektoniczne północnoamerykańska i euroazjatycka. Widoki są tak cudowne, że nawet w niesprzyjającej pogodzie nie zachęcają do pośpiechu. Spacer po parku był dla nas bardzo relaksacyjnym doświadczeniem, świeże powietrze wypełniło nasze płuca a krajobraz nacieszył oczy.

P1020128P1020017P1020076P1020040P1020091P1010983P1010994

Kolejnym etapem naszej wycieczki był wodospad, a właściwie dwa “Złote Wodospady” Gullfoss, składające na dwie kaskady, 11 i 21 metrów. Zaskakującym faktem jest, że w ciągu 1(!) sekundy przepływa przez nie 400 m³ wody. Bardzo często w okolicach Gullfoss można zobaczyć tęczę, co tworzy jeszcze ciekawsze widoki. Muszę przyznać, że nawet późną jesienią było tam dość sporo ludzi, ale teren jest tak ogromny, że nie odczuliśmy tego aż tak bardzo.

IMG_5268.JPG

Ostatnim punktem na mapie tego dnia były gejzery. Wybraliśmy się do położonego niedaleko od Gullfoss Haukadalur, około 140 km od Reykjaviku. Jest tam kilka gorących źródeł o różnych kolorach i kształtach. Największą atrakcją był oczywiście wybuchający gejzer Strokkur, który mieliśmy okazję zobaczyć “w każdej porze roku” ponieważ pogoda zmieniała się tam dosłownie co kilka minut. Było to ciekawe doświadczenie, na kontynencie jeziorka czy źródła raczej nie wybuchają i nie mają temperatury ponad 75ºC.

P1020309blogP1020346P1020368P1020337P1020386P1020356

Po naszej wyprawie często zadawano nam pytanie, czy Islandia jest naprawdę taka droga? Tak więc odpowiadamy: może faktycznie nie jest to najtańszy kraj dla podróżników czy backpackersów, ale wszystko zależy od tego, jak się zorganizujecie. My zamiast hotelu wybraliśmy przepiękny hostel w skandynawskim stylu. Tam przygotowywaliśmy śniadania z produktów, które kupiliśmy w islandzkiej Biedronce, słynnym sklepie ze świnką – Bonus. Na kolację zajadaliśmy się niesamowicie sycącym Skyrem (co było dla nas ogromnym zdziwieniem: NAJEŚĆ SIĘ JOGURTEM?!), a na obiady wybieraliśmy narodową kuchnię islandzką. Serdecznie polecamy chłopaków z Icelandic Street Food gdzie mieliśmy okazję spróbować przepysznej tradycyjnej zupy z jagnięciną, która rozgrzała nas w mroźne popołudnie. A do tego na koniec poczęstowali nas domowym, babcinym ciastem z owocami leśnymi. Same wspaniałości!

IMG_5266

30709001_1679714105438439_1049530401862713344_n

IMG_5278.JPG

A wszystkim, którzy planują wprawę na Islandię mówimy: NIE CZEKAJCIE. Pakujcie manatki i w drogę. Islandia był to dla nas pierwszy kraj, do którego postanowiliśmy, że wrócimy w najbliższym czasie. I to wcale nie tylko dlatego, że pogoda nie pozwoliła nam zobaczyć zorzy polarnej. Snujemy wiele planów dotyczących nie tylko Reykjaviku i jego okolic a raczej całej wyspy.

Islandio, do rychłego zobaczenia!

Jezioro marzeń

Po mediolańskich smakowych szaleństwach postanowiliśmy wsiąść do pociągu byle jakiego i zobaczyć coś poza miastem. Po godzinnej podróży wysiedliśmy w Como, nad samym jeziorem.

img_3963.jpg

Dzień był wspaniały, słońce grzało nas w zmęczone od noszenia plecaków ramiona, wiatr muskał wykrzywione w uśmiech policzki, a myśli odpłynęły daleko od przyziemnych zmartwień, więc mieliśmy wszystko, czego potrzebowaliśmy.

