Jak się pakować, żeby nie zwariować?

Już na samym początku zaznaczę, że ani ja ani Marcin do mistrzów pakowania nie należymy. Muszę jednak przyznać, z wyjazdu na wyjazd idzie nam to coraz lepiej, wszystko jest dużo bardziej zorganizowane, a przestrzeń w plecakach logistycznie podzielona i zapełniona. I bardzo mnie to cieszy.

Pierwszy plecak, który pakowaliśmy na jeden z naszych krótkich wyjazdów był wypełniony absolutnie po same brzegi. Kilka sweterków i spodni, gruba piżama i dodatkowe buty zajęły niesamowicie dużo miejsca, były niepotrzebnym ciężarem a co najgorsze, w ogóle się nie przydały. Czego więc unikać, a co rozważnie przygotować przed wyjazdem? Oto kilka naszych sprawdzonych zasad.

Plecak jest lepszy od walizki

Czy naprawdę muszę kogoś jeszcze przekonywać? Plecak można zabrać w teren, nie nosisz go niewygodnie raz w jednej, raz w drugiej ręce. Przy aktualnej polityce bagażowej tanich linii lotniczych na plecak nie zostanie zazwyczaj nałożona dodatkowa opłata i spokojnie można zabrać go na pokład, co oszczędza czas w miejscu docelowym: nie musicie czekać, aż bagaż zostanie wyładowany na taśmę w hali bagażowej. Wszystko, czego potrzebujecie macie zawsze w zasięgu ręki: leki, bluzę, okulary przeciwsłoneczne. Wygodny plecak to podstawa (o ich rodzajach napiszę w osobnym poście), na krótkie wyjazdy ja zdecydowałam się na firmę Roxy, Marcin na Wisport, natomiast na długie wyprawy obydwoje kupiliśmy słynne i NIEZAWODNE plecaki marki Deuter.

44439566_883459128524342_4021527829438005248_n (1)

Sprawdzamy pogodę przed wyjazdem

Dobrze wiecie, że ja jestem mistrzem w sprawdzaniu tego właśnie czynnika, szczególnie jeżeli chodzi o krótkie wyjazdy. Jednak nie jestem zbyt ufna wszelkim aplikacjom, dlatego zawsze kończę z jednym swetrem za dużo. Warto jest jednak wiedzieć, czy należy nastawić się na deszcz i zabrać ze sobą kurtkę, czy jednak wystarczy nam lekka bluza na chłodniejsze wieczory.

P1020715.JPG

Robię listę potrzebnych rzeczy

Nic tak nie pomaga jak sprawdzona ściąga z kilkoma obowiązkowymi rzeczami, które w plecaku znaleźć się muszą. Najczęściej robię ją już kilka dni przed wyjazdem, żeby co trochę dopisywać ważne podpunkty. Wieczorem przed wylotem robię zdjęcie przed spakowaniem plecaka, żeby po powrocie ocenić, co kompletnie się nie przydało, a co mogłam dorzucić. To naprawdę działa!

img_4733.jpg

Ubrania i buty

Jest to zdecydowanie jeden z najważniejszych aspektów każdej podróży. Ubrania muszą być nie tylko wygodne, niegnące i jak najlżejsze ale także, a może nawet przede wszystkim, obowiązkiem w tej materii jest dobra jakość. 100% bawełny to podstawa. Zdajemy sobie sprawę, że w danej koszulce spędzimy cały dzień, a dobre skarpetki zapewnią nam wygodę w chodzeniu i umożliwią spacer bez odcisków podczas kolejnych dni wyprawy. Jeżeli chodzi o buty: zawsze staramy się opierać na wzorze 2+1 czyli dwie pary butów plus klapki. Póki co świetnie się sprawdza.

