Jak się pakować, żeby nie zwariować?

Już na samym początku zaznaczę, że ani ja ani Marcin do mistrzów pakowania nie należymy. Muszę jednak przyznać, z wyjazdu na wyjazd idzie nam to coraz lepiej, wszystko jest dużo bardziej zorganizowane, a przestrzeń w plecakach logistycznie podzielona i zapełniona. I bardzo mnie to cieszy.

Pierwszy plecak, który pakowaliśmy na jeden z naszych krótkich wyjazdów był wypełniony absolutnie po same brzegi. Kilka sweterków i spodni, gruba piżama i dodatkowe buty zajęły niesamowicie dużo miejsca, były niepotrzebnym ciężarem a co najgorsze, w ogóle się nie przydały. Czego więc unikać, a co rozważnie przygotować przed wyjazdem? Oto kilka naszych sprawdzonych zasad.

Plecak jest lepszy od walizki

Czy naprawdę muszę kogoś jeszcze przekonywać? Plecak można zabrać w teren, nie nosisz go niewygodnie raz w jednej, raz w drugiej ręce. Przy aktualnej polityce bagażowej tanich linii lotniczych na plecak nie zostanie zazwyczaj nałożona dodatkowa opłata i spokojnie można zabrać go na pokład, co oszczędza czas w miejscu docelowym: nie musicie czekać, aż bagaż zostanie wyładowany na taśmę w hali bagażowej. Wszystko, czego potrzebujecie macie zawsze w zasięgu ręki: leki, bluzę, okulary przeciwsłoneczne. Wygodny plecak to podstawa (o ich rodzajach napiszę w osobnym poście), na krótkie wyjazdy ja zdecydowałam się na firmę Roxy, Marcin na Wisport, natomiast na długie wyprawy obydwoje kupiliśmy słynne i NIEZAWODNE plecaki marki Deuter.

44439566_883459128524342_4021527829438005248_n (1)

Sprawdzamy pogodę przed wyjazdem

Dobrze wiecie, że ja jestem mistrzem w sprawdzaniu tego właśnie czynnika, szczególnie jeżeli chodzi o krótkie wyjazdy. Jednak nie jestem zbyt ufna wszelkim aplikacjom, dlatego zawsze kończę z jednym swetrem za dużo. Warto jest jednak wiedzieć, czy należy nastawić się na deszcz i zabrać ze sobą kurtkę, czy jednak wystarczy nam lekka bluza na chłodniejsze wieczory.

P1020715.JPG

Robię listę potrzebnych rzeczy

Nic tak nie pomaga jak sprawdzona ściąga z kilkoma obowiązkowymi rzeczami, które w plecaku znaleźć się muszą. Najczęściej robię ją już kilka dni przed wyjazdem, żeby co trochę dopisywać ważne podpunkty. Wieczorem przed wylotem robię zdjęcie przed spakowaniem plecaka, żeby po powrocie ocenić, co kompletnie się nie przydało, a co mogłam dorzucić. To naprawdę działa!

img_4733.jpg

Ubrania i buty

Jest to zdecydowanie jeden z najważniejszych aspektów każdej podróży. Ubrania muszą być nie tylko wygodne, niegnące i jak najlżejsze ale także, a może nawet przede wszystkim, obowiązkiem w tej materii jest dobra jakość. 100% bawełny to podstawa. Zdajemy sobie sprawę, że w danej koszulce spędzimy cały dzień, a dobre skarpetki zapewnią nam wygodę w chodzeniu i umożliwią spacer bez odcisków podczas kolejnych dni wyprawy. Jeżeli chodzi o buty: zawsze staramy się opierać na wzorze 2+1 czyli dwie pary butów plus klapki. Póki co świetnie się sprawdza.

