Moskiewskie przygody, czyli Transsibu część pierwsza

Każdy ma takie miejsce, do którego chciałby się kiedyś wybrać. Jedni pragną rajskich plaż, inni wysokich gór a ja od zawsze chciałam zobaczyć Moskwę. Wyjazd do Rosji potraktowałam jako spełnienie marzenia, na które czekałam prawie całe moje życie (prawdopodobnie już od momentu nałogowego oglądania “Wilka i Zająca”). Zafascynowana tym krajem i językiem już jako nastolatka zaczytywałam się w rosyjskiej literaturze i chłonęłam ciekawostki historyczne. I pewnie także dzięki temu skończyłam na rusycystyce, co spowodowało, że Moskwa była dla mnie swego rodzaju “świętym graalem”.

P1030084

Do wyjazdu przygotowywałam się już miesiące przed, czytałam reportaże i przewodniki, zagłębiałam się w historię kraju, chciałam wiedzieć jak najwięcej, żeby przekazać Marcinowi informacje i zarazić go moją miłością do największego kraju świata. Post o Moskwie był dla mnie najtrudniejszy do napisania, nie miałam pojęcia od czego zacząć, na czym skupić się bardziej a co zupełnie pominąć. Każda chwila spędzona w tym mieście była dla mnie tak samo ważna i z ręką na sercu przyznaję, że stolica Rosji mnie nie zawiodła, wszystkie moje wyobrażenia i oczekiwania okazały się być rzeczywistością.

P1030141.JPG

Zacznijmy jednak od początku, czyli od wizy. Spodziewałam się, że aplikacja będzie bardziej skomplikowana, jednak proces był wyjątkowo krótki i w miarę łatwy. Do punktu wizowego przy ambasadzie Federacji Rosyjskiej (w naszym przypadku w Londynie) musieliśmy udać się z kompletem dokumentów: paszport, wniosek ze zdjęciem, bilety lotnicze, rezerwacje hotelowe, potwierdzenie ubezpieczenia a także tzw. tourist voucher, który za dodatkową opłatą wystawił nam hostel. W samej ambasadzie musieliśmy tylko złożyć aplikację i oczywiście za nią zapłacić. Zamiast odbioru osobistego zdecydowaliśmy się na przesyłkę pocztową, co sprawiło, że koszt całej wizy był nieco wyższy. Po pięciu dniach otrzymaliśmy paszporty z upragnioną naklejką.

34308036_2160538387293658_9007974461978181632_n.jpg

Spakowani i żądni wrażeń wsiedliśmy do samolotu do Rygi, gdzie zostaliśmy na jedną noc, żeby kolejnego poranka udać się prosto na Szeremietiewo. Tam kupiliśmy bilety na pociąg łączący lotnisko z dworcem Białoruskim. Podróż trwała niecałą godzinę a bilet kosztował 500 rubli. Tym sposobem znaleźliśmy się w centrum miasta.

Naszą wycieczkę po Moskwie zaczęliśmy w sobotę 5 maja i muszę przyznać, że nie spodziewałam się aż tak zawziętych przygotowań na Dzień Zwycięstwa, który odbywa się cztery dni później, 9 maja. Mauzoleum Lenina, które bardzo chciałam odwiedzić, było już niedostępne dla zwiedzających, całe szczęście udało nam się jeszcze zobaczyć Sobór Wasyla Błogosławionego i Kreml, bo dzień później i to było już ogrodzone. Rosjanie bardzo poważnie traktują Dzień Zwycięstwa, można śmiało stwierdzić, że jest to największe święto narodowe we współczesnej Rosji. Podczas przygotowań Moskwa wydawała się nieskazitelnie czysta, co zastanawia nas, czy tak jest tam na co dzień, czy może jest to także część obchodów 9 maja.

P1020967.jpg

Zwiedzanie stolicy zaczęliśmy jak standardowi turyści od Placu Czerwonego, okolic Kremla, Soboru Wasyla Błogosławionego, czyli Moskiewskiego “must see”. Zdjęcie przed Soborem także musiało zostać zrobione, jak na turystę przystało: rozwiane włosy i siad skrzyżny, a oto dowód:

P1020998.jpg

Jednak sztandarowe zabytki Moskwy, to tylko wierzchołek góry lodowej podczas jej zwiedzania. Miasto jest swego rodzaju nosicielem dziedzictwa Rosji, tego architektonicznego, artystycznego i muzycznego. Na każdym kroku spotykamy pomniki znanych rosyjskich twórców, wszędzie umieszczane są tablice upamiętniające wielkich Rosjan, natrafiamy także na domy pisarzy i kompozytorów. Po prostu raj dla każdego rusycysty.

P1030352

Co więc warto zobaczyć w Moskwie? Punktem na mapie, który musieliśmy odwiedzić były Patriarsze Prudy, czyli miejsce, które każdy fan Bułhakowa powinien kojarzyć. To właśnie tam zaczęła się akcja “Mistrza i Małgorzaty” (kto czytał, ten wie). Tuż przy wejściu na skwer stoi znak, który przedstawia Wolanda, Korowiowa i Behemota z podpisem “Zabrania się rozmawiać z nieznajomymi”.

dfgxfsd

Ciekawym miejscem, które zdecydowanie polecamy jest Bunkier 42, wybudowany na polecenie Stalina, mający na celu ochronę w przypadku ataku bronią nuklearną, oddany do użytku w 1956 roku. Obecnie w jednej z części schronu mieści się Muzeum Zimnej Wojny dostępne dla turystów, obok jest restauracja, a dwie pozostałe części są zamknięte. Na teren bunkru można wejść jedynie z przewodnikiem, cena biletu to 2200 rubli (dla innostranców).

P1030161.jpg

Bunkier umieszczony jest 18 pięter pod ziemią, otoczony pięcioma metrami betonu oraz metrem ołowiu i stali. Spacer po korytarzach i oglądanie ekspozycji jest bardzo ciekawe, można dowiedzieć się wielu informacji, których nie było w żadnym przewodniku. Jedynym z etapów wycieczki była wizualizacja zrzucenia bomby atomowej, czyli naciśnięcia przysłowiowego czerwonego guzika, do której oczywiście zgłosił się Marcin.

34133892_2160581973955966_7817814250885218304_n (1).jpg

Najlepszym momentem zwiedzania jest jednak sam koniec, jednak tajemnicy nie zdradzę, musicie przekonać się o tym na własnej skórze!

Moskwa jest miejscem, gdzie niemalże na każdym kroku, w każdej części miasta można dostrzec Pałac Kultury i Nauki, a raczej budynki podobne do niego, a jest ich w stolicy Rosji aż siedem. Wybudowane zostały w latach 1947-53, a mieszkańcy Moskwy nazywają je “stalinowskimi wieżowcami” (сталинские высотки).