Dla mnie, planującej wyjazdy, rezerwującej hotele żony, był to przede wszystkim moment, kiedy uwierzyłam, że to wszystko ma sens. Gdy doszliśmy nad samo jezioro i mogliśmy podziwiać cud natury, o którym czytaliśmy w wielu artykułach i książkach wiedziałam, że znalazłam swój sposób na życie, swoją pasję, którą obiecałam pielęgnować. Kiedy spojrzałam na Marcina, który emanował radością i ewidentnie podzielał moje zdanie na ten temat poczułam się najszczęśliwsza na świecie.

Bo co może być lepszego od poczucia, że osoba, z którą spędzę resztę życia została zarażona moją miłością do świata i podziela moje podróżnicze pasje?

my como.jpeg

Dzień spędziliśmy spacerując po wąskich uliczkach miasteczka i przesiadując na ławkach przy samym jeziorze. Como jest miejscem niesamowicie błogim i bardzo łatwo się nim zauroczyć. Z racji tego, że nie jest to najsłynniejsza miejscowość nad jeziorem, jest tu dużo mniej turystów, wszystko wydaje się spokojniejsze i bardziej kameralne, co dla nas było dla nas ogromnym atutem.

IMG_3989.JPG

Miasto można podziwiać także z innej perspektywy, udając się na przejażdżkę kolejką linową z Como do małego miasteczka Brunate. Znajduje się ono 715 m n.p.m. a wjazd na sam szczyt kosztuje około 6 euro. Jest to idealne miejsce na podziwianie panoramy jeziora i odwiedzenie miejscowych kawiarni bądź restauracji.

Co zobaczyć w Como prócz słynnego jeziora? Najważniejszym zabytkiem w mieście jest Katedra przy Piazza Duomo, której budowę rozpoczęto w 1396, zakończono w 1770 roku i jest uważana jest za ostatnią gotycką świątynię we Włoszech. Warto zwiedzić ją także w środku ze względu na ogromne okno rozetowe (ornament architektoniczny w kształcie róży, wypełniony witrażem).

28176118_1621616094581574_1942602671_n

Ja najbardziej zapamiętałam jednak tradycyjne, wąskie, typowo włoskie uliczki, w których mniej lub bardziej celowo zdarzało mi się zgubić, trochę pozaglądać do okien mieszkańców,  zobaczyć jak im się żyje.

IMG_4043

Uwielbiam obserwować ludzi, starać się określać typowe zachowanie dla danej nacji, czasami wyjątkowo stereotypowe, a innym razem zupełnie nowe i nigdzie niezanotowane. Jest to w pewnym sensie część mojej idei podróżowania, czyste poznawanie. Czasami nie mam ochoty oglądać kolejnego zabytku, aby “odhaczyć” go z listy. Ważniejszym elementem mojego, bo już chyba mogę tak to nazwać, hobby jest rozmowa, poznanie kilku słów w obcym języku, tworzenie wspomnień opartych nie tylko na tym, co widziałam a także na tym, co czułam. A wyprawa do Como bardzo dużo uczuć właśnie mi zaserwowała.

I z każdą wyprawą mam MAMY ich coraz więcej.

Wiosenny Mediolan

Przewodnik był, bilety były, względne przygotowanie też. Jednak jak zwykle zaskoczyła nas pogoda. Dziwnym trafem, nawet jeśli wszystkie aplikacje pokazują, że będzie słonecznie i około 30 stopni, ja wciąż nastawiam się na syberyjskie chłody. Dlatego też, moi kochani czytelnicy, oto bardzo wartościowa informacja: długie spodnie i sweterek NIE BĘDĄ WAM POTRZEBNE w Mediolanie w czerwcu.

Lądując w stolicy Lombardii warto dokładnie sprawdzić na jakie lotnisko się udajemy. Mediolan lotnisk posiada aż trzy, co jest dość pokaźną liczbą jak na tej wielkości miasto. Najbliżej centrum (7 km) znajduje się Linate, a dostać się tam można różnymi środkami komunikacji, od taksówki po metro. Drugim, oddalonym 48 km od centrum lotniskiem jest Malpensa. Można tam dojechać autobusem (12 euro w dwie strony) oraz pociągiem. Ostatnie, Bergamo (50 km od miasta) oferuje wygodne połączenia autobusowe i kolejowe, a podróż trwa około 50 minut.