Jeżeli jesteśmy już przy temacie ubrań: zawsze bierzemy ze sobą worek na brudne rzeczy, nie jest to zwykła reklamówka, a raczej dobrze skrojona torba, do której pakujemy popularne “brudy”. Podczas długich wyjazdów staramy się oczywiście robić pranie, dlatego w naszych plecakach znajdziecie płyn do prania i linkę z paracordu, na której suszymy ubrania i ręczniki (te drugie koniecznie z mikrofibry). Oczywiście lepszym wyjściem jest hostel, który posiada zarówno pralkę jak i suszarkę (w szczególności przy krótkich pobytach ułatwia to życie) jednak pośrodku safari byłam skazana na pranie ręczne.

P1000441.JPG

Była moda, co z urodą?

Jak powszechnie wiadomo, w długich podróżach ciężko o czas i ochotę na makijaż i kobiecość, jednak ja zawsze mam przy sobie podstawowe, jak to mówię,  “dziewczęce atrybuty”. Pierwszym z nich jest popularny tangle teezer w wersji mini, który zmieści się wszędzie i rozczesuje moje włosy po całym dniu w warkoczu. Staram się brać ze sobą te produkty, których używam na co dzień, moja skóra przyzwyczajona jest do swego rodzaju rytuału i już po kilku dniach bez porządnego nawilżania wygląda bardzo źle. Krem na dzień, na noc i pod oczy to obowiązek. Do tego minimalny makijaż, krem bb, mascara i paleta cieni (polecam tę od Maxineczki 🙂 ) Mydło, które przydaje się w każdej sytuacji; sudocrem na wszelkiego rodzaju odparzenia i ugryzienia a także mini zestaw z pilnikiem do paznokci: to zawsze znajdziecie w moim plecaku. Oraz hit każdego wyjazdu: puder dla dzieci. Świetnie sprawdza się w swojej oczywistej funkcji, jako zasypka do ciała, jednak ma wiele innych podróżniczych zastosowań. Ja używam go także jako pudru do twarzy (bardzo cieniutka warstwa) i jest wspaniałą alternatywą dla suchego szamponu.

Prócz tego zawsze pakujemy oczywiście rolkę papieru toaletowego i mokre chusteczki oraz podręczną apteczkę. Mamy w niej kilka plastrów i bandaży, wodę utlenioną w postaci wacików oraz najpotrzebniejsze leki: coś na ból głowy, coś na biegunkę i kilka innych specyfików (plus leki, które regularnie przyjmujemy).

P1000449

A Marcin? Z reguły zajmuje się sprawami technicznymi.

U niego w plecaku zawsze znajdę power banki, kable i przejściówki oraz parę słuchawek. On też odpowiedzialny jest za moje linki na pranie i sztućce (które zawsze bierzemy ze sobą w razie “W”). Gdzieś na dnie plecaka chowamy kserokopie naszych paszportów i wiz, a także wszystkie potwierdzenia noclegów, wynajmu samochodu, biletów na poszczególne środki transportu oraz polisę ubezpieczeniową. Marcin często pakuje ze sobą latarkę, bo jej właśnie najbardziej brakowało nam podczas pobytu w Tanzanii.

P1160417.JPG

Jak już wszyscy zapewne wiecie: typowy ze mnie planer. Dlatego zawsze biorę przewodniki ze swoimi notatkami, żeby wiedzieć, gdzie koniecznie musimy iść i co zobaczyć. W podróży towarzyszy mi też dobra książka, zazwyczaj w formie tradycyjnej, jednak gdy jedziemy na dłużej stawiam na e-booki. I notatnik! Chętnie zapisuję ciekawe fakty i porady, żebym mogła się kiedyś podzielić tymi informacjami z innymi. A czego nigdy ze sobą nie biorę? Biżuterii. Nie kuszę losu, w czasie podróży nie potrzebuję obrączki na palcu i łańcuszka na szyi. Jedyne, co nosimy to bransoletki, które były z nami dosłownie wszędzie.

44486068_2210015485932930_8536489393358110720_n.jpg

Muszę przyznać, że podróże wiele nas nauczyły. Nie tylko geografii i historii a także faktu, jak mało jest człowiekowi potrzebne, żeby przeżyć i świetnie się bawić. Zawartość plecaka jest naprawdę względna, nawet jeśli czegoś zapominamy, a zdarzyło się to już kilkakrotnie, to świetnie sobie z tym radzimy.