P1030152.JPG

Mieliśmy okazję także zobaczyć Sobór Chrystusa Zbawiciela, największą świątynię prawosławną na świecie. Historia jej przepełniona jest zwrotami akcji. W 1812 roku car Aleksander I  podpisał zgodę na wybudowanie cerkwi w Moskwie, jako votum dziękczynne za uratowanie kraju przed najazdem napoleońskim. Twórcą projektu był Wittberg, jednak przez nieukończenie prac na czas skazano go na zesłanie. Budowę przejął Konstantin Thon, który zmienił nieco styl soboru, ku uciesze ówczesnego imperatora Mikołaja I. W 1883, czyli po siedemdziesięciu latach udało się wreszcie świątynię poświęcić. Jej świetność nie trwała jednak długo, ponieważ po niecałych pięćdziesięciu latach, w 1931 roku władze komunistyczne zatwierdziły wniosek o jej wyburzeniu, a na jej miejscu, w 1958 roku wybudowano BASEN. W 1994 podjęto decyzję o odbudowaniu soboru, dzięki czemu teraz możemy podziwiać jego wierną kopię.

P1030076.JPG

 

Po obejrzeniu cerkwi udaliśmy się na obrzeża miasta, żeby zobaczyć słynny targ Izmaiłowski. Nie byliśmy do końca pewni czego się spodziewać, opinie o tym miejscu są bardzo różne. Market okazał się połączeniem kiczu z fantazją, co z jakiegoś powodu bardzo nas urzekło. Zrobiliśmy tam mnóstwo zdjęć i nasze pierwsze “souvenirowe” zakupy na terenie Rosji.

 

Czym najlepiej poruszać się po stolicy Rosji, jeżeli nogi odmówią posłuszeństwa? Otóż moskiewskie metro to klasa sama w sobie, pod każdym względem. Przepiękne stacje, czyste, niezatłoczone korytarze, oznakowanie i cena – 55 rubli za przejazd, nieważne czy użyjemy tylko jednej linii, czy przejedziemy miasto od zachodu na wschód.

 

Jest jeszcze jedna rzecz w Moskwie, która mnie wyjątkowo pozytywnie zaskoczyła, a mianowicie jej mieszkańcy. Niesamowicie mili, uprzejmi i zawsze chętni do pomocy. Nie spodziewałam się, że w tak ogromnym mieście, gdzie każdy gdzieś pędzi i zazwyczaj nie ma za wiele czasu na rozmowę, ludzie okażą się tak bezinteresowni i pomocni. Za każdym razem, gdy z mapą w rękach nie do końca wiedzieliśmy, gdzie powinniśmy się udać, tubylcy pytali czego szukamy i wskazywali drogę. Często chcieli wiedzieć, czy nam się w Moskwie podoba, pokazywali nam lokalne restauracje, w których zajadaliśmy się rosyjskimi potrawami, ale to jest temat na osobny post…

Islandia po raz pierwszy!

Wracając z Afryki miałam już gdzieś z tyłu głowy początek planu na nasz listopadowy wyjazd na Islandię. Bilety już mieliśmy, przewodnik był w drodze… Coraz lepiej idzie mi przygotowywanie wyjazdów, co?

Z racji tego, że był to krótki, trzydniowy wypad, postanowiliśmy odpuścić sobie wynajmowanie samochodu, skupić się na zobaczeniu Reykjaviku i pobliskiego Golden Ring, co zapewniła nam wycieczka objazdowa.

P1020229.JPG

Około 11:20 wylądowaliśmy na lotnisku Keflavik, położonym od stolicy Islandii około 50 km. Tam, zaraz przy samym wyjściu mogliśmy kupić bilety na autobus, który odjeżdża do Reykjaviku mniej więcej co pół godziny. Ciekawym faktem było to, że nasz rejs był ostatnim przylotem tego dnia, wszystkie inne zostały przekierowane bądź odwołane z powodu sztormu. Warunki pogodowe rzeczywiście dały się nam we znaki. Zwiedzanie miasta w ulewę i silny wiatr nie należą do najprzyjemniejszych, ale podobno dla lokalnych nie ma w tym nic dziwnego. Cały dzień spędziliśmy próbując przechadzać się po uliczkach Reykjaviku, a generalnie skończyło się na chodzeniem od kawiarni do kawiarni, żeby w okolicach wieczornych zakopać się w hostelowej pościeli. Dla podróżników podobnych do mnie, takich, którym wiecznie jest zimno, bardzo przypasuje fakt, że w każdym domu/hotelu/restauracji na Islandii jest CIEPŁO. A wiąże się to z wykorzystywaniem wody termalnej, co powoduje bardzo niskie rachunki za wodę i ogrzewanie. Woda ta w Reykjaviku, a nawet prawdopodobnie w całej Islandii jest wyjątkowo miękka i skóra po niej jest niesamowicie gładka, można pić ją prosto z kranu, jest krystalicznie czysta i niczym nieskażona. Ma jednak jedną wadę (do której na szczęście po kilku dniach można się przyzwyczaić) a mianowicie, śmierdzi. Tak, potwierdzamy, wszystkie plotki na temat wody śmierdzącej siarką są absolutnie PRAWDZIWE.

Zajmijmy się jednak informacjami na temat Islandii i Islandczyków. Jest to mały kraj, z jeszcze mniejszą liczbą mieszkańców (trochę ponad 300 tyś.), tak więc na kilometr kwadratowy przypada około 3 ludzi. Walutą jest korona islandzka, której przelicznik na kwiecień 2018 wypada następująco 1 PLN = 29,50 ISK. Stolicą kraju jest Reykjavik, który liczy około 210 tyś. mieszkańców. Warto w tym momencie wspomnieć o Polskich akcentach na Islandii, ponieważ jesteśmy jedną z większych mniejszości narodowych w tym kraju. Dlatego właśnie w Reykjaviku można znaleźć polski sklep, a w każdym supermarkecie kupić Prince Polo.

img_5248.jpg

Sam Reykjavik zachwycił nas przede wszystkim swoim rozmiarem (całkiem malutkie miasto jak na stolicę) a także wszechobecnym porządkiem. Jego symbolem jest ogromny kościół luterański Hallgrímskirkja, którego wieżę (73 metry) można dostrzec ze wszystkich miejsc w mieście. Zbudowany został z bazaltu, inspirowany krajobrazem kraju. Przed kościołem stoi pomnik wikinga Leifa Eiríkssona, uważanego za odkrywcę Ameryki, zbudowany w 1930 roku.

P1020422

Polecamy także choć na chwilę zatrzymać się przy współczesnym pomniku “The Sun Voyager”, który symbolizuje pierwszych przybyszy na Islandii.

P1020565.JPG

Po dniu spędzonym na poznawaniu stolicy Islandii i chowaniu się przed sztormem wyruszyliśmy na poszukiwanie przygód. Wybraliśmy się na wycieczkę po tzw. Golden Ring, czyli Złotym Kręgu przepełnionym najważniejszymi atrakcjami turystycznymi okolicy Reykjaviku.

Zaczęliśmy od Parku Narodowego Þingvellir, położonym nad brzegiem największego jeziora w kraju Þingvallavatn. Założony został w 1928 roku, a jego powierzchnia wynosi 84 km². Obszar parku jest bardzo ciekawy przez jego budowę geologiczną, ponieważ właśnie tam łączą się dwie płyty tektoniczne północnoamerykańska i euroazjatycka. Widoki są tak cudowne, że nawet w niesprzyjającej pogodzie nie zachęcają do pośpiechu. Spacer po parku był dla nas bardzo relaksacyjnym doświadczeniem, świeże powietrze wypełniło nasze płuca a krajobraz nacieszył oczy.