Jeżeli jesteśmy już przy temacie ubrań: zawsze bierzemy ze sobą worek na brudne rzeczy, nie jest to zwykła reklamówka, a raczej dobrze skrojona torba, do której pakujemy popularne “brudy”. Podczas długich wyjazdów staramy się oczywiście robić pranie, dlatego w naszych plecakach znajdziecie płyn do prania i linkę z paracordu, na której suszymy ubrania i ręczniki (te drugie koniecznie z mikrofibry). Oczywiście lepszym wyjściem jest hostel, który posiada zarówno pralkę jak i suszarkę (w szczególności przy krótkich pobytach ułatwia to życie) jednak pośrodku safari byłam skazana na pranie ręczne.

P1000441.JPG

Była moda, co z urodą?

Jak powszechnie wiadomo, w długich podróżach ciężko o czas i ochotę na makijaż i kobiecość, jednak ja zawsze mam przy sobie podstawowe, jak to mówię,  “dziewczęce atrybuty”. Pierwszym z nich jest popularny tangle teezer w wersji mini, który zmieści się wszędzie i rozczesuje moje włosy po całym dniu w warkoczu. Staram się brać ze sobą te produkty, których używam na co dzień, moja skóra przyzwyczajona jest do swego rodzaju rytuału i już po kilku dniach bez porządnego nawilżania wygląda bardzo źle. Krem na dzień, na noc i pod oczy to obowiązek. Do tego minimalny makijaż, krem bb, mascara i paleta cieni (polecam tę od Maxineczki 🙂 ) Mydło, które przydaje się w każdej sytuacji; sudocrem na wszelkiego rodzaju odparzenia i ugryzienia a także mini zestaw z pilnikiem do paznokci: to zawsze znajdziecie w moim plecaku. Oraz hit każdego wyjazdu: puder dla dzieci. Świetnie sprawdza się w swojej oczywistej funkcji, jako zasypka do ciała, jednak ma wiele innych podróżniczych zastosowań. Ja używam go także jako pudru do twarzy (bardzo cieniutka warstwa) i jest wspaniałą alternatywą dla suchego szamponu.

Prócz tego zawsze pakujemy oczywiście rolkę papieru toaletowego i mokre chusteczki oraz podręczną apteczkę. Mamy w niej kilka plastrów i bandaży, wodę utlenioną w postaci wacików oraz najpotrzebniejsze leki: coś na ból głowy, coś na biegunkę i kilka innych specyfików (plus leki, które regularnie przyjmujemy).

P1000449

A Marcin? Z reguły zajmuje się sprawami technicznymi.

U niego w plecaku zawsze znajdę power banki, kable i przejściówki oraz parę słuchawek. On też odpowiedzialny jest za moje linki na pranie i sztućce (które zawsze bierzemy ze sobą w razie “W”). Gdzieś na dnie plecaka chowamy kserokopie naszych paszportów i wiz, a także wszystkie potwierdzenia noclegów, wynajmu samochodu, biletów na poszczególne środki transportu oraz polisę ubezpieczeniową. Marcin często pakuje ze sobą latarkę, bo jej właśnie najbardziej brakowało nam podczas pobytu w Tanzanii.

P1160417.JPG

Jak już wszyscy zapewne wiecie: typowy ze mnie planer. Dlatego zawsze biorę przewodniki ze swoimi notatkami, żeby wiedzieć, gdzie koniecznie musimy iść i co zobaczyć. W podróży towarzyszy mi też dobra książka, zazwyczaj w formie tradycyjnej, jednak gdy jedziemy na dłużej stawiam na e-booki. I notatnik! Chętnie zapisuję ciekawe fakty i porady, żebym mogła się kiedyś podzielić tymi informacjami z innymi. A czego nigdy ze sobą nie biorę? Biżuterii. Nie kuszę losu, w czasie podróży nie potrzebuję obrączki na palcu i łańcuszka na szyi. Jedyne, co nosimy to bransoletki, które były z nami dosłownie wszędzie.

