W drodze na północ, czyli Kanada w dni kilka

Słyszeliście kiedyś o kraju, w którym dostaje się mandat pochwalny za przepisową jazdę? A może o krainie, która kojarzy się z sosem do sałatek?

img_5105

Nasz wyjazd do Kanady był zupełnie przypadkowy. Podczas planowania zwiedzania Nowego Jorku myśleliśmy nad wycieczką do Niagara Falls i porównując odległości zadałam pytanie moim towarzyszom podróży: A może Toronto? Drugi raz powtarzać nie musiałam. I tak, podczas wielkiej wyprawy do USA znaleźliśmy się w kraju klonowego liścia.

img_5108.jpg

Podróż na północ zaczęliśmy od odwiedzenia Corning Museum od Glass, czyli muzeum szkła i wyrobów szklanych. Miejsce niesamowite, bo oprócz przepięknych figurek, kompozycji i wyrobów typowo użytkowych mogliśmy jeszcze poznać techniczno-naukowe zastosowanie szkła. Na koniec uczestniczyliśmy w pokazie tworzenia szklanych ozdób, w który wpleciona była historia rozwoju tego rzemieślnictwa oraz co prawdopodobnie czeka je w przyszłości. Byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni wizytą w muzeum i udowodniliśmy, że wcale nie trzeba znać się na szkle, żeby docenić jego piękno.

img_5102

 

Kolejnym przystankiem, już na granicy USA z Kanadą był wodospad Niagara. Jest to zdecydowanie miejsce, które trzeba raz w życiu zobaczyć, a najlepiej i latem i zimą. Wodospad Niagara, a właściwie WODOSPADY, a jest ich aż trzy, mają ponad 50 m wysokości, rozdzielone są wyspą Luna Island. Po stronie amerykańskiej znajdują się: American Bridal Veil, czyli po polsku Welon Panny Młodej oraz American Falls. Mają one ponad 60 m wysokości. Najpopularniejszy jednak jest wodospad po stronie kanadyjskiej i wcale nie nazywa się Niagara Falls, a Horseshoe Falls. Polecamy (ale tylko latem!) podpłynięcie statkiem prawie pod sam wodospad: widoki może nie zachwycają, bo w pewnym momencie przez strumień wody nie widać już nic, ale wrażenia niezapomniane! Ciekawą opcją, z której i my skorzystaliśmy, jest możliwość wjechania na Skylon Tower i zjedzenia obiadu w restauracji na jej szczycie. Uwielbiam posiłki “z widokiem”, a obserwowanie wodospadów z góry było nie lada przeżyciem.

img_5091img_5090img_5098img_5100

img_0258

Przyszedł czas na wizytę w Toronto. Byliśmy zaskoczeni faktem, że miasto nie jest tak duże jakby się mogło wydawać. Nie wiem, czy to zasługa kanadyjskiej architektury, czy w tym kraju ogromne metropolie po prostu nie mają prawa bytu. Stolica prowincji Ontario została okrzyknięta najbardziej multikulturowym miastem świata, zamieszkuje je ponad 150 grup etnicznych. Za największą atrakcję miasta uznaje się Scotiabank Arena, dla fanów hokeja oczywiście, których w Kanadzie jest bardzo dużo, a zaraz po niej wymienia się CN Tower, czyli wieżę transmisyjną, która jeszcze do 2007 roku była najwyższą budowlą na świecie. Nie omieszkaliśmy udać się na zakupy w centrum miasta, w naszych koszykach znalazł się oczywiście tradycyjny syrop klonowy we wszystkich chyba możliwych formach: tradycyjny w słoiczku, jako dodatek do ciasta i lodów a nawet w formie lizaka! Na koniec naszej wycieczki po Toronto trafiliśmy do chinatown, gdzie skusiliśmy się na azjatycką kolację.

img_5110img_5109img_5101

 