P1020128P1020017P1020076P1020040P1020091P1010983P1010994

Kolejnym etapem naszej wycieczki był wodospad, a właściwie dwa “Złote Wodospady” Gullfoss, składające na dwie kaskady, 11 i 21 metrów. Zaskakującym faktem jest, że w ciągu 1(!) sekundy przepływa przez nie 400 m³ wody. Bardzo często w okolicach Gullfoss można zobaczyć tęczę, co tworzy jeszcze ciekawsze widoki. Muszę przyznać, że nawet późną jesienią było tam dość sporo ludzi, ale teren jest tak ogromny, że nie odczuliśmy tego aż tak bardzo.

IMG_5268.JPG

Ostatnim punktem na mapie tego dnia były gejzery. Wybraliśmy się do położonego niedaleko od Gullfoss Haukadalur, około 140 km od Reykjaviku. Jest tam kilka gorących źródeł o różnych kolorach i kształtach. Największą atrakcją był oczywiście wybuchający gejzer Strokkur, który mieliśmy okazję zobaczyć “w każdej porze roku” ponieważ pogoda zmieniała się tam dosłownie co kilka minut. Było to ciekawe doświadczenie, na kontynencie jeziorka czy źródła raczej nie wybuchają i nie mają temperatury ponad 75ºC.

P1020309blogP1020346P1020368P1020337P1020386P1020356

Po naszej wyprawie często zadawano nam pytanie, czy Islandia jest naprawdę taka droga? Tak więc odpowiadamy: może faktycznie nie jest to najtańszy kraj dla podróżników czy backpackersów, ale wszystko zależy od tego, jak się zorganizujecie. My zamiast hotelu wybraliśmy przepiękny hostel w skandynawskim stylu. Tam przygotowywaliśmy śniadania z produktów, które kupiliśmy w islandzkiej Biedronce, słynnym sklepie ze świnką – Bonus. Na kolację zajadaliśmy się niesamowicie sycącym Skyrem (co było dla nas ogromnym zdziwieniem: NAJEŚĆ SIĘ JOGURTEM?!), a na obiady wybieraliśmy narodową kuchnię islandzką. Serdecznie polecamy chłopaków z Icelandic Street Food gdzie mieliśmy okazję spróbować przepysznej tradycyjnej zupy z jagnięciną, która rozgrzała nas w mroźne popołudnie. A do tego na koniec poczęstowali nas domowym, babcinym ciastem z owocami leśnymi. Same wspaniałości!

IMG_5266

30709001_1679714105438439_1049530401862713344_n

IMG_5278.JPG

A wszystkim, którzy planują wprawę na Islandię mówimy: NIE CZEKAJCIE. Pakujcie manatki i w drogę. Islandia był to dla nas pierwszy kraj, do którego postanowiliśmy, że wrócimy w najbliższym czasie. I to wcale nie tylko dlatego, że pogoda nie pozwoliła nam zobaczyć zorzy polarnej. Snujemy wiele planów dotyczących nie tylko Reykjaviku i jego okolic a raczej całej wyspy.

Islandio, do rychłego zobaczenia!

Ufaj nieznajomym, czyli podróż od Kilimandżaro po Zanzibar

W Tanzanii spędziliśmy prawie trzy tygodnie. Pierwszą część wyprawy planowaliśmy przeznaczyć na aktywny wypoczynek, natomiast drugą na wylegiwanie się na gorącej plaży. Jako, że safari to nie była jedyna część naszej dynamicznej przygody we wschodniej Afryce, po powrocie z Ngorongoro następnego dnia udaliśmy się do Moszi – miasta położonego nieco ponad 100 km od Aruszy.

Tam zajęliśmy się najpierw zwiedzaniem miasteczka a następnie udaliśmy się w stronę Marangu Gate (1870 m n.p.m.), czyli najbardziej popularnej “bramki startowej” w trekingu na najwyższy szczyt Afryki. Kilimandżaro, bo o nim właśnie mowa, ma 5895 m n.p.m. a cały masyw górski tworzą trzy wulkany: największy, położony centralnie Kibo, w którego skład wchodzi najwyższy punkt całej Afryki, zwany Uhuru Peak (5895 m), Mawenzi (5149 m) oraz Szira (3987 m n.p.m.). Dróg na szczyt jest kilka, m. in. Marangu Route – 64 km, (podejście 32 km), Machame Route – 100 km (62 km na szczyt, 38 km powrót), Rongai Route – 70 km, Lemosho Route – 98 km, (podejście 60 km). Wejście na szczyt nie wiąże się z ogromnym wysiłkiem ściśle fizycznym, kluczem do jego zdobycia jest dobra aklimatyzacja, ponieważ choroba wysokościowa może uderzyć w najmniej spodziewanym momencie. Po poznaniu kilku przewodników i osób, które właśnie zeszły do Marangu obiecaliśmy sobie, że kiedyś uda nam się wejść na szczyt tej majestatycznej góry.

P1010421P1010417P1010415

Wodospad Ndoro

Po obejrzeniu makiety Kilimandżaro i wysłuchaniu historii o pierwszych jego zdobywcach oraz obiedzie w lokalnej restauracji, w której porcje (nawet dla nas) były przerażająco duże, udaliśmy się w stronę wodospadu Ndoro, znajdującego się u stóp pięciotysięcznika, tuż przy granicy z Kenią. Tam czekał nas treking wśród wspaniałej roślinności i z pomocniczym kijem w ręku. Była to dla nas nieco wymagająca aktywność fizyczna, co tylko udowodniło, że do większych wspinaczek musimy się jeszcze długo przygotowywać.

 

P1010441P1010493

P1010397

Wioska Chagga

Kolejnym punktem naszej wycieczki było odwiedzenie swego rodzaju skansenu ludu Chagga, trzeciej największej grupy etnicznej Tanzanii. Tam mieliśmy okazję obejrzeć ich chaty, miejsca gdzie przygotowywano posiłki, ich kryjówki oraz sposoby walki z Masajami.

P1010524P1010529P1010506

W wiosce Chagga mieliśmy możliwość kupić wspaniałą, naturalną kawę oraz regionalne, niesamowicie mocne piwo bananowe, które skonsumowaliśmy tego samego wieczora i tym samym pożegnaliśmy górskie tereny Tanzanii.

p1010531.jpg

W drodze na Zanzibar

Następnego dnia, kiedy dolecieliśmy do Dar es Salaam okazało się, że spóźniliśmy się na ostatni prom na Zanzibar. Rozczarowana i zrozpaczona miałam już przed sobą wizję szukania noclegu i utraty jednego wieczoru na bajkowej wyspie. Po całym safari i trekingowych fanaberiach jedyne na co miałam ochotę to wyleżeć się na plaży i nie robić dosłownie nic.