Nocleg, jak w każdym większym mieście kieruje się zasadą: im dalej tym taniej. Z racji tego, że wszędzie można dojechać metrem, warto pokusić się o hotel/hostel nieco dalej od centrum miasta.

Jak było?

Poranek mieliśmy FE-NO-ME-NAL-NY. Zaraz po wyjściu z dworca byliśmy świadkami wypadku — tramwaj potrącił przechodnia. Następnie pobłądziliśmy nieco w drodze do centrum, a jak już tam dotarliśmy mój wieloletni kompan każdej podróży, czyli stary kompaktowy Lumix rozpadł się na kawałki po uderzeniu w kamienną posadzkę. Marcin obrócił wszystko w żart i zabrał na słynne włoskie Gelato, żeby pozbyć się mojego marudzenia i ocalić nasz wyjazd.

28309335_1621618227914694_1216982281_o.jpg

Zwiedzanie zaczęliśmy od Galerii Vittorio Emanuele II, miejsca gdzie każdy amator mody znajdzie coś dla siebie. Dla mnie jednak od drogich ubrań ważniejsza była architektura – zdobienia, szklany sufit, mozaiki na podłodze.

Zaraz po wyjściu z galerii naszym oczom ukazała się katedra Duomo di Milano, która stojąc samotnie na placu wydaje się jeszcze większa i robi ogromne wrażenie. Jej wielkość i umiejscowienie przypominało mi trochę Sofię i Sobór Aleksandra Newskiego. Aby wejść na dach najlepiej udać się tam w godzinach porannych, ponieważ później spotkać się można z długimi kolejkami.

W drodze do słynnego zamku Sforzów warto zahaczyć o Via dei Mercanti, ulicę która zachwyca wieloma zabytkami. W okolicy samego zamku (do którego wejście jest bezpłatne) znajduje się ogromna fontanna, przy której spotykają się mieszkańcy Mediolanu.

Nam bardzo spodobał się swego rodzaju deptak przy kanale Naviglio Grande, robi wrażenie szczególnie wieczorową porą, kiedy kwitnie mediolańskie nocne życie.

Czego nie można pominąć podczas zwiedzania Mediolanu? Wspaniałej włoskiej kuchni!

Kilka dni przed wyjazdem Marcin, jako ogromny fan kuchni włoskiej, wziął na poważnie poszukiwanie restauracji, w której po raz pierwszy będzie nam dane spróbować prawdziwej pizzy. Po przeszperaniu zakamarków internetowych rekomendacji padło na Mr Panozzo i muszę przyznać, że był to strzał w dziesiątkę. Pizza była przecudowna, ale najbardziej chyba ujęła nas domowa atmosfera. Po wejściu do malutkiej restauracji przywitał nas sam właściciel, który zapytał skąd jesteśmy i podał anglojęzyczne menu. Ściany obwieszone były rysunkami gości z całego świata, od Brazylii po Nową Zelandię. Po zjedzeniu dania głównego dostaliśmy kilka słodkich naleśników, a na koniec właściciel poczęstował nas Limoncello na dobre trawienie.

28217913_1621618084581375_447245793_o

Kolejnym miejscem, które odwiedziliśmy była Muzza Cafe, niedaleko stacji metra Istria. Uwielbiamy ten typ kawiarenek, przepełniony mieszkańcami Mediolanu, patrzącymi na turystów z lekkim zdziwieniem. Mieliśmy spędzić tam tylko chwilę, zjeść śniadanie i kierować się w stronę dworca, jednak skusiliśmy się na rogale z kremem pistacjowym, które zatrzymały mnie tam niemalże na zawsze.