W drodze powrotnej do Nowego Jorku udało nam się odwiedzić krainę tysiąca wysp. Wielu z Was nazwa ta, tak samo jak i nam, kojarzyć się będzie z popularnym sosem do sałatek. I prawidłowo, bo sos ten właśnie stamtąd pochodzi. W krainie tysiąca wysp mieszkała jego wynalazczyni Sophia LaLonde, która przekazała swoją recepturę znanej aktorce teatralnej May Irwin a także właścicielowi hotelu Harold. May wymyśliła nazwę sosu, a hotel pierwszy raz umieścił go w swoim menu, gdzie można go próbować do dziś. Zostawmy jednak walory smakowe, a skupmy się na naszej wyprawie. Thousand Islands jest łańcuchem wysp na Rzece Św. Wawrzyńca, które leżą na odcinku około 80 km w dół od Kingston, gdzie rzeka wypływa z jeziora Ontario. Jest ich bagatela 1865, a największa, Wolfe Island, ma 100 km² powierzchni. My zdecydowaliśmy się na przepłynięcie fragmentu rzeki statkiem, piękna pogoda nas skutecznie do tego zachęciła. Przygodę zaczęliśmy z samego rana od pożywnego śniadania na pokładzie naszej łajby, a zaraz po nim usiedliśmy wygodnie na górnym pokładzie, by w pełnym słońcu podziwiać widoki. A, uwierzcie, jest co oglądać. Na wielu wyspach wybudowane są fikuśne domki letniskowe, a na jednej z nich, Heart Island, stoi nieukończona posiadłość, a tak właściwie zamek – Boldt Castle. Właściciel wyspy, jeden z amerykańskich milionerów, przerwał budowę po śmierci swojej żony i już nigdy na Heart Island nie powrócił. Kilka kilometrów dalej, naszą uwagę zwróciły dwie malutkie wyspy, Wellesley i Hill, a raczej most między nimi, który według niektórych jest najkrótszym międzynarodowym mostem drogowym. Kraina tysiąca wysp była dla nas zupełnie przypadkową atrakcją, która wywarła nas ogromne wrażenie. Nigdy wcześniej o niej nie słyszeliśmy, niewiele można o niej przeczytać w przewodniach, a szkoda, bo miejsce to jest niesamowicie urokliwe, szczególnie końcem lata.

img_5106img_5095img_5096img_5094img_5107

img_5121

Północne Stany i południowa Kanada to tylko skrawek ogromnych państw, a do zaoferowania mają więcej niż niejeden kraj. Mieszanka miasteczek i parków narodowych jest tak zbalansowana, że wydaje się dla nas najwspanialszym miejscem do życia. Pogoda jest idealna: lato gorące i słoneczne, zima mroźna i zaśnieżona. Podczas wyjazdu do Nowego Jorku polecamy na chwilę oderwać się od zgiełku wielkiego miasta i uciec na łono natury. Zaufajcie, będziecie chcieli zostać tam na dłużej.

Dużą atrakcją jest także to cudeńko:img_5103

10 atrakcji Nowego Jorku, których nie możesz przeoczyć

Nowy Jork jest to podróżnicze marzenie wielu z Was, co w pełni rozumiem i nie mogę się temu w żaden sposób dziwić. Muszę przyznać, że w moim przypadku było jednak zupełnie inaczej. Nowy Jork, jak i w sumie całe Stany Zjednoczone miały gdzieś tam swoje miejsce na mojej liście “must see”, aczkolwiek nie była to napewno pierwsza dziesiątka. Nigdy nie miałam parcia na podróż w tamtą stronę świata (w odróżnieniu od wyprawy do Rosji na przykład). Marcin natomiast zawsze marzył o podróży do Nowego Jorku. Miał baaaardzo długą listę budynków, ulic i atrakcji, które koniecznie chciał zobaczyć. Udało nam się może z połową, więc Wielkie Jabłko musimy jeszcze kiedyś odwiedzić.

img_4915

Dlaczego tak właściwie Nowy Jork nazywa się “Wielkim Jabłkiem”? Gdy spytacie o to nowojorczyka dowiecie się, że chodzi o słynne jabłko, którym Ewa poczęstowała Adama. Jednak prawdziwa historia mówi zupełnie co innego. W latach 20-tych XIX wieku redaktor New York Times J. J. Fitzgerald usłyszał tę nazwę na jednym z torów wyścigowych i tak przypadła mu do gustu, że nazwał swoją kolumnę w tej właśnie gazecie “Around the Big Apple”. Pisał w niej o wyścigach konnych i nazwa ta stała się najpierw symbolem nowojorskich gonitw, a potem także całego miasta. W 1997 roku Rudolph Giuliani, burmistrz Nowego Jorku, nadał nazwę “The Big Apple Corner”, dla rogu Broadway i 54 Ulicy, bo właśnie tam przez niemalże 30 lat mieszkał redaktor John Fitzgerald.

img_4914

My zaczęliśmy zwiedzanie Wielkiego Jabłka od przejścia się po kultowym Times Square w środku nocy. Co jest urokiem tego miejsca? Zupełnie nic. Jest to jedyna atrakcja turystyczna na świecie, gdzie oprócz zrobienia sobie zdjęcia “jak z pocztówki” nie uświadczycie niczego ciekawego. I to jest właśnie ciekawe.

img_4917img_4911

Przed wyjazdem do stanów spisaliśmy listę “co musimy zobaczyć” i właśnie nią kierowaliśmy się podczas zwiedzania miasta. Polecam stworzyć sobie taką rozpiskę przed wyjazdem do Nowego Jorku, bo jest to miasto tak ogromne, że nie da się przez kilka dni zobaczyć wszystkiego. My postanowiliśmy kupić bilet na najważniejsze atrakcje (z uwagi na małą ilość czasu). Jest mnóstwo stron, które sprzedają tego typu wejściówki, my skorzystaliśmy z City Pass. Cały bilet kosztował 126 dolarów i zawierał: Empire State Building (2 wejścia: w nocy i w dzień), Muzeum Historii Naturalnej, MET, Top of the Rock, Statuę Wolności, Ellis Island oraz Muzeum 9/11. Plusem jest jeden bilet na wszystko i omijanie kolejek, co zaoszczędziło nam mnóstwo czasu.