W pewnym momencie zaczepił nas pewien człowiek i powiedział, że może nam zorganizować transport na wyspę, musimy mu tylko zapłacić 50 dolarów i dać paszporty, żeby mógł nam wszystko zarezerwować. A my, wbrew poradom mam, babci i ciotek,  wbrew wszystkim wyczytanym w poradnikach informacjom a nawet – wbrew zdrowemu rozsądkowi, zgodziliśmy się. Po dłuższej chwili przyszło po nas dwóch chłopaków, wsadzili nas w samochód i wywieźli z lotniska. Marcina mina mówiła wszystko – już po nas. Obcy ludzie, obcy język.. Ba! Nawet kontynent obcy, a my w jakimś samochodzie pośrodku niczego.

Jakim zdziwieniem okazało się, że lotnisko w Dar es Salaam ma drugi terminal, dla małych, prywatnych samolotów, gdzie oddano nam paszporty i wsadzono na pokład. Przeżyliśmy!

30262064_1671526839590499_377708825693650944_o30440685_1671526886257161_6555044211744309248_oIMG_4913

Po dwudziestu minutach szczęśliwie wylądowaliśmy na Zanzibarze i udaliśmy się w stronę Kizimkazi, południowej części wyspy, gdzie mieliśmy w planach spędzić pierwsze cztery dni. Tam zajadaliśmy się stekami z tuńczyka i wszelkimi możliwymi owocami (nie tylko morza). Plaża była niesamowita, biały piasek i czysta, błękitna woda – dokładnie tak, jak sobie to wyobrażaliśmy.

P1010554P1010620P101054730261092_1671621152914401_1934175759396503552_oimg_4922.jpg

Następnie (już spieczeni jak raki) pojechaliśmy bardziej na północ wyspy, dokładnie pomiędzy Michamvi i Pingwe. Tam spędziliśmy kilka wspaniałych dni w Zeru Zeru, prowadzonym przez Alberto, bardzo przyjaznego Włocha. Miejsce to było prowadzone w bardzo rodzinnej atmosferze, sporo czasu spędziliśmy na słuchaniu opowieści właściciela, a on sam wpakował nas w swoje auto i obwiózł po okolicy. Jakim zdziwieniem było dla nas, gdy podjechał pod jakąś starą szopkę mówiąc, że musi zatankować, a po chwili wybiegł mały chłopiec z benzyną w kilku butelkach plastikowych po wodzie mineralnej i zalał nam bak. Były to rzeczy dla mnie niesamowicie abstrakcyjne i sprawiły, że jeszcze bardziej doceniam to, co mam, a co więcej, chcę jeszcze więcej podróżować i obserwować jak żyją ludzie.

Muszę jednak przyznać, że największą atrakcją Zeru Zeru dla mnie były… SZCZENIACZKI!

30221557_1671635366246313_2116761278780276736_n.jpg

 

Tak jest! Nie ma chyba miejsca na ziemi, gdzie nie mogę odegrać roli psiej mamy… Poza tym, odkrywając, że całe dnie na plaży to nie jest jednak nasz ulubiony sposób na urlop, zajadaliśmy się afrykańską kuchnią, popijając piwo o chwytliwej nazwie Kilimanjaro.

Spice tour

Podczas śniadania w jeden z upalnych poranków postanowiliśmy zrobić coś produktywnego i udać się na spice tour, czyli wycieczkę po plantacjach różnego rodzaju przypraw, warzyw i owoców, które wcześniej widywaliśmy tylko w paczkach. Dla mnie, jako naczelnej domowej kucharki było to coś niesamowitego, nie miałam pojęcia jak wygląda świeża gałka muszkatołowa czy pieprz. Wyniosłam z tej lekcji wiele ciekawostek i wiem dosłownie “z czym to się je”.

 

The Rock

W ostatni wieczór naszej Afrykańskiej przygody wybraliśmy się do słynnej restauracji The Rock. Jest to budynek położony na wystającej nad ocean skale, do którego w czasie przypływu trzeba dopłynąć łódką, a gdy woda jest daleko na horyzoncie można przejść się piechotą.

P101075830222084_1671621552914361_8996810424636669952_oP1010844

I tu właśnie kończy się nasza afrykańska przygoda. Zakończenia nie ma, bo chcemy więcej i na pewno jeszcze tu wrócimy. Nie potrafię zamknąć tego rozdziału, bo kontynent ten ma bardzo dużo do zaoferowania, a te kilkanaście dni w Tanzanii sprawiły, że nasz podróżniczy bucket list powiększył się niemalże dwukrotnie.

 

Do zobaczenia!

Hakuna matata, jak cudownie to brzmi!

 

Jak opisać prawdziwe safari w kilku słowach? Jak przekazać te wszystkie wspaniałe uczucia, które było dane nam przeżyć? I pokazać Wam choć skrawek krajobrazów, które podziwialiśmy przez cały ten czas? Pozwólcie, że spróbuję.

Przygodę rozpoczęliśmy w Aruszy, mieście położonym ponad 600 km od Dar es Salaam. Około piątej rano zostaliśmy odebrani z hotelu i ruszyliśmy w drogę. Po dwóch godzinach dojechaliśmy na miejsce. I w tym właśnie momencie poczuliśmy się jak na planie “Króla Lwa”. Nie byłam w stanie uwierzyć własnym oczom: wolno biegające zebry i antylopy, guziec bacznie spoglądający zza krzaka, słonie udające się w stronę wodopoju. Wszystko było takie “jak w filmach”.

Safari zaczęliśmy od parku narodowego położonego w północnej części Tanzanii – Tarangire. Jego powierzchnia wynosi około 2600 km², a nazwa pochodzi od rzeki przepływającej przez park. Słynie on przede wszystkim z występujących tam baobabów a także dużej ilości słoni. W Tarangire spędziliśmy cały dzień, zapełniając skutecznie karty pamięci w aparatach. Mieliśmy oczywiście krótką przerwę na obiad, który zjedliśmy w samym środku parku, uważając oczywiście na małpy, polujące na nasze naleśniki. Wieczorem wróciliśmy do obozowiska, gdzie zjedliśmy kolację i obejrzeliśmy występy tamtejszych grup artystycznych.

Kolejnego dnia po pobudce i przepysznym śniadaniu udaliśmy się w stronę Parku Narodowego Serengeti, wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO.  Jest to jeden z największych i najbardziej znanych obszarów chronionych na świecie. Bo przecież 14 763 km² robi wrażenie, prawda?

Serengeti słynie przede wszystkim z migrujących sezonowo zwierząt, co sprawia, że warto odwiedzić park kilkakrotnie, żeby w całej okazałości zobaczyć przebieg migracji a także zmieniający się krajobraz. My trafiliśmy na porę suchą, przez co powietrze było gęste i silnie zapylone. W najgorszych momentach czuliśmy, że musimy wręcz przegryzać się przez “mgłę”. Plusem była wspomniana wcześniej migracja zwierząt, ponieważ wszystkie w okresie września wędrują z okolicznych parków narodowych (nawet tych z Kenii) właśnie do Serengeti. Mieliśmy okazję widzieć polowania lwów, walki słoni oraz obserwować zwierzęta przy wodopojach.

Po wieczornym poszukiwaniu hien udaliśmy się do obozowiska w samym środku parku, gdzie musieliśmy rozłożyć namioty i zdążyć na kolację. Swoją drogą tartę, którą tego dnia przygotował nasz wspaniały kucharz wspominam do dziś. Marcin z kolei został fanem placków bananowych i herbaty o chwytliwej nazwie “Kilimanjaro”, którą zgodnie popijaliśmy przy każdej możliwej okazji.