Prosty przykład:

Jesteśmy już na lotnisku w drodze do Szwajcarii, pytam Marcina czy wziął aparat.

– Oczywiście, że wziąłem, wszystko jest w plecaku! – odpowiada szybko mój mąż i żwawym krokiem maszeruje w stronę samolotu.

– A baterię do niego, która ładowała się na biurku też masz?

– Nie. – i w tym momencie właśnie zaczęła się kolejna przygoda.

Bo w podróży trzeba sobie jakoś radzić!

Krótka historia o tym, jak rosyjska kuchnia skradła nasze serca

Przez żołądek do serca, jak mawia przysłowie. Co prawda Rosja do serca trafiła dużo wcześniej niż jej narodowe potrawy, jednak spróbowanie ich jeszcze umocniło moją więź z tym krajem. Kiedy planowaliśmy nasz wymarzony wyjazd na wschód mama powiedziała mi, że znając moje upodobania kulinarne jest święcie przekonana, że będę jeść wszystkie potrawy “pierogopodobne”. I nie myliła się. W każdej restauracji padało pytanie: “A pielmieni u was jest?” 🙂

Dlatego naszą kulinarną opowieść zacznę właśnie od wszystkich dań, które mniej lub bardziej kojarzą się z tradycyjnymi polskimi pierogami.

PIELMIENI

Są to malutkie pierogi (coś w rodzaju naszych uszek), nadziane głównie farszem mięsnym. Podawane są na dwa sposoby w bulionie bądź bez, mnie zdecydowanie bardziej przypadła forma sucha, choć odrobina śmietany jest jak najbardziej wskazana. Starałam się spróbować kilka rodzajów tej wspaniałej potrawy, najbardziej jednak zasmakowały mi te z nieco hipsterskiej knajpki w centrum Moskwy. LEPIM I VARIM, bo tak właśnie nazywa się to miejsce, jest rajem dla każdego szanującego się fana pielmieni. Wybór jest ogromny, do tego można zamówić domowe sałatki, desery i kompot, ale najfajniejsze jest to, że przy ladzie stoją rosyjskie gospodynie domowe, które lepią pielmieni na naszych oczach.

37242383_2228408700506626_6724471686499926016_n37244580_1787281534681695_6334468473971802112_n37200285_2228408817173281_9068151390496358400_n

Pielmieni jest to danie znane w Rosji od dawien dawna, a ich receptura przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Ciasto na pielmieni powinno być wykonane z wody i mąki, a farsz, w przeciwieństwie do pierogów, powstaje z surowego mięsa. Na Syberii nierzadko można usłyszeć legendę o dwóch kupcach, którzy założyli się o to, kto będzie w stanie zjeść więcej pielmieni na raz. Historia kończy się niestety tragicznie, ponieważ obaj umierają z przejedzenia.
37193410_2228412983839531_2484259232044548096_n

CHINKALI

Mimo, że chinkali to potrawa przede wszystkim gruzińska, dostępna i ogólnie znana jest również w Rosji. Z wyglądu przypominają sakiewki, zrobione są z nieco grubszego ciasta niż pielmieni, a to dlatego, że oprócz farszu z mięsa w środku znajduje się także bulion. Okazuje się, że umiejętne ich jedzenie jest niezłym wyzwaniem! Należy złapać za “grubszy koniec”, po ugryzieniu wyssać rosołek, a dopiero później zjeść resztę.

37228649_2228410573839772_970387494765854720_n

WARENIKI

Ten rodzaj pierogów jest bardzo popularny również na Ukrainie. Zarówno przygotowanie, jak i wygląd przypomina polskie danie, aczkolwiek często przyrządzane są one na parze zamiast wrzucania do wrzątku. Farsz to zazwyczaj mięso bądź ziemniaki z serem, często spotkać można również wareniki na słodko.