img_0271

 

Empire State Building to miejsce, które zapamiętamy na długo. Sam budynek i jego wnętrze robi ogromne wrażenie, a na koniec dochodzi jeszcze panorama miasta widziana z 86. piętra! Sama nazwa budynku pochodzi od nieoficjalnej nazwy stanu Nowy Jork: “Empire State”. Jego budowę zaczęto w 1930 roku i trwała ona 58 tygodni. Powstały przy słynnej Fifth Avenue, mierzący 381 metrów wieżowiec ma 103 piętra, w tym jedno podziemne. Waży (!) 360 tysięcy ton. Mało kto wie, że w roku 1945 uderzył w niego samolot bombowy lecący na lotnisko Newark. Przyczyną wypadku była bardzo gęsta mgła, a siła uderzenia była tak wielka, że samolot przebił budynek na wysokości 78. piętra i wypadł z drugiej strony budynku.

img_4926

img_4925

20180906_170332

p1040851

Top of the Rock, czyli taras widokowy w Rockefeller Center, to miejsce, gdzie możecie uchwycić panoramę Nowego Jorku wraz z Empire State Building. Położony w centrum Manhattanu kompleks budynków znany przede wszystkim miłośnikom Bożego Narodzenia, z uwagi na choinkę tam umieszczaną a także słynne lodowisko (ale w takim wydaniu jeszcze tego miejsca nie widzieliśmy).

img_0302img_0252img_4919

img_4742

Teraz będzie trochę emocjonalnie. Każdy, kto widział w telewizji relację z wydarzeń z 9 września 2001 roku pamięta jak bardzo to wszystkich dotknęło. Wizyta w muzeum 9/11 przywraca te wspomnienia ze zdwojoną siłą. Dopiero tam poniekąd uświadomiliśmy sobie, że to wszystko było naprawdę, że prawie 3 tysiące ludzi zginęło i jak bardzo wydarzenia te zmieniły świat. Muzeum podzielone jest na 3 wystawy: 11 września, przed zamachem oraz po zamachu. Ważnym miejscem jest pomnik poświęcony ofiarom tragedii, w miejscu fundamentów dawnych twin towers powstały 2 zbiorniki wodne, w których nieustannie przelewa się woda. Symbolizuje to pustkę oraz przemijanie. Warto tam przystanąć na chwilę i zobaczyć to, co jest niewidoczne dla oczu.

img_4923

img_4912

img_0108

W pobliżu Muzeum 9/11 znajduje się port, z którego można dopłynąć na Ellis Island oraz Liberty Island (gdzie znajduje się Statua Wolności). Skupiliśmy się, jak rasowi turyści, na zobaczeniu “zielonej pani z pochodnią”, a tu niespodzianka: zdecydowanie bardziej interesująca okazała się druga wyspa, czyli miejsce gdzie do wyśnionej Ameryki przybywali imigranci z Europy i nie tylko. W latach 1892-1924 na wyspie działało biuro ds. przyjmowania imigrantów, które przyjęło ich około 12 milionów. Po przybyciu na wyspę ludzie byli przesłuchiwani i badani przez lekarzy. Niektórzy musieli tam spędzać tygodnie lub nawet miesiące, przechodząc kwarantannę i ewentualne leczenie. Nie obyło się bez ofiar śmiertelnych, około 3 tys. przybyłych umarło na “wyspie łez”. Wielu imigrantów było oszukiwanych przez “hieny z Ellis Island”: urzędników, osoby sprzedające bilety a nawet fryzjerów. Miejsce warte odwiedzenia, kawał nieopowiedzianej historii, także z polskimi wątkami.

img_4921

A Statua Wolności? Jak z pocztówki.

img_4922

Nadszedł czas na chwilę wytchnienia w parku? Przecież możemy sobie pozwolić na krótki spacerek po Central Parku. Otóż nie, moi mili. Nie będzie to spacerek, będzie to WĘDRÓWKA, że aż Was nogi zabolą. O ogromie największego Parku w Nowym Jorku przekonacie się dopiero wtedy, jak po całym dniu zwiedzania miasta będziecie chcieli go przejść. 364 hektary powierzchni, bez przysiadania na ławkach się nie obędzie.