 

Po dwóch dniach spędzonych w Serengeti udaliśmy się do Ngorongoro, gdzie także spędziliśmy noc, która zaskoczyła nas przede wszystkim temperaturą. W życiu nie spodziewałabym się, że zmarznę w środku Afryki! Krater położony jest na wysokości około 2000 m n.p.m., co spowodowało spadek temperatur w nocy oraz wietrzną pogodę w ciągu dnia.

Ngorongoro jest to największa i najgłębsza nieaktywna kaldera (610 m głębokości, a powierzchnia dna wgłębienia wynosi 260 km²), a w jego obrębie żyje około 25000 zwierząt, głównie kopytnych. W dużej mierze zależy to oczywiście od pory roku i migracji z nią związanych. Sama nazwa “ngoro ngoro” w języku Masajów znaczy dzwonek pasterski.

To właśnie w obozie Ngorongoro mieliśmy okazję na bliższe spotkania z dzikimi zwierzętami. Jak do biegających wokoło małych małpek byliśmy już w pewnym sensie przyzwyczajeni, tak do dorosłych pawianów maszerujących tuż obok nas już nie. Zaskoczyły nas również zebry przy naszym namiocie, które w godzinach porannych (około 0400) spowodowały u Marcina stan przedzawałowy. W drodze do toalety, oświetlając sobie drogę i skupiając się na omijaniu namiotów nie do końca spodziewał się dorosłej zebry w zasięgu ręki.

 

Decydując się na safari nie wiedziałam do końca, czego się spodziewać. Z jednej strony chęć zobaczenia wszystkich zwierząt i krajobrazów była ogromna, z drugiej kuchnia polowa i wizja spania w namiocie w środku parku narodowego pełnego drapieżników mnie przerażała. Teraz jednak muszę przyznać z ręką na sercu, że w tamte strony wybiorę się jeszcze nie jeden raz. Noclegi w namiocie, pod czystym i gwieździstym niebem były MAGICZNE. Nawet przeraźliwy “śmiech” hien gdzieś z oddali nas nie ruszał. Łazienki okazały się przerosnąć nasze oczekiwania, a uczucie ciepłej wody na zakurzonym ciele po całym dniu było nie do opisania. Kucharz, który gotował dla naszej grupy miał niesamowity talent, a przede wszystkim przygotowywał tak ogromne porcje jedzenia, że nawet my nie byliśmy w stanie tego przejeść. Udało nam się spróbować wielu afrykańskich potraw i owoców, wszystko było takie “od serca”. Najbardziej jednak byliśmy zadowoleni z naszego przewodnika-kierowcy, człowieka, który miał ogromną wiedzę na temat zwierząt i roślin, był w stanie odpowiedzieć na każde pytanie i starał się pokazać nam najwięcej jak się dało (naszą ulubioną historią jest “nie idziemy spać dopóki nie zobaczymy hien”).

P1000438

Wyjazd na safari tak bardzo wbił nam się w pamięć i zawładnął naszymi sercami, że zgodnie zdecydowaliśmy wybrać się tam, gdy tylko nadarzy się okazja. Chciałabym zobaczyć parki narodowe w zielonej odsłonie i mieć szansę jeszcze raz zachłysnąć się tym zdrowym powietrzem przepełnionym przygodą i poruszającym od stóp do głów krajobrazem. Safari jest dla mnie jednym z najlepszych wspomnień naszego #nonstophoneymoon.

 

Prawdziwa podróż, czyli Tanzania na przełaj

Pierwszy long haul. Pierwsza długa podróż, pierwsze duże plecaki. Bardzo ciężko było nam zdecydować się na konkretną destynację. Znajomi polecali Tajlandię albo Karaiby, coś prostego, gdzie jeżdżą wszyscy i w miarę łatwo się tam odnaleźć. Miejsca, gdzie łatwo o wizę i nie trzeba poświęcać czasu na szczepienia i większe przygotowania.

My jednak nie chcieliśmy być jak wszyscy i pójść na łatwiznę.

Po długich dyskusjach padło na Afrykę, a dokładniej Tanzanię. Po raz kolejny zdaliśmy się na nasze przeczucia, najpierw znaleźliśmy bilety a potem zajęliśmy się resztą. Tak na dobrą sprawę bardzo długo nie zdawaliśmy sobie sprawy na co się porywamy. Kupiliśmy bilety (z przesiadką w Stambule), tradycyjnie zaopatrzyliśmy się w przewodnik, a dopiero po jakimś czasie zaczęliśmy zagłębiać się w szczegóły.

P1010068

Tanzania jest państwem położonym we wschodniej części Afryki, nad Oceanem Indyjskim. Powierzchniowo jest niemalże trzy razy większa od Polski, wbrew pozorom większą jej część zajmuje Wyżyna Wschodnioafrykańska, a najwyższym szczytem kraju, a także kontynentu jest Kilimandżaro, 5895 m n.p.m. Stolicą Tanzanii jest Dodoma, a najważniejszym ośrodkiem gospodarczym Dar es Salaam.

P1000486.JPG

I właśnie do Dar es Salaam udaliśmy się najpierw. Wylądowaliśmy na lotnisku nad ranem i udaliśmy się do pobliskiego hotelu na kilka godzin snu. Kolejny dzień spędziliśmy na zwiedzaniu okolicy i przyzwyczajaniu się do afrykańskiego klimatu i jedzenia. Naszym kolejnym przystankiem było lotnisko Kilimandżaro, oddalone od wybrzeża o 600 km. Tam mieliśmy spotkać właścicieli Hekima House u których planowaliśmy zostać na noc. Na miejscu okazało się, że współpracują z kilkoma polskimi podróżnikami i bardzo dużo wiedzą o naszym kraju, co było dla nas niezmiernie miłe. Chłopaki spisali się na medal, nie dość, że zapewnili nam iście domową atmosferę, to jeszcze pokazali miasto i okolicę, a na koniec przygotowali przepyszne śniadanie o 5 rano.

IMG_4789

Nasza kolejną w pełni zaplanowaną i zorganizowaną atrakcją było czterodniowe safari i jeden dzień w parku narodowym Kilimandżaro, ale o tym w osobnym poście.

P1010066.JPG

Region Arusza prócz kilku wspaniałych parków narodowych i jezior skrywa w sobie jeszcze jedno ciekawe miejsce, w którym dużo szybciej zabiło nam serce. W drodze do pierwszej bazy masywu Kilimandżaro zahaczyliśmy o polską wieś. Może zabrzmi to dziwnie “Polska wieś w samym środku Afryki”, jednak gdy zobaczyliśmy na własne oczy naszą typową zabudowę, dachówkę, okiennice a nawet drzewa rosnące wokół domów poczuliśmy się trochę jak u siebie. Obóz w Tengeru, bo o nim mowa, powstał w latach 1942–1950 dla przeszło 5 tysięcy Polaków, głównie uciekinierów z sowieckich łagrów. Stworzyli oni kawałek ojczyzny, na którym pracowali i wychowywali swoje dzieci. Założono gospodarstwo rolne, w którym rosły pomidory, ogórki i różnorakie owoce sprowadzone z Polski. Do dziś przetrwał cmentarz, na którym pochowanych jest 150 Polaków. Dla nas było to miejsce zadumy i refleksji.