37256960_1787281634681685_3168663795375538176_n

MANTY

Manty zrobiły nam pyszną niespodziankę na lotnisku w Moskwie. Z racji tego, że znajduje się tam uzbecka restauracja, postanowiliśmy spróbować i tamtejszej kuchni. Manty jest to coś pomiędzy pierogami a chinkali, podaje się je z sosem pomidorowym bądź czosnkowym i oczywiście ze śmietaną.

PIROŻKI

Mimo, że nazwa kojarzy się z polską potrawą, nie dajcie się zmylić! Pirożki jest to coś w rodzaju bułki drożdżowej z farszem z mięsa bądź kiszonej kapusty. Z wyglądu przypominają nieco pączki, ponieważ smażone są na głębokim oleju.

35348582_2176709529009877_3712176032485212160_n

Dla mnie pierogów nigdy za wiele, podejrzewam jednak, że chcielibyście wiedzieć również co w Rosji jadł mój mąż, ponieważ jego posiłki były bardziej zróżnicowane. 🙂

Dzień zaczynaliśmy od odwiedzenia pobliskiej piekarni i kubka mocnej, rosyjskiej kawy. Jako, że w hostelach rzadko jest możliwość wykupienia śniadania, zawsze staraliśmy się obejść okolicę, żeby przygotować się na poranny głód. Na szczęście w Rosji, jak i w Polsce, jest mnóstwo świetnych piekarni, które z całego serca uwielbiamy.

37190761_1787282438014938_7422286353204772864_n37200795_1787281961348319_1350352329341140992_n.jpg

Bardzo chętnie jedliśmy również zupy. Rosjanie mają kilka swoich specjałów, których nie sposób pominąć w kulinarnej wędrówce. Jedną z nich jest królowa wszystkich zup, czyli słynna Solianka, która przez lata żywiła rosyjskich chłopów. Jest to bardzo pożywna potrawa, oparta na mięsnym wywarze, często z dodatkiem boczku bądź słoniny. Wyczuć można sporą ilość ziół i pieprzu, dodaje się do niej czasami także kwas chlebowy, sok z cytryny a nawet wodę z kiszonych ogórków lub kapusty. Oczywiście niezbędna jest również łyżka śmietany i kromka chleba. Dla mnie, fanki kwaśnych zup, zdecydowany numer jeden.

37223515_2228408317173331_3716570419684179968_n37225223_2228408207173342_36632909938950144_n

Prosta zupa, do której można wrzucić wszystko, co mamy w lodówce i ogrodzie, a na koniec jeszcze dogotować trochę kaszy, to najlepszy sposób na opisanie Szczi. W smaku przypomina mieszankę zupy jarzynowej i kapuśniaku, rozgrzewa wspaniale w chłodne dni i świetnie radzi sobie z przeziębieniem.

37229518_2228412680506228_4423167628789415936_n

A teraz zupa, której spróbowania najbardziej się bałam: Ucha, czyli zawiesista zupa rybna. Przyrządza się ją z kilku rodzajów ryb, gotuje się je najczęściej z głową, co wzbudzało moje obawy. Do ryby dodaje się cebulę, seler i pietruszkę, czasami także cytrynę i koperek. My jedliśmy wersję z ziemniakami. Przyrządzana na ogniu, po wietrznym spacerze nad Bajkałem smakowała wyśmienicie (nawet z głową ryby patrzącą na mnie z miski…).

P1030634P1030635

Ciekawym miejscem, w którym udało nam się zjeść obiad była restauracja w Bunkrze 42, o którym pisałam przy okazji zwiedzania Moskwy. Miejsce to było urządzone w stylu rosyjskich lat siedemdziesiątych a menu (podobno) opierało się na ulubionych potrawach przywódców Rosji. Miałam tam okazję zjeść kotlet pożarski, czyli coś w rodzaju kotleta mielonego, podany oczywiście z ziemniakami i surówką.