 

img_4924

 

Wiecie co jeszcze wywarło na mnie spore wrażenie? Most Brookliński. Z racji tego, że nocowaliśmy właśnie w Brooklinie mijaliśmy ten zabytek minimum 2 razy dziennie. Jest to jeden z najstarszych (1883r.) mostów wiszących na świecie, a znany jest przede wszystkim z wielu hollywoodzkich produkcji.

img_4930

 

Ciężko jest wymienić tylko 10 atrakcji w tak ogromnym i zróżnicowanym mieście. Powiedziałabym, że jest to wręcz niemożliwe. Jednak poniżej wymieniamy te, które najbardziej utkwiły nam w pamięci i warto mieć je na uwadze, gdy ma się niewystarczającą ilość czasu (teraz wiem, że na Nowy Jork potrzeba znacznie więcej jak 7 dni).

Lista 10 atrakcji Nowego Jorku wg “Trupy”

  1. Empire State Building
  2. Ellis Island
  3. Muzeum 9/11
  4. Central Park
  5. MET
  6. Times Square
  7. Statua Wolności
  8. Top of the Rocks
  9. Brooklyn Bridge
  10. Central Station

 

Do zobaczenia w Nowym Jorku!

Podróże receptą na udany związek

Niemalże każdego dnia słyszę od kogoś „ale Wam dobrze, że na siebie trafiliście i zwiedzacie świat” albo „takie małżeństwo to rzadkość”. I faktycznie, wspaniale czujemy się razem i świetnie się dogadujemy, ale jest to zasługa wyłącznie ciężkiej pracy. Bo nad związkiem trzeba pracować. Nie sztuką są maślane oczy i kolacje przy świecach, bo miłość, zaufanie i zrozumienie trzeba pielęgnować. My także mieliśmy gorsze dni, ale odkąd zaczęliśmy razem wyjeżdżać wiele nauczyliśmy się od siebie i o sobie. I wciąż to robimy! Dlatego właśnie podróżowanie stało się dla nas receptą na udany związek.

Co jest wyjątkowego we wspólnych wyjazdach? Już wyjaśniam!

 

 

Razem 24/7

Razem się budzimy i chodzimy spać. Razem mokniemy w ulewach i przypiekamy na słońcu. Denerwujemy się na opóźniony samolot i wracamy pieszo z lotniska w środku nocy. Czasami naprawdę jest romantycznie i wspaniale, ale zdarzają się sytuacje (5 dni w jednym i tym samym przedziale w pociągu), że mamy siebie serdecznie dość i bardzo chętnie spędzilibyśmy chociaż chwilę OSOBNO. To nauczyło nas, że chcemy spędzać też trochę czasu samotnie, potrafimy wychodzić z domu osobno, poświęcać się odrębnym zupełnie zainteresowaniom, mieć różnych przyjaciół, z którymi niekoniecznie spotykamy się wspólnie. Nie jesteśmy jak papużki-nierozłączki. To daje nam trochę wytchnienia. Bo warto czasami za sobą zatęsknić.

 

Podział obowiązków

W tej kategorii jesteśmy mistrzami! Od planowania kolejnych destynacji, przez formalności wizowe, po pakowanie plecaków, wszystko chodzi jak w szwajcarskim zegarku. Wiemy za co jesteśmy odpowiedzialni: o co muszę martwić się ja, a co bierze na siebie Marcin. Nawet kilogramy w plecakach rozkładamy w miarę po równo (no dobra, ja mam zawsze około 1,5 kg mniej). A takie podróżnicze przyzwyczajenia doskonale przekładają się na życie codzienne. Dzielimy obowiązki w domu, płacenie rachunków a nawet opiekę nad kotem. Sprawiedliwie i bez większych zgrzytów, po miesiącach (kilometrach!) praktyk oczywiście.

 

W zdrowiu i w chorobie

Katarek i kaszelek jest NICZYM w porównaniu do prawdziwych chorób w podróży. Co mam na myśli? Nieskończone biegunki po zjedzeniu świeżych warzyw (które mają na sobie zupełnie inną florę bakteryjną) lub po niemądrym napiciu się wody z byle jakiego źródełka w środku Azji; choroba lokomocyjna, która na pokładzie katamaranu potraja swoją moc i masz wrażenie, że śmierć jest blisko; gorączki po spędzeniu kilku godzin na plaży (“Renia, mam udar!”); zadrapania, odciski, skręcone kostki, odparzone tyłki i wiele innych dolegliwości, którymi wolelibyście się nie dzielić nawet z panem doktorem, a co dopiero z drugą połówką, która w tym właśnie momencie dzielnie trzyma Ci włosy, kiedy Ty próbujesz wypluć swoje wnętrzności.

 

Wiesz o mnie wszystko

Podróże spowodują, że już niczego nie będziecie się wstydzić, a tematy tabu przestaną istnieć. Każdy człowiek się poci, tak samo jak każdy człowiek (dziewczyny też!) korzysta z toalety. A wy będziecie wiedzieć, co do minuty, kiedy druga połówka będzie musiała zejść z trasy i na kilka chwil wskoczyć w krzaki. Nie zawsze będzie czas i możliwość pójścia pod prysznic. Nie będzie makijażu, wymodelowanej fryzury i gładkiej skóry. Jeżeli będziecie w stanie okazywać sobie uczucia po kilku dniach bez prysznica znaczy to, że to związek na całe życie.