P1010333.JPG

P1010346.JPG

P1010350.JPG

Po wspaniałej podróży po Tanzanii udaliśmy się na autonomiczną wyspę Zanzibar, leżącą około 30 km od kontynentu. Mieliśmy tam czas na odpoczynek po wymagającym safari i górskich wspinaczkach. Postanowiliśmy objechać wyspę z południa na północ, zahaczając o Stone Town, miejsce urodzenia Freddiego Mercurego. Głownie jednak skupiliśmy się na typowym nicnierobieniu.

P1010558.JPG

Kilka ważnych informacji przed wyjazdem do Tanzanii.

Wiza

Otrzymanie wizy do Tanzanii nie wiąże się z papierkową robotą i załatwianiem tysięcy dokumentów czy wizytami w ambasadzie. Potrzebny jest tylko paszport ważny minimum 6 miesięcy. Kiedy wylądowaliśmy na lotnisku w Dar es Salaam musieliśmy wypełnić formularz, zapłacić 50 dolarów i cierpliwie czekać na pieczątkę. Z tym ostatnim mieliśmy trochę pod górkę, biorąc pod uwagę, że była druga w nocy i jedyne o czym marzyliśmy to prysznic i porządny sen.

P1000618.JPG

Lekarstwa i szczepienia

Szczepień rekomendowanych przed wyjazdem do Tanzanii jest kilka, dlatego warto przed wizytą w przychodni zabrać ze sobą książeczkę zdrowia, w której powinny być wszystkie szczepienia, które zostały w przeszłości wykonane. My w pełni polegaliśmy na opinii lekarza, który był specjalistą od chorób tropikalnych. Prócz wszystkich zalecanych szczepień postanowiliśmy również skorzystać z okazji i zaszczepić się na żółtą febrę, która nie była obowiązkowa. Nie można zapomnieć również o lekach antymalarycznych, które należy przyjmować już kilka dni przed wyjazdem i kontynuować po powrocie. Zdaję sobie sprawę, że powodują one kilka nieprzyjemnych skutków ubocznych jak zmęczenie i wolniejszą pracę żołądka, ale chronią przed znacznie groźniejszą chorobą.

Waluta

Oficjalną walutą jest szyling tanzański, jednak wszędzie da się zapłacić dolarami amerykańskimi a nawet euro. Według mnie jednak zawsze dobrze jest mieć przy sobie lokalne banknoty, nie tylko dlatego, że są PRZEPIĘKNE ale także z powodu korzystnego przelicznika.

IMG_4976.JPG

A teraz pora na najważniejsze pytanie: Czy warto? Zdecydowanie TAK. Afryka nas urzekła i jesteśmy przekonani, że jeszcze tam wrócimy. Jest to w dalszym ciągu region z mniejszą ilością turystów, ogromną połacią nieodkrytych terenów i prawdziwą, niczym niekolorowaną przyrodą. Jeżeli planujecie wyjazd w tamte strony zapraszam serdecznie do czytania kolejnych postów, które bardziej przybliżą poszczególne regiony Tanzanii.

Asante sana!

Jezioro marzeń

Po mediolańskich smakowych szaleństwach postanowiliśmy wsiąść do pociągu byle jakiego i zobaczyć coś poza miastem. Po godzinnej podróży wysiedliśmy w Como, nad samym jeziorem.

img_3963.jpg

Dzień był wspaniały, słońce grzało nas w zmęczone od noszenia plecaków ramiona, wiatr muskał wykrzywione w uśmiech policzki, a myśli odpłynęły daleko od przyziemnych zmartwień, więc mieliśmy wszystko, czego potrzebowaliśmy.

Dla mnie, planującej wyjazdy, rezerwującej hotele żony, był to przede wszystkim moment, kiedy uwierzyłam, że to wszystko ma sens. Gdy doszliśmy nad samo jezioro i mogliśmy podziwiać cud natury, o którym czytaliśmy w wielu artykułach i książkach wiedziałam, że znalazłam swój sposób na życie, swoją pasję, którą obiecałam pielęgnować. Kiedy spojrzałam na Marcina, który emanował radością i ewidentnie podzielał moje zdanie na ten temat poczułam się najszczęśliwsza na świecie.

Bo co może być lepszego od poczucia, że osoba, z którą spędzę resztę życia została zarażona moją miłością do świata i podziela moje podróżnicze pasje?

my como.jpeg

Dzień spędziliśmy spacerując po wąskich uliczkach miasteczka i przesiadując na ławkach przy samym jeziorze. Como jest miejscem niesamowicie błogim i bardzo łatwo się nim zauroczyć. Z racji tego, że nie jest to najsłynniejsza miejscowość nad jeziorem, jest tu dużo mniej turystów, wszystko wydaje się spokojniejsze i bardziej kameralne, co dla nas było dla nas ogromnym atutem.

IMG_3989.JPG

Miasto można podziwiać także z innej perspektywy, udając się na przejażdżkę kolejką linową z Como do małego miasteczka Brunate. Znajduje się ono 715 m n.p.m. a wjazd na sam szczyt kosztuje około 6 euro. Jest to idealne miejsce na podziwianie panoramy jeziora i odwiedzenie miejscowych kawiarni bądź restauracji.

Co zobaczyć w Como prócz słynnego jeziora? Najważniejszym zabytkiem w mieście jest Katedra przy Piazza Duomo, której budowę rozpoczęto w 1396, zakończono w 1770 roku i jest uważana jest za ostatnią gotycką świątynię we Włoszech. Warto zwiedzić ją także w środku ze względu na ogromne okno rozetowe (ornament architektoniczny w kształcie róży, wypełniony witrażem).

28176118_1621616094581574_1942602671_n

Ja najbardziej zapamiętałam jednak tradycyjne, wąskie, typowo włoskie uliczki, w których mniej lub bardziej celowo zdarzało mi się zgubić, trochę pozaglądać do okien mieszkańców,  zobaczyć jak im się żyje.

IMG_4043

Uwielbiam obserwować ludzi, starać się określać typowe zachowanie dla danej nacji, czasami wyjątkowo stereotypowe, a innym razem zupełnie nowe i nigdzie niezanotowane. Jest to w pewnym sensie część mojej idei podróżowania, czyste poznawanie. Czasami nie mam ochoty oglądać kolejnego zabytku, aby “odhaczyć” go z listy. Ważniejszym elementem mojego, bo już chyba mogę tak to nazwać, hobby jest rozmowa, poznanie kilku słów w obcym języku, tworzenie wspomnień opartych nie tylko na tym, co widziałam a także na tym, co czułam. A wyprawa do Como bardzo dużo uczuć właśnie mi zaserwowała.

I z każdą wyprawą mam MAMY ich coraz więcej.