37225846_2228411143839715_4344869498810007552_n37241392_1787283551348160_8940138163662225408_n37246837_2228411047173058_2592244158794039296_n

W Irkucku z kolei, zajadaliśmy się plackami ziemniaczanymi ze śledziami. Może dziwne połączenie, ale bardzo smaczne. Restauracja RASSOLNIK zaskoczyła nas przede wszystkim słynnymi cukierkami Irys (nie wiedziałam, że jeszcze je produkują) a także “sowiecką lemoniadą”.

37227491_1787286368014545_6682104939386241024_n.jpg37357219_2228414273839402_6492709942628188160_n

A jak było z jedzeniem w Transsibie? Prócz suchego prowiantu wybraliśmy się kilka razy do wagonu restauracyjnego. Nie było tam może żadnych specjałów, ale ciepły posiłek po serii kanapek z serkiem i pomidorem to naprawdę rarytas.

37190708_2228413693839460_432304693318778880_n37197231_1787284508014731_7419233786803519488_n37208230_1787284464681402_7184868107339431936_n37233534_1787284588014723_5502900214907797504_n

A na deser raczyliśmy się głównie lodami z moskiewskiego GUMa (Gosudarstwiennyj Uniwiersalnyj Magazin). Ciekawym jest fakt, że z jednej strony są to lody “na gałki”, z drugiej jednak były one już nałożone do wafelków i przygotowane do sprzedaży. Prócz tego zjedliśmy również kilka wspaniałości we wcześniej wymienionych restauracjach, Marcin kupował rurki z kremem na trasie kolei transsyberyjskiej, a ja zostałam fanką OGÓRKOWEGO Sprite. A oto dowody:

37213237_1787283814681467_5116449795031957504_n37200825_2228410673839762_4706503838167728128_n37220763_1787284274681421_8001552341922742272_n.jpg37303499_2228410803839749_8834724092666970112_n37210376_1787286641347851_2375312601987940352_n

I tym właśnie słodkim akcentem żegnamy Rosję z obietnicą, że jeszcze nie raz tam wrócimy. Teraz kolej na poszukiwanie przygód w Ułan Bator i przemierzanie mongolskich stepów.

Relacja już wkrótce!

Moskiewskie przygody, czyli Transsibu część pierwsza

Każdy ma takie miejsce, do którego chciałby się kiedyś wybrać. Jedni pragną rajskich plaż, inni wysokich gór a ja od zawsze chciałam zobaczyć Moskwę. Wyjazd do Rosji potraktowałam jako spełnienie marzenia, na które czekałam prawie całe moje życie (prawdopodobnie już od momentu nałogowego oglądania “Wilka i Zająca”). Zafascynowana tym krajem i językiem już jako nastolatka zaczytywałam się w rosyjskiej literaturze i chłonęłam ciekawostki historyczne. I pewnie także dzięki temu skończyłam na rusycystyce, co spowodowało, że Moskwa była dla mnie swego rodzaju “świętym graalem”.

P1030084

Do wyjazdu przygotowywałam się już miesiące przed, czytałam reportaże i przewodniki, zagłębiałam się w historię kraju, chciałam wiedzieć jak najwięcej, żeby przekazać Marcinowi informacje i zarazić go moją miłością do największego kraju świata. Post o Moskwie był dla mnie najtrudniejszy do napisania, nie miałam pojęcia od czego zacząć, na czym skupić się bardziej a co zupełnie pominąć. Każda chwila spędzona w tym mieście była dla mnie tak samo ważna i z ręką na sercu przyznaję, że stolica Rosji mnie nie zawiodła, wszystkie moje wyobrażenia i oczekiwania okazały się być rzeczywistością.