 

Tysiące wspomnień

…których nikt Wam nie odbierze. Pocałunki przy zachodzącym słońcu, romantyczne spacery nad lazurowym wybrzeżem i nie tylko! Nauka jedzenia pałeczkami, wycieczki rowerowe przez wyspę, wyprawa do muzeum czołgów w ulewnym deszczu, próby jakiejkolwiek komunikacji z tubylcami. Każda podróż daje coś do zapamiętania, a zaufajcie, wspaniale jest usiąść wieczorem z kubkiem kakao i przypominać sobie te wszystkie historie. A apetyt rośnie w miarę jedzenia!

 

Szkoda czasu na kłótnie

Tego też próbowaliśmy. Pamiętam jak na jednym z wyjazdów pokłóciliśmy się o jakąś bzdurę. Wyszłam z hotelu na ulicę, po czym za chwilę przyszedł on pytając: “No i gdzie ty chcesz teraz iść?” Cóż, miał rację, więc potulnie, śmiejąc się wróciłam do pokoju. W podróży kłócić się zwyczajnie NIE OPŁACA. Jest tyle miejsc do zobaczenia, tyle kilometrów do przejścia, że każda minuta jest na wagę złota, więc szkoda tracić ją na obrażanie się.

Godziny rozmów

Dzięki rozmowom właśnie wiemy o sobie niemalże wszystko. Historie z dzieciństwa, ulubieni nauczyciele ze szkoły i masa innych rzeczy, do których nie wracasz przy zwykłej pogawędce przy kawie. Rozmawiamy czekając na samolot, siedząc w pociągu i leżąc na plaży. O wszystkim i o niczym. Czasami nawet z nudów.

Podróże kształcą. Stajemy się odważniejsi, doceniamy to co mamy i potrafimy przetrwać nawet najtrudniejsze sytuacje. Każdy wyjazd zmienia nas w pewnym stopniu. A my zmieniamy się RAZEM. Celebrujemy każdą chwilę spędzoną w nowym kraju i oprócz innych kultur i sposobu życia uczymy się także samych siebie. I to właśnie w podróżowaniu jest najpiękniejsze.

 

Jak zaplanować wyjazd do USA?

Zabrałam się nareszcie za relację z naszego wyjazdu do Nowego Jorku. Pomyślałam, że na wstępie warto będzie opisać proces aplikowania o wizę, bo wielu z Was pytało, jak to wszystko wygląda i czy naprawdę jest to trudne i nie do przejścia. Dla nas także wyjazd do Stanów jeszcze kilka miesięcy temu wydawał się wręcz nieosiągalny. Wiza, kilkugodzinny lot za niemałe pieniądze i zupełnie inny świat po drugiej stronie Atlantyku. Czy tak jest naprawdę? Oto kilka spostrzeżeń z naszych przygotowań do wyjazdu.

8df2bbf2-4aa7-4879-ad1d-b30cd70c4c09

Nie taka wiza straszna jak ją malują

Nasza przygoda z wnioskami wizowymi rozpoczęła się dużo wcześniej, przed powstaniem pomysłu na wyjazd do Stanów. Tony dokumentów, przeróżne wymagania przedwyjazdowe wielu krajów, zdjęcia, potwierdzenia pobytu a nawet tymczasowe zameldowanie mieliśmy obcykane jak każdy szanujący się podróżnik. Nie zmienia to oczywiście faktu, że na samą myśl o wypełnianiu aplikacji na stronie ambasady USA trafia mnie szlag. Program jest tak niesamowicie stary, że przy każdej dłuższej przerwie (około 3 minuty) zwyczajnie Cię wylogowywuje i zmusza do zaczęcia wszystkiego od początku. Wyobraźcie sobie teraz naście stron pytających o pracę, miejsca zamieszkania, szkoły, dane rodziców, planowany przyjazd i wszystkie inne rzeczy, których, chcąc nie chcąc, pamiętać nie będziecie i w mgnieniu oka zrozumiecie moją frustrację. Gdy już uda Wam się zatwierdzić ten cholerny wniosek i wnieść opłatę w wysokości 160 dolarów, musicie tylko umówić się na spotkanie w konsulacie. Nasza wizyta w ambasadzie w Londynie trwała około godziny (4 uczestników wyprawy). Urzędnik zadał nam dosłownie trzy pytania: gdzie pracujemy oraz po co i na ile chcemy lecieć do Stanów. Po tygodniu otrzymaliśmy paszporty z wizą wklejoną na 10 lat.