28275415_1621616231248227_1705236390_o

28170922_1621616207914896_2102810624_o

Odnoszę wrażenie, że nasz pierwszy wspólny wyjazd do Włoch skupił się przede wszystkim na jedzeniu (jakby to była jakaś wielka niespodzianka). Na pewno wrócimy do tego kraju, niekoniecznie jednak do Mediolanu, bo nie jest to miasto w naszym typie. Jestem przekonana, że słoneczna Italia ma jeszcze wiele do zaoferowania.

Sofia nieplanowana

Bilety do Sofii kupiłam całkiem przypadkiem. O Bułgarii i jej stolicy wiedziałam bardzo mało. Znałam walutę, wiedziałam, że język pisany jest czymś na wzór cyrylicy i potrafiłam nazwać kilka głównych miast. Przed samym wyjazdem udało mi się jednak całkiem dobrze przygotować. Poczytałam nieco o historii tego kraju, co warto zobaczyć i co zjeść. Zainteresował mnie także temat tamtejszego folkloru.

W marcu wsiedliśmy w samolot i udaliśmy się w kolejną podróż w nieznane. Lotnisko w Sofii przypomina trochę warszawskie Okęcie z lat dziewięćdziesiątych, trochę kwiatów, kilka drewnianych ławek i okienko do zamawiania taksówek przedstawia stolicę Bułgarii jako miasto, które zatrzymało się gdzieś przy końcu dwudziestego wieku i tak już zostało. Do hotelu dostaliśmy się taksówką. Po wypakowaniu wszystkich rzeczy i przebraniu się w lżejsze ubrania (znowu zaskoczyło nas ciepło) udaliśmy się w stronę centrum. Po raz kolejny poczuliśmy się jak w domu. Bloki z wielkiej płyty, balkony pomalowane w najróżniejsze kolory, małe osiedlowe sklepiki.

Przedmieścia Sofii wyglądają trochę jak każde polskie miasto. 


Zwiedzanie zaczęliśmy od najsłynniejszego zabytku Sofii, czyli Katedry Aleksandra Newskiego. Wzniesiona na cześć rosyjskiego cara Aleksandra II w XIX w. jest główną świątynią kościoła prawosławnego w Bułgarii. Mnie zachwyciła ona przede wszystkim swoim ogromem, co potęguje jeszcze brak wysokich budynków wokół niej. Wydaje się być także swego rodzaju symbolem zawiłości bułgarsko-rosyjskiej, freski wewnątrz katedry zostały stworzone przez artystów z obydwu krajów. Tuż przy katedrze znajduje się krypta wypełniona ikonami świętych.

IMG_3303

Kolejną świątynię, ukrywającą się wśród miejskiego zabudowania, łatwo jest przeoczyć. Cerkiew Bojańska, bo o niej mowa, ma bardzo duże znaczenie dla mieszkańców Sofii. Pochodząca ze średniowiecza, ozdobiona freskami z 1259 roku, została wpisana na listę UNESCO. Warto poświęcić również chwilę dla cerkwi Św. Mikołaja, która przypomina nieco styl świątyń moskiewskich.

Sofia kryje w sobie także pozostałości starożytnych budowli, co można obejrzeć w samym centrum miasta, a mowa tu o pozostałościach rzymskiej Serdiki. W okolicach Rotundy Św. Jerzego, przy której warto zatrzymać się by obejrzeć freski z IX w. p.n.e. obowiązkowo należy zobaczyć muzeum archeologiczne, by poznać historię miasta bardziej dogłębnie.

P1150951.JPG

Ja, jako pasjonatka wszystkiego, co folkowe i tradycyjne, do “sofijskiego must see” dodałabym również Muzeum Etnograficzne. Wszystkie stroje, wzory i hafty są niesamowicie piękne i interesujące. Mimo, że różnią się nieco od naszych tradycyjnych ubiorów, kolory są bardziej stonowane, skupione na czerni i odcieniach czerwieni, przez moment znowu poczułam się jak w domu. Bułgaria, tak samo jak i Polska, ma niesamowicie długą i ciekawą tradycję folklorystyczną, którą starają się celebrować i przekazywać kolejnym pokoleniom.

P1160079.JPG

A na koniec deser!