44486068_2210015485932930_8536489393358110720_n.jpg

Muszę przyznać, że podróże wiele nas nauczyły. Nie tylko geografii i historii a także faktu, jak mało jest człowiekowi potrzebne, żeby przeżyć i świetnie się bawić. Zawartość plecaka jest naprawdę względna, nawet jeśli czegoś zapominamy, a zdarzyło się to już kilkakrotnie, to świetnie sobie z tym radzimy.

Prosty przykład:

Jesteśmy już na lotnisku w drodze do Szwajcarii, pytam Marcina czy wziął aparat.

– Oczywiście, że wziąłem, wszystko jest w plecaku! – odpowiada szybko mój mąż i żwawym krokiem maszeruje w stronę samolotu.

– A baterię do niego, która ładowała się na biurku też masz?

– Nie. – i w tym momencie właśnie zaczęła się kolejna przygoda.

Bo w podróży trzeba sobie jakoś radzić!

Krótka historia o tym, jak rosyjska kuchnia skradła nasze serca

Przez żołądek do serca, jak mawia przysłowie. Co prawda Rosja do serca trafiła dużo wcześniej niż jej narodowe potrawy, jednak spróbowanie ich jeszcze umocniło moją więź z tym krajem. Kiedy planowaliśmy nasz wymarzony wyjazd na wschód mama powiedziała mi, że znając moje upodobania kulinarne jest święcie przekonana, że będę jeść wszystkie potrawy “pierogopodobne”. I nie myliła się. W każdej restauracji padało pytanie: “A pielmieni u was jest?” 🙂

Dlatego naszą kulinarną opowieść zacznę właśnie od wszystkich dań, które mniej lub bardziej kojarzą się z tradycyjnymi polskimi pierogami.

PIELMIENI

Są to malutkie pierogi (coś w rodzaju naszych uszek), nadziane głównie farszem mięsnym. Podawane są na dwa sposoby w bulionie bądź bez, mnie zdecydowanie bardziej przypadła forma sucha, choć odrobina śmietany jest jak najbardziej wskazana. Starałam się spróbować kilka rodzajów tej wspaniałej potrawy, najbardziej jednak zasmakowały mi te z nieco hipsterskiej knajpki w centrum Moskwy. LEPIM I VARIM, bo tak właśnie nazywa się to miejsce, jest rajem dla każdego szanującego się fana pielmieni. Wybór jest ogromny, do tego można zamówić domowe sałatki, desery i kompot, ale najfajniejsze jest to, że przy ladzie stoją rosyjskie gospodynie domowe, które lepią pielmieni na naszych oczach.

37242383_2228408700506626_6724471686499926016_n37244580_1787281534681695_6334468473971802112_n37200285_2228408817173281_9068151390496358400_n

Pielmieni jest to danie znane w Rosji od dawien dawna, a ich receptura przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Ciasto na pielmieni powinno być wykonane z wody i mąki, a farsz, w przeciwieństwie do pierogów, powstaje z surowego mięsa. Na Syberii nierzadko można usłyszeć legendę o dwóch kupcach, którzy założyli się o to, kto będzie w stanie zjeść więcej pielmieni na raz. Historia kończy się niestety tragicznie, ponieważ obaj umierają z przejedzenia.
37193410_2228412983839531_2484259232044548096_n

CHINKALI

Mimo, że chinkali to potrawa przede wszystkim gruzińska, dostępna i ogólnie znana jest również w Rosji. Z wyglądu przypominają sakiewki, zrobione są z nieco grubszego ciasta niż pielmieni, a to dlatego, że oprócz farszu z mięsa w środku znajduje się także bulion. Okazuje się, że umiejętne ich jedzenie jest niezłym wyzwaniem! Należy złapać za “grubszy koniec”, po ugryzieniu wyssać rosołek, a dopiero później zjeść resztę.