20180831_191736

Bilety

Jak zapewne dobrze wiecie, rezerwacja biletów lotniczych jest dla nas dość czasochłonnym przedsięwzięciem. Ceny biletów mogą się zmieniać nawet kilkanaście razy na dzień, są diametralnie różne w poszczególne dni tygodnia itd. Cierpliwie sprawdzaliśmy portal skyscanner, który pokazywał nam różne linie lotnicze, typy biletów i ceny. Oczywiście typ biletów “light” bez bagażu rejestrowanego, a często także bez jedzenia na pokładzie jest najtańszy, aczkolwiek nie jest to reguła. Koniec końców udało się nam kupić bilety za 317 funtów od osoby, czyli około 1500 zł.

20180831_192219

Kontrola po przylocie

Po wylądowaniu na lotnisku JFK w Nowym Jorku musieliśmy oczywiście przejść kontrolę paszportową. Na szczęście nie trzeba już wypełniać tzw. “landing card”, czyli karty lądowania, wszystko robi się elektronicznie w maszynach, tuż przed kontrolą. Nie obyło się oczywiście bez chwili grozy. Każdy z nas, jak jeden mąż, stanął przy swojej maszynie, zeskanował paszport, uzupełnił wszystkie potrzebne informacje i dał sobie zrobić zdjęcie. Otrzymaliśmy druczki z numerem i rodzaj kolejki, następnie jeden z urzędników wskazał nam drogę. Marcin trafił do zupełnie innej poczekalni, w drugim końcu sali, z wielkim “X” na swoim wydruku. Nie do końca wiedzieliśmy co się dzieje, stwierdzając, że go nie wpuszczą i deportują. Moja kontrola paszportowa była bardzo krótka, pytanie jak długo planuję zostać, pieczątka i “welcome to US”. Potem musieliśmy tylko czekać na Marcina. Ja zaczęłam się już zastanawiać, czy powinnam zostać czy może dać się deportować wraz z mężem, aż tu nagle miła niespodzianka: uśmiechnięty Marcin wchodzi do hali bagażowej. Okazało się, że złowieszczy “X” oznaczał jedynie, że cały proces podawania informacji w maszynie został zrobiony w innym języku niż angielski (w jego przypadku oczywiście był to nasz ojczysty język).

20180901_003130

Czas na wielki świat!

Po odebraniu bagaży i szybkim odświeżeniu się postanowiliśmy od razu ruszyć w miasto (nieważne, że była druga w nocy). Do centrum Nowego Jorku udać się można na wiele sposobów, my wybraliśmy lotniskowy pociąg “JFK Airtrain”, który z terminala IV zabrał nad prosto na Jamaica Station, gdzie mogliśmy wsiąść w linię metra “E” i dojechać chociażby na Times Square. Kosztuje to około 7 dolarów, pociągi jeżdżą bardzo często, nawet w środku nocy.

img_2615-2

49947621_390768911692165_8267104135405371392_n

I tym właśnie sposobem, cali, zdrowi i rządni wrażeń zaczęliśmy naszą amerykańską przygodę. Nie obyło się oczywiście bez nowojorskiej pizzy z lokalnej miejscówki.

Przyznać muszę, z resztą nie tylko ja, ale cała wyjazdowa ekipa (pózniej oficjalnie już nazwana “trupą”) zapewne przyzna mi rację w tej kwestii, że nie jest wcale trudno zorganizować taki wyjazd. Nie wierzcie w bajki na temat złowrogich ludzi w ambasadach i szczegółowego interview. Zazwyczaj jest to całkiem szybki i bezbolesny proces, po którym ogromy kraj, pełen pięknych miejsc stoi przed Wami otworem!

20180901_022134_001

 

 

5 atrakcji, które warto zobaczyć w Genewie

Szwajcaria stała się kolejnym miejscem na mapie Europy, do którego postanowiliśmy się udać podczas naszego bardzo długiego miesiąca miodowego. Jest to kraj, który ciekawi nas pod wieloma względami: kulturowym, historycznym a nawet lingwistycznym (bo jak można w tak małym państwie mieć aż cztery języki urzędowe?).

Po wylądowaniu na lotnisku w Genewie dowiedzieliśmy się, że transport publiczny na terenie kraju jest darmowy dla turystów. W hali bagażowej, tuż obok wyjścia stoi automat, w którym można odebrać bilet na pociąg do centrum miasta. Fajnie, co?

Przylatując w styczniu do Genewy, drugiego największego miasta w Szwajcarii, spodziewasz się na pewno wysokich gór i tony śniegu, a tu niespodzianka! Ani gór, ani śniegu. Nieprzyjemny wiatr i trochę zimnego deszczu nad brzegiem jeziora: tak wspominamy ten wyjazd pod względem pogody.

Ale co tak właściwie można zobaczyć w tym mieście? Przejdźmy do rzeczy.