Wiosenny Mediolan

Przewodnik był, bilety były, względne przygotowanie też. Jednak jak zwykle zaskoczyła nas pogoda. Dziwnym trafem, nawet jeśli wszystkie aplikacje pokazują, że będzie słonecznie i około 30 stopni, ja wciąż nastawiam się na syberyjskie chłody. Dlatego też, moi kochani czytelnicy, oto bardzo wartościowa informacja: długie spodnie i sweterek NIE BĘDĄ WAM POTRZEBNE w Mediolanie w czerwcu.

Lądując w stolicy Lombardii warto dokładnie sprawdzić na jakie lotnisko się udajemy. Mediolan lotnisk posiada aż trzy, co jest dość pokaźną liczbą jak na tej wielkości miasto. Najbliżej centrum (7 km) znajduje się Linate, a dostać się tam można różnymi środkami komunikacji, od taksówki po metro. Drugim, oddalonym 48 km od centrum lotniskiem jest Malpensa. Można tam dojechać autobusem (12 euro w dwie strony) oraz pociągiem. Ostatnie, Bergamo (50 km od miasta) oferuje wygodne połączenia autobusowe i kolejowe, a podróż trwa około 50 minut.

Nocleg, jak w każdym większym mieście kieruje się zasadą: im dalej tym taniej. Z racji tego, że wszędzie można dojechać metrem, warto pokusić się o hotel/hostel nieco dalej od centrum miasta.

Jak było?

Poranek mieliśmy FE-NO-ME-NAL-NY. Zaraz po wyjściu z dworca byliśmy świadkami wypadku — tramwaj potrącił przechodnia. Następnie pobłądziliśmy nieco w drodze do centrum, a jak już tam dotarliśmy mój wieloletni kompan każdej podróży, czyli stary kompaktowy Lumix rozpadł się na kawałki po uderzeniu w kamienną posadzkę. Marcin obrócił wszystko w żart i zabrał na słynne włoskie Gelato, żeby pozbyć się mojego marudzenia i ocalić nasz wyjazd.

28309335_1621618227914694_1216982281_o.jpg

Zwiedzanie zaczęliśmy od Galerii Vittorio Emanuele II, miejsca gdzie każdy amator mody znajdzie coś dla siebie. Dla mnie jednak od drogich ubrań ważniejsza była architektura – zdobienia, szklany sufit, mozaiki na podłodze.

Zaraz po wyjściu z galerii naszym oczom ukazała się katedra Duomo di Milano, która stojąc samotnie na placu wydaje się jeszcze większa i robi ogromne wrażenie. Jej wielkość i umiejscowienie przypominało mi trochę Sofię i Sobór Aleksandra Newskiego. Aby wejść na dach najlepiej udać się tam w godzinach porannych, ponieważ później spotkać się można z długimi kolejkami.

W drodze do słynnego zamku Sforzów warto zahaczyć o Via dei Mercanti, ulicę która zachwyca wieloma zabytkami. W okolicy samego zamku (do którego wejście jest bezpłatne) znajduje się ogromna fontanna, przy której spotykają się mieszkańcy Mediolanu.

Nam bardzo spodobał się swego rodzaju deptak przy kanale Naviglio Grande, robi wrażenie szczególnie wieczorową porą, kiedy kwitnie mediolańskie nocne życie.

Czego nie można pominąć podczas zwiedzania Mediolanu? Wspaniałej włoskiej kuchni!

Kilka dni przed wyjazdem Marcin, jako ogromny fan kuchni włoskiej, wziął na poważnie poszukiwanie restauracji, w której po raz pierwszy będzie nam dane spróbować prawdziwej pizzy. Po przeszperaniu zakamarków internetowych rekomendacji padło na Mr Panozzo i muszę przyznać, że był to strzał w dziesiątkę. Pizza była przecudowna, ale najbardziej chyba ujęła nas domowa atmosfera. Po wejściu do malutkiej restauracji przywitał nas sam właściciel, który zapytał skąd jesteśmy i podał anglojęzyczne menu. Ściany obwieszone były rysunkami gości z całego świata, od Brazylii po Nową Zelandię. Po zjedzeniu dania głównego dostaliśmy kilka słodkich naleśników, a na koniec właściciel poczęstował nas Limoncello na dobre trawienie.

28217913_1621618084581375_447245793_o

Kolejnym miejscem, które odwiedziliśmy była Muzza Cafe, niedaleko stacji metra Istria. Uwielbiamy ten typ kawiarenek, przepełniony mieszkańcami Mediolanu, patrzącymi na turystów z lekkim zdziwieniem. Mieliśmy spędzić tam tylko chwilę, zjeść śniadanie i kierować się w stronę dworca, jednak skusiliśmy się na rogale z kremem pistacjowym, które zatrzymały mnie tam niemalże na zawsze.

28275415_1621616231248227_1705236390_o

28170922_1621616207914896_2102810624_o

Odnoszę wrażenie, że nasz pierwszy wspólny wyjazd do Włoch skupił się przede wszystkim na jedzeniu (jakby to była jakaś wielka niespodzianka). Na pewno wrócimy do tego kraju, niekoniecznie jednak do Mediolanu, bo nie jest to miasto w naszym typie. Jestem przekonana, że słoneczna Italia ma jeszcze wiele do zaoferowania.

Morze, plaża i… Koguty?

Kolejny zupełnie przypadkowy wyjazd. Kilka dni wolnego, niesprecyzowana destynacja i stówka w kieszeni. Padło na Faro, miasto w Algarve, południowej części Portugalii. Do dziś ciężko mi w stu procentach określić czy podobała mi się ta wycieczka. Z jednej strony piękna pogoda, morze i niemalże puste plaże, z drugiej niedosyt zabytków i podumarłe miasteczko. Po raz pierwszy byłam w miejscu, które jest niesamowicie żywe i kolorowe latem, a poza sezonem zmienia się w opustoszałe i zapomniane. Jednak ma to też swoje plusy, pozwala nam zobaczyć prawdziwą Portugalię, która ma swoje słabsze dni, jak każdy kraj na świecie i nie zawsze wygląda tak pięknie i kolorowo jak na zdjęciach z reklamy biura podróży.

Faro pod wieloma względami jest miastem ciekawym i intrygującym. Zwiedzanie zaczęliśmy od starego miasta, wąskich uliczek z kilkoma przyjaznymi kawiarenkami i rodowitymi mieszkańcami Algarve. Tam mieliśmy także okazję skosztować słynnego Pastel de Nata, czyli ciasta francuskiego w formie babeczki, wypełnionego masą śmietanowo-budyniową.

IMG_3665

p1160380.jpg

Kiedy skierowaliśmy się wgłąb miasta naszym oczom ukazał się Kościół Nossa Senhora do Carmo, jeden z ważniejszych zabytków regionu. Świątynia wybudowana w XVIII w. zachwyca swoją prostotą na zewnątrz i pięknymi zdobieniami w środku. Warto poświęcić 2 euro, żeby zobaczyć ją w całej okazałości. Tuż obok znajduje się również Kaplica Czaszek, którą także chętnie obejrzeliśmy. Ściany budynku wyłożone są kośćmi z kilku tysięcy ludzi, a tytułowe czaszki złowrogo spoglądały na nas nawet z sufitu. W rzeczywistości są to szczątki mnichów wydobyte w XIX w.