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o jedzeniu. A jest o czym wspominać! Z racji tego, że jedna z moich koleżanek pochodzi z Sofii, byłam całkiem nieźle przygotowana na wycieczką po lokalnych restauracjach. Pierwszą, o której trzeba wspomnieć jest Shtastliveca, która znajduje się na głównej ulicy handlowej w Sofii — Bulwar Witosza. W restauracji zaskoczyło nas wszystko, od jedzenia po wystrój.

P1160105.JPG

Drugą restauracją, z tradycyjnym bułgarskim jedzeniem jest Manastirska Magernitsa która wygląda nieco jak kolejne muzeum etnograficzne, jest pełna strojów ludowych i historycznych pamiątek. Jako przystawkę dostaliśmy chleb z przyprawami, bardzo ciekawie podany i wspaniale smakujący. Następnie mieliśmy okazję skosztować różnych bułgarskich potraw, moją ulubioną został kurczak po carsku. Na koniec oczywiście spróbowaliśmy domowych deserów.

P1160044

Bułgaria jest to kraj, który ma wiele do zaoferowania, jest interesujący pod wieloma względami i każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Sofia zwróciła naszą uwagę na inną, mniej znaną część Europy, dlatego obiecaliśmy sobie, że na pewno wrócimy jeszcze w te strony.

Barcelona znaczy jedzenie

Pierwsza rzecz o której myślę gdy wspominam naszą wyprawę? Plaża? Słońce? Piękno architektury? Nie!

Barcelona kojarzy mi się przede wszystkim ze wspaniałym hiszpańskim jedzeniem. Ogrom potraw, które mnie urzekły jest nieskończony.

Jedliśmy dosłownie wszystko i wszędzie. Niemalże każda napotkana knajpka oferuje coś smacznego. Zacznijmy jednak od słynnego targu La Boqueria. Jest opisywany w przewodnikach i zachwalany w internecie jako podróżnicze “must see” Barcelony. I w 100% to potwierdzamy. Kolorystyka świeżych owoców i warzyw cieszy oczy od samego wejścia, już od patrzenia poczuliśmy jacyś… Zdrowsi. Do tego dochodzi ogrom ryb i owoców morza, które można napotkać z każdej strony, suszone owoce, dziesiątki rodzajów oleju z oliwek, win, serów i tradycyjnych hiszpańskich wędlin. Staraliśmy się spróbować jak najwięcej się dało.

P1150812.JPG

P1150828

P1150829.JPG

Jeżeli chcecie poczuć się jak lokalni i spróbować dobrego hiszpańskiego piwa, warto a wręcz NALEŻY wybrać się do Bar Roure. Nie znajduje się on w samym centrum Barcelony, dlatego obsługa patrzy na turystów z lekkim zdziwieniem, co jednak wywarło na nas pozytywne wrażenie. O samej miejscówce dowiedzieliśmy się z bloga Wrocławskie Podróże Kulinarne  za co Autorowi serdecznie dziękujemy.

W Roure nie było rodzaju tapas, które by nas w choćby małym stopniu rozczarowało. Ja jednak mam swojego faworyta: krewetki w czosnku to dla mnie zdecydowane numer jeden. Niestety jedyne zdjęcie jedzenia jakie mamy wygląda następująco (co jest wspaniałym dowodem na to, że nam SMAKOWAŁO):

P1150784.JPG

P1150785.JPG

Cóż, jeśliby dodać do tego wszystkiego słynną Paellę, to post staje się kompletny. Wywodząca się z Walencji potrawa od pierwszego kęsa zawładnęła naszymi kubkami smakowymi do tego stopnia, że po powrocie kupiliśmy naczynie do przyrządzania jej w domu i jesteśmy w trakcie doskonalenia naszych kulinarnych umiejętności. Paella Marinera ma w składzie wszystko to, co najlepsze: ryż, szafran i owoce morza. Podobno najlepiej gotować ją na płonącym drewnie tak, żeby powstała socarrat — chrupiąca skórka na wierzchu potrawy.

P1150903

Barcelonę polecamy wszystkim miłośnikom wysokich temperatur, słońca i wspaniałej kuchni.