Jet d’Eau 

Wysoka na 140 m fontanna, wyrzucająca wodę z prędkością 200 km/h jest symbolem Genewy. Powstała już w 1885 roku, jednak nie jako atrakcja turystyczna. Kilkumetrowy wtedy wodotrysk miał na celu odprowadzanie nadmiaru wody w przypadku zbyt dużego ciśnienia w instalacjach wodnych przeznaczonych do napędzania maszyn genewskich jubilerów. Teraz działa ona w określonych godzinach, dłużej latem, krócej zimą. Podczas silnego wiatru i niskiej temperatury fontanna jest wyłączana.

Katedra Św. Piotra i panorama miasta

Budowana przez kilka stuleci, łącząca mnóstwo stylów architektonicznych z niesamowitą historią, czyli zabytek, który koniecznie trzeba zobaczyć. W północnej nawie zachowało się miejsce, gdzie podczas nabożeństw zasiadał Jan Kalwin. Zgodnie z jego naukami wnętrze świątyni jest surowe, bez przepychu. Zwiedzając katedrę warto poświęcić czas na wejście na wieże (północną i południową). Po dotarciu na górę można podziwiać panoramę miasta, a sama wspinaczka usłana jest historycznymi faktami i rzeczami z poprzedniej epoki.

Patek Museum

Jeżeli chcecie poznać choć trochę historii kunsztu zegarmistrzowskiego (w końcu jesteśmy w Genewie) z polskimi wątkami w tle, Muzeum Patka to miejsce dla Was! Dla nas było to trochę jak podróż w czasie. Cała wystawa jest wyjątkowo interesująca i można dowiedzieć się paru ciekawostek na temat słynnego polskiego zegarmistrza ze Szwajcarii.

Horloge Fleuri

Najsłynniejszy zegar kwiatowy w Ogrodzie Angielskim. Niezwykle popularny wśród turystów jest hołdem dla lokalnego przemysłu. Na nas jednak nie zrobił wrażenia, a co więcej, przy spacerze po mieście po prostu go nie zauważyliśmy. Nie jesteśmy wielkimi fanami kwiatów, a zegarki jednak wolimy prawdziwe. 🙂

Siedziba ONZ

Pośrodku parku Ariana nad brzegiem Jeziora Genewskiego, za wielkim ogrodzeniem znajduje się Palais des Nations, czyli Pałac Narodów Zjednoczonych. W środku znajdują się 34 pomieszczenia konferencyjne oraz 2800 biur, m. in. Biuro Wysokiego Komisarza ds. Przestrzegania Praw Człowieka. Od roku 1966 stanowi główną europejską siedzibę ONZ, dlatego jest terytorium międzynarodowym. Tuż obok pałacu zobaczycie ciekawy pomnik: ogromne krzesło bez nogi. Jest ono symbolem protestu przeciwko używaniu min przeciwpiechotnych w toczących się wojnach.

Genewa jest to miasto, które spokojnie można zobaczyć w jeden, dwa dni. Podejrzewam, że jest dużo bardziej urokliwa w okresie letnim lub pokryta śniegiem, ja jednak cieszyłam się, że zaplanowaliśmy tam tylko krótki, weekendowy wyjazd. Szwajcaria jednak nadal nie kojarzy mi się z miastami i zabytkami. Ten kraj to przede wszystkim Alpy i wspaniałe górskie wycieczki, dlatego jeżeli wybierzemy się tam po raz kolejny to zdecydujemy się na małomiasteczkowe zwiedzanie.

Warto pomagać, czyli o wolontariacie z pandami

Jaka jest definicja podróżowania? Zwiedzanie świata, przemierzanie kolejnych kilometrów, poznawanie nowych ludzi i ich kultur? A może robienie zdjęć, próbowanie nowych rzeczy i zbieranie pamiątek? Każda jest w jakiś sposób trafna, a my znaleźliśmy jeszcze jedną – pomaganie.

Planując nasz wyjazd do Chin od początku gdzieś z tyłu głowy tkwił pomysł na zobaczenie pandy wielkiej. Jednak zarówno ja jak i Marcin nie jesteśmy fanami ogrodów zoologicznych, więc wypad do pekińskiego zoo nie był nawet brany pod uwagę. Zupełnie przez przypadek, przeglądając przeróżne relacje z podróży trafiłam na filmik z pandami w roli głównej. Była to promocja wolontariatu w “przedszkolu dla pand” w Chengdu. I tak zaczęły się poszukiwania. Miejsce, loty, nocleg, badania lekarskie… Równo miesiąc później byliśmy już na miejscu.

P1040099.JPG

Oczywiście nie wszystko zorganizowaliśmy sami, po pierwsze z braku czasu, po drugie bez znajomości języka chińskiego było nam ciężko cokolwiek załatwić. We wszystkim pomogła nam organizacja MY PANDA TOUR, oni kupili dla nas bilety, zdobyli potrzebne dokumenty i zawieźli na miejsce.

Nasz wolontariat odbył się w Dujiangyan Panda Base, oddalonej od Chengdu o 70 kilometrów. Najpierw musieliśmy przejść proces rejestracji, żeby dostać przepustkę, następnie ubrani w koszulki z logo bazy (żeby odróżniać się od turystów) wysłuchaliśmy instrukcji oraz regulaminu miejsca.