P1160143.JPG

p1160172.jpg

Jeśli lubicie atrakcje bardziej naturalne, polecamy udać się do parku Alameda João de Deus. Prócz wielu rodzajów drzew i krzewów można natknąć się tak na spacerujące pawie. Po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć to ptaszysko z tak małej odległości i bez dzielącej nas siatki, co było nie lada przeżyciem dla osoby, która za dużymi ptakami nie przepada. Co muszę jednak przyznać z ręką na sercu — wyglądały one oszałamiająco.

p1160219.jpg

P1160215.JPG

Mówiąc o Faro nie można także pominąć plaży, która jest piękna i czysta nawet poza sezonem w pochmurne dni. Niestety nie jest ona przy samym mieście, dlatego najlepiej skorzystać z autobusu (tego samego, który łączy Faro z lotniskiem) i w około 10 min być już na miejscu.

P1160370.JPG

Co z tymi KOGUTAMI?

Po przyjeździe do Portugalii niemalże od razu natknęliśmy się na kilka sklepów z pamiątkami, a w nich na czarnego koguta, który spoglądał na nas z każdego kąta. Z zaciekawieniem zagłębiliśmy się w jego legendę. Kogut z Barcelos, bo tak poprawnie się nazywa, to swego rodzaju symbol Portugalii.

Średniowieczna legenda głosi, że w Barcelos, na północy kraju, zostało popełnione przestępstwo, jednak sprawca nie został odnaleziony. Po jakimś czasie przybył do miasta pielgrzym zmierzający do Santiago de Compostela i on właśnie okazał się głównym podejrzanym. Został skazany na śmierć przez powieszenie. Podczas biesiady tuż przed wykonaniem kary zwrócił się do biesiadników i spoglądając na koguta na ruszcie powiedział, że zapieje on gdy tylko skazany zawiśnie na szubienicy, by udowodnić jego niewinność. Wszyscy przyjęli to oczywiście ze śmiechem, jednak nie odważyli się go tknąć. Po kilkudziesięciu minutach, gdy wieszano biednego pielgrzyma ptak nagle ożył i donośnie zapiał, dzięki czemu w ostatniej chwili uratował skazanego przed śmiercią. Od tego właśnie momentu kogut stał się nieodzownym symbolem Portugalii.

P1160178

Sofia nieplanowana

Bilety do Sofii kupiłam całkiem przypadkiem. O Bułgarii i jej stolicy wiedziałam bardzo mało. Znałam walutę, wiedziałam, że język pisany jest czymś na wzór cyrylicy i potrafiłam nazwać kilka głównych miast. Przed samym wyjazdem udało mi się jednak całkiem dobrze przygotować. Poczytałam nieco o historii tego kraju, co warto zobaczyć i co zjeść. Zainteresował mnie także temat tamtejszego folkloru.

W marcu wsiedliśmy w samolot i udaliśmy się w kolejną podróż w nieznane. Lotnisko w Sofii przypomina trochę warszawskie Okęcie z lat dziewięćdziesiątych, trochę kwiatów, kilka drewnianych ławek i okienko do zamawiania taksówek przedstawia stolicę Bułgarii jako miasto, które zatrzymało się gdzieś przy końcu dwudziestego wieku i tak już zostało. Do hotelu dostaliśmy się taksówką. Po wypakowaniu wszystkich rzeczy i przebraniu się w lżejsze ubrania (znowu zaskoczyło nas ciepło) udaliśmy się w stronę centrum. Po raz kolejny poczuliśmy się jak w domu. Bloki z wielkiej płyty, balkony pomalowane w najróżniejsze kolory, małe osiedlowe sklepiki.

Przedmieścia Sofii wyglądają trochę jak każde polskie miasto. 


Zwiedzanie zaczęliśmy od najsłynniejszego zabytku Sofii, czyli Katedry Aleksandra Newskiego. Wzniesiona na cześć rosyjskiego cara Aleksandra II w XIX w. jest główną świątynią kościoła prawosławnego w Bułgarii. Mnie zachwyciła ona przede wszystkim swoim ogromem, co potęguje jeszcze brak wysokich budynków wokół niej. Wydaje się być także swego rodzaju symbolem zawiłości bułgarsko-rosyjskiej, freski wewnątrz katedry zostały stworzone przez artystów z obydwu krajów. Tuż przy katedrze znajduje się krypta wypełniona ikonami świętych.

IMG_3303

Kolejną świątynię, ukrywającą się wśród miejskiego zabudowania, łatwo jest przeoczyć. Cerkiew Bojańska, bo o niej mowa, ma bardzo duże znaczenie dla mieszkańców Sofii. Pochodząca ze średniowiecza, ozdobiona freskami z 1259 roku, została wpisana na listę UNESCO. Warto poświęcić również chwilę dla cerkwi Św. Mikołaja, która przypomina nieco styl świątyń moskiewskich.

Sofia kryje w sobie także pozostałości starożytnych budowli, co można obejrzeć w samym centrum miasta, a mowa tu o pozostałościach rzymskiej Serdiki. W okolicach Rotundy Św. Jerzego, przy której warto zatrzymać się by obejrzeć freski z IX w. p.n.e. obowiązkowo należy zobaczyć muzeum archeologiczne, by poznać historię miasta bardziej dogłębnie.

P1150951.JPG

Ja, jako pasjonatka wszystkiego, co folkowe i tradycyjne, do “sofijskiego must see” dodałabym również Muzeum Etnograficzne. Wszystkie stroje, wzory i hafty są niesamowicie piękne i interesujące. Mimo, że różnią się nieco od naszych tradycyjnych ubiorów, kolory są bardziej stonowane, skupione na czerni i odcieniach czerwieni, przez moment znowu poczułam się jak w domu. Bułgaria, tak samo jak i Polska, ma niesamowicie długą i ciekawą tradycję folklorystyczną, którą starają się celebrować i przekazywać kolejnym pokoleniom.

P1160079.JPG

A na koniec deser!

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o jedzeniu. A jest o czym wspominać! Z racji tego, że jedna z moich koleżanek pochodzi z Sofii, byłam całkiem nieźle przygotowana na wycieczką po lokalnych restauracjach. Pierwszą, o której trzeba wspomnieć jest Shtastliveca, która znajduje się na głównej ulicy handlowej w Sofii — Bulwar Witosza. W restauracji zaskoczyło nas wszystko, od jedzenia po wystrój.

P1160105.JPG

Drugą restauracją, z tradycyjnym bułgarskim jedzeniem jest Manastirska Magernitsa która wygląda nieco jak kolejne muzeum etnograficzne, jest pełna strojów ludowych i historycznych pamiątek. Jako przystawkę dostaliśmy chleb z przyprawami, bardzo ciekawie podany i wspaniale smakujący. Następnie mieliśmy okazję skosztować różnych bułgarskich potraw, moją ulubioną został kurczak po carsku. Na koniec oczywiście spróbowaliśmy domowych deserów.

P1160044

Bułgaria jest to kraj, który ma wiele do zaoferowania, jest interesujący pod wieloma względami i każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Sofia zwróciła naszą uwagę na inną, mniej znaną część Europy, dlatego obiecaliśmy sobie, że na pewno wrócimy jeszcze w te strony.