37228649_2228410573839772_970387494765854720_n

WARENIKI

Ten rodzaj pierogów jest bardzo popularny również na Ukrainie. Zarówno przygotowanie, jak i wygląd przypomina polskie danie, aczkolwiek często przyrządzane są one na parze zamiast wrzucania do wrzątku. Farsz to zazwyczaj mięso bądź ziemniaki z serem, często spotkać można również wareniki na słodko.

37256960_1787281634681685_3168663795375538176_n

MANTY

Manty zrobiły nam pyszną niespodziankę na lotnisku w Moskwie. Z racji tego, że znajduje się tam uzbecka restauracja, postanowiliśmy spróbować i tamtejszej kuchni. Manty jest to coś pomiędzy pierogami a chinkali, podaje się je z sosem pomidorowym bądź czosnkowym i oczywiście ze śmietaną.

PIROŻKI

Mimo, że nazwa kojarzy się z polską potrawą, nie dajcie się zmylić! Pirożki jest to coś w rodzaju bułki drożdżowej z farszem z mięsa bądź kiszonej kapusty. Z wyglądu przypominają nieco pączki, ponieważ smażone są na głębokim oleju.

35348582_2176709529009877_3712176032485212160_n

Dla mnie pierogów nigdy za wiele, podejrzewam jednak, że chcielibyście wiedzieć również co w Rosji jadł mój mąż, ponieważ jego posiłki były bardziej zróżnicowane. 🙂

Dzień zaczynaliśmy od odwiedzenia pobliskiej piekarni i kubka mocnej, rosyjskiej kawy. Jako, że w hostelach rzadko jest możliwość wykupienia śniadania, zawsze staraliśmy się obejść okolicę, żeby przygotować się na poranny głód. Na szczęście w Rosji, jak i w Polsce, jest mnóstwo świetnych piekarni, które z całego serca uwielbiamy.

37190761_1787282438014938_7422286353204772864_n37200795_1787281961348319_1350352329341140992_n.jpg

Bardzo chętnie jedliśmy również zupy. Rosjanie mają kilka swoich specjałów, których nie sposób pominąć w kulinarnej wędrówce. Jedną z nich jest królowa wszystkich zup, czyli słynna Solianka, która przez lata żywiła rosyjskich chłopów. Jest to bardzo pożywna potrawa, oparta na mięsnym wywarze, często z dodatkiem boczku bądź słoniny. Wyczuć można sporą ilość ziół i pieprzu, dodaje się do niej czasami także kwas chlebowy, sok z cytryny a nawet wodę z kiszonych ogórków lub kapusty. Oczywiście niezbędna jest również łyżka śmietany i kromka chleba. Dla mnie, fanki kwaśnych zup, zdecydowany numer jeden.

37223515_2228408317173331_3716570419684179968_n37225223_2228408207173342_36632909938950144_n

Prosta zupa, do której można wrzucić wszystko, co mamy w lodówce i ogrodzie, a na koniec jeszcze dogotować trochę kaszy, to najlepszy sposób na opisanie Szczi. W smaku przypomina mieszankę zupy jarzynowej i kapuśniaku, rozgrzewa wspaniale w chłodne dni i świetnie radzi sobie z przeziębieniem.

37229518_2228412680506228_4423167628789415936_n

A teraz zupa, której spróbowania najbardziej się bałam: Ucha, czyli zawiesista zupa rybna. Przyrządza się ją z kilku rodzajów ryb, gotuje się je najczęściej z głową, co wzbudzało moje obawy. Do ryby dodaje się cebulę, seler i pietruszkę, czasami także cytrynę i koperek. My jedliśmy wersję z ziemniakami. Przyrządzana na ogniu, po wietrznym spacerze nad Bajkałem smakowała wyśmienicie (nawet z głową ryby patrzącą na mnie z miski…).

P1030634P1030635

Ciekawym miejscem, w którym udało nam się zjeść obiad była restauracja w Bunkrze 42, o którym pisałam przy okazji zwiedzania Moskwy. Miejsce to było urządzone w stylu rosyjskich lat siedemdziesiątych a menu (podobno) opierało się na ulubionych potrawach przywódców Rosji. Miałam tam okazję zjeść kotlet pożarski, czyli coś w rodzaju kotleta mielonego, podany oczywiście z ziemniakami i surówką.