P1030141.JPG

Zacznijmy jednak od początku, czyli od wizy. Spodziewałam się, że aplikacja będzie bardziej skomplikowana, jednak proces był wyjątkowo krótki i w miarę łatwy. Do punktu wizowego przy ambasadzie Federacji Rosyjskiej (w naszym przypadku w Londynie) musieliśmy udać się z kompletem dokumentów: paszport, wniosek ze zdjęciem, bilety lotnicze, rezerwacje hotelowe, potwierdzenie ubezpieczenia a także tzw. tourist voucher, który za dodatkową opłatą wystawił nam hostel. W samej ambasadzie musieliśmy tylko złożyć aplikację i oczywiście za nią zapłacić. Zamiast odbioru osobistego zdecydowaliśmy się na przesyłkę pocztową, co sprawiło, że koszt całej wizy był nieco wyższy. Po pięciu dniach otrzymaliśmy paszporty z upragnioną naklejką.

34308036_2160538387293658_9007974461978181632_n.jpg

Spakowani i żądni wrażeń wsiedliśmy do samolotu do Rygi, gdzie zostaliśmy na jedną noc, żeby kolejnego poranka udać się prosto na Szeremietiewo. Tam kupiliśmy bilety na pociąg łączący lotnisko z dworcem Białoruskim. Podróż trwała niecałą godzinę a bilet kosztował 500 rubli. Tym sposobem znaleźliśmy się w centrum miasta.

Naszą wycieczkę po Moskwie zaczęliśmy w sobotę 5 maja i muszę przyznać, że nie spodziewałam się aż tak zawziętych przygotowań na Dzień Zwycięstwa, który odbywa się cztery dni później, 9 maja. Mauzoleum Lenina, które bardzo chciałam odwiedzić, było już niedostępne dla zwiedzających, całe szczęście udało nam się jeszcze zobaczyć Sobór Wasyla Błogosławionego i Kreml, bo dzień później i to było już ogrodzone. Rosjanie bardzo poważnie traktują Dzień Zwycięstwa, można śmiało stwierdzić, że jest to największe święto narodowe we współczesnej Rosji. Podczas przygotowań Moskwa wydawała się nieskazitelnie czysta, co zastanawia nas, czy tak jest tam na co dzień, czy może jest to także część obchodów 9 maja.

P1020967.jpg

Zwiedzanie stolicy zaczęliśmy jak standardowi turyści od Placu Czerwonego, okolic Kremla, Soboru Wasyla Błogosławionego, czyli Moskiewskiego “must see”. Zdjęcie przed Soborem także musiało zostać zrobione, jak na turystę przystało: rozwiane włosy i siad skrzyżny, a oto dowód:

P1020998.jpg

Jednak sztandarowe zabytki Moskwy, to tylko wierzchołek góry lodowej podczas jej zwiedzania. Miasto jest swego rodzaju nosicielem dziedzictwa Rosji, tego architektonicznego, artystycznego i muzycznego. Na każdym kroku spotykamy pomniki znanych rosyjskich twórców, wszędzie umieszczane są tablice upamiętniające wielkich Rosjan, natrafiamy także na domy pisarzy i kompozytorów. Po prostu raj dla każdego rusycysty.

P1030352

Co więc warto zobaczyć w Moskwie? Punktem na mapie, który musieliśmy odwiedzić były Patriarsze Prudy, czyli miejsce, które każdy fan Bułhakowa powinien kojarzyć. To właśnie tam zaczęła się akcja “Mistrza i Małgorzaty” (kto czytał, ten wie). Tuż przy wejściu na skwer stoi znak, który przedstawia Wolanda, Korowiowa i Behemota z podpisem “Zabrania się rozmawiać z nieznajomymi”.

dfgxfsd

Ciekawym miejscem, które zdecydowanie polecamy jest Bunkier 42, wybudowany na polecenie Stalina, mający na celu ochronę w przypadku ataku bronią nuklearną, oddany do użytku w 1956 roku. Obecnie w jednej z części schronu mieści się Muzeum Zimnej Wojny dostępne dla turystów, obok jest restauracja, a dwie pozostałe części są zamknięte. Na teren bunkru można wejść jedynie z przewodnikiem, cena biletu to 2200 rubli (dla innostranców).