IMG_0042.JPG

Obowiązków mieliśmy kilka, były one dostosowane do pory dnia i stylu życia pand, które zdecydowanie bardziej aktywne są rano, popołudniami głownie ucinają sobie drzemki.

Z samego rana dostaliśmy rękawiczki, ponieważ naszym zadaniem numer jeden było wyczyszczenie zagród. Najpierw zbieraliśmy niedojedzone resztki bambusa i warzyw, a potem zajęliśmy się sprzątaniem odchodów. Nie jest to może zadanie dla osób bardzo wrażliwych, aczkolwiek dla każdego posiadacza domowego zwierzaka nie stanowi to problemu.

IMG_0037IMG_0036IMG_0030

Kolejnym etapem było przygotowywanie jedzenia. Pandy jedzą głownie bambus, a konkretniej jego łodygi, które trzeba połamać, żeby ułatwić tym leniwym zwierzakom posiłek. Ciekawym faktem jest, że panda należy do zwierząt drapieżnych, jej układ pokarmowy jest stworzony do trawienia mięsa. Być może dlatego, jedząca głownie warzywa panda trawi jedynie 25% przyjmowanego pokarmu (gdzie np krowa 80%).

IMG_1474P1040020P1040035P1040049

Biało czarny niedźwiedź jada także ciasto sojowe, którego przygotowanie należało do naszych obowiązków. W skład takiego wypieku wchodzą: mąka kukurydziana, soja, miód, ryż i zboża. Na początku wychodziły one nieco niekształtne, jednak po kilku próbach staliśmy się mistrzami “panda cake”. 🙂

IMG_0038

IMG_1480

Najprzyjemniejszym zadaniem było karmienie. O ścisłe określonej porze musieliśmy się pojawić w boksie, który przystosowany był do spożywania posiłków. Była to swego rodzaju jadalnia dla pand. Tam właśnie mogliśmy własnoręcznie podać posiłek naszym nowym chińskim przyjaciołom.

IMG_0033P1040083

Oczywiście i my mieliśmy czas na spożywanie posiłków. W programie naszego wolontariatu uwzględniono nas jako tymczasowych pracowników ośrodka, co łączyło się z jedzeniem w tamtejszej stołówce. Nasi koledzy musieli nam wytłumaczyć jakie potrawy podawano i jaka jest ich zawartość. Niektóre z dań, jak na kuchnię syczuańską przystało, były niesamowicie ostre i jeszcze długo po zjedzeniu paliły w język. Wszystkie jednak jedliśmy ze smakiem, często sięgając po dokładki.

39409086_253972388564984_5902653656032870400_n39468246_451391665343409_4562399026732859392_n

Jak to w kuchni chińskiej bywa, nie obyło się bez niespodzianek. Po jednym z posiłków przyjrzałam się temu co zostało na tacce i, ku mojemu zdziwieniu, odkryłam część głowy kaczki, z dziobem włącznie (dowód na zdjęciu poniżej). Było to moje pierwsze zetknięcie z magią prawdziwej chińskiej kuchni, która z dnia na dzień zaskakiwała mnie coraz bardziej…

39575668_2111697772237651_6103000664776900608_n

Żeby nie skupiać się na jedzeniu dziwnych rzeczy, opowiem jeszcze trochę o samym rezerwacie. Jest to miejsce ciekawe zarówno pod względem turystycznym jak i wolontariackim. Oprócz wszystkich aktywności związanych z pandami, mogliśmy także posłuchać wykładów i obejrzeć filmy na temat tych pięknych zwierzaków oraz ogromnej pracy, jaką wykonują wolontariusze, pracownicy oraz władze kraju. Panda wielka jest gatunkiem, któremu zagraża wyginięcie. Nie są one w stanie żyć dziko, nie ze względu na drapieżników (ponieważ swoimi gabarytami odstraszają większość z nich), a z powodu swojej natury. Są to zwierzęta dość leniwe i nie lubią aktywności fizycznej, prócz tego przez swoją niezdarność potrafią szybko zrobić sobie krzywdę. Potrzebują więc bezwzględnie specjalnej opieki.

IMG_0017P1040094P1040095P1040106P1040150P1040171

Podsumowując, wyjazd do Dujiangyan był jednym z najważniejszych przeżyć w moim (naszym!) życiu. Zdecydowaliśmy, że przynajmniej raz w roku wybierzemy się na wolontariat, za każdym razem robiąc coś innego, pomagając innym zwierzętom w różnych stronach świata. Pobyt w Chengdu uświadomił nam jak wiele jest miejsc, gdzie nawet najmniejsza pomoc jest na wagę złota. Nasze certyfikaty powiesiliśmy na ścianie, żeby codziennie przypominały nam o tym, że WARTO POMAGAĆ.

COKW7163