P1030161.jpg

Bunkier umieszczony jest 18 pięter pod ziemią, otoczony pięcioma metrami betonu oraz metrem ołowiu i stali. Spacer po korytarzach i oglądanie ekspozycji jest bardzo ciekawe, można dowiedzieć się wielu informacji, których nie było w żadnym przewodniku. Jedynym z etapów wycieczki była wizualizacja zrzucenia bomby atomowej, czyli naciśnięcia przysłowiowego czerwonego guzika, do której oczywiście zgłosił się Marcin.

34133892_2160581973955966_7817814250885218304_n (1).jpg

Najlepszym momentem zwiedzania jest jednak sam koniec, jednak tajemnicy nie zdradzę, musicie przekonać się o tym na własnej skórze!

Moskwa jest miejscem, gdzie niemalże na każdym kroku, w każdej części miasta można dostrzec Pałac Kultury i Nauki, a raczej budynki podobne do niego, a jest ich w stolicy Rosji aż siedem. Wybudowane zostały w latach 1947-53, a mieszkańcy Moskwy nazywają je “stalinowskimi wieżowcami” (сталинские высотки).

P1030152.JPG

Mieliśmy okazję także zobaczyć Sobór Chrystusa Zbawiciela, największą świątynię prawosławną na świecie. Historia jej przepełniona jest zwrotami akcji. W 1812 roku car Aleksander I  podpisał zgodę na wybudowanie cerkwi w Moskwie, jako votum dziękczynne za uratowanie kraju przed najazdem napoleońskim. Twórcą projektu był Wittberg, jednak przez nieukończenie prac na czas skazano go na zesłanie. Budowę przejął Konstantin Thon, który zmienił nieco styl soboru, ku uciesze ówczesnego imperatora Mikołaja I. W 1883, czyli po siedemdziesięciu latach udało się wreszcie świątynię poświęcić. Jej świetność nie trwała jednak długo, ponieważ po niecałych pięćdziesięciu latach, w 1931 roku władze komunistyczne zatwierdziły wniosek o jej wyburzeniu, a na jej miejscu, w 1958 roku wybudowano BASEN. W 1994 podjęto decyzję o odbudowaniu soboru, dzięki czemu teraz możemy podziwiać jego wierną kopię.

P1030076.JPG

 

Po obejrzeniu cerkwi udaliśmy się na obrzeża miasta, żeby zobaczyć słynny targ Izmaiłowski. Nie byliśmy do końca pewni czego się spodziewać, opinie o tym miejscu są bardzo różne. Market okazał się połączeniem kiczu z fantazją, co z jakiegoś powodu bardzo nas urzekło. Zrobiliśmy tam mnóstwo zdjęć i nasze pierwsze “souvenirowe” zakupy na terenie Rosji.

 

Czym najlepiej poruszać się po stolicy Rosji, jeżeli nogi odmówią posłuszeństwa? Otóż moskiewskie metro to klasa sama w sobie, pod każdym względem. Przepiękne stacje, czyste, niezatłoczone korytarze, oznakowanie i cena – 55 rubli za przejazd, nieważne czy użyjemy tylko jednej linii, czy przejedziemy miasto od zachodu na wschód.

 

Jest jeszcze jedna rzecz w Moskwie, która mnie wyjątkowo pozytywnie zaskoczyła, a mianowicie jej mieszkańcy. Niesamowicie mili, uprzejmi i zawsze chętni do pomocy. Nie spodziewałam się, że w tak ogromnym mieście, gdzie każdy gdzieś pędzi i zazwyczaj nie ma za wiele czasu na rozmowę, ludzie okażą się tak bezinteresowni i pomocni. Za każdym razem, gdy z mapą w rękach nie do końca wiedzieliśmy, gdzie powinniśmy się udać, tubylcy pytali czego szukamy i wskazywali drogę. Często chcieli wiedzieć, czy nam się w Moskwie podoba, pokazywali nam lokalne restauracje, w których zajadaliśmy się rosyjskimi potrawami, ale to jest temat na osobny post…