37225846_2228411143839715_4344869498810007552_n37241392_1787283551348160_8940138163662225408_n37246837_2228411047173058_2592244158794039296_n

W Irkucku z kolei, zajadaliśmy się plackami ziemniaczanymi ze śledziami. Może dziwne połączenie, ale bardzo smaczne. Restauracja RASSOLNIK zaskoczyła nas przede wszystkim słynnymi cukierkami Irys (nie wiedziałam, że jeszcze je produkują) a także “sowiecką lemoniadą”.

37227491_1787286368014545_6682104939386241024_n.jpg37357219_2228414273839402_6492709942628188160_n

A jak było z jedzeniem w Transsibie? Prócz suchego prowiantu wybraliśmy się kilka razy do wagonu restauracyjnego. Nie było tam może żadnych specjałów, ale ciepły posiłek po serii kanapek z serkiem i pomidorem to naprawdę rarytas.

37190708_2228413693839460_432304693318778880_n37197231_1787284508014731_7419233786803519488_n37208230_1787284464681402_7184868107339431936_n37233534_1787284588014723_5502900214907797504_n

A na deser raczyliśmy się głównie lodami z moskiewskiego GUMa (Gosudarstwiennyj Uniwiersalnyj Magazin). Ciekawym jest fakt, że z jednej strony są to lody “na gałki”, z drugiej jednak były one już nałożone do wafelków i przygotowane do sprzedaży. Prócz tego zjedliśmy również kilka wspaniałości we wcześniej wymienionych restauracjach, Marcin kupował rurki z kremem na trasie kolei transsyberyjskiej, a ja zostałam fanką OGÓRKOWEGO Sprite. A oto dowody:

37213237_1787283814681467_5116449795031957504_n37200825_2228410673839762_4706503838167728128_n37220763_1787284274681421_8001552341922742272_n.jpg37303499_2228410803839749_8834724092666970112_n37210376_1787286641347851_2375312601987940352_n

I tym właśnie słodkim akcentem żegnamy Rosję z obietnicą, że jeszcze nie raz tam wrócimy. Teraz kolej na poszukiwanie przygód w Ułan Bator i przemierzanie mongolskich stepów.

Relacja już wkrótce!

Nad Bajkałem wszystko jest piękniejsze

Kiedy nadszedł ten wyczekiwany poranek, w którym po kilkudniowej podróży wysiedliśmy na stacji w Irkucku mieliśmy niewiarygodną siłę i chęć do dalszego zwiedzania Rosji. Nie wiem na ile był to rezultat kupiejnego “wyspania się za wsze czasy” a ile było w tym samej podróżniczej ciekawości, ale tuż po zameldowaniu się w hostelu i wzięciu długiego prysznica, wyrwaliśmy się na miasto głodni wrażeń.

A miejsce, w którym nocowaliśmy nazywa się The Rolling Stones i jest to najlepszy hostel w jakim mieliśmy okazję przebywać. Podczas rezerwowania noclegu trochę niewiarygodnym dla mnie był fakt, że ma on ocenę 10/10 na popularnej platformie hotelowej booking.com oraz hostelworld. Jednak po przybyciu na miejsce przekonaliśmy się, że załoga Stonesów zasługuje na to w stu procentach. Wnętrza były nowe i zadbane, przestronna kuchnia i łazienki, wszystko w ciepłej, młodzieżowej atmosferze. Plusem była również możliwość skorzystania z pralki i suszarki oraz dostępność wszelakich przyborów kosmetycznych dla pań i panów (maszynki do golenia, waciki, płyn do demakijażu, szampon itd.). No i najważniejsze: lokalizacja, wszędzie blisko, centrum w zasięgu wzroku, do dworca głównego około 20 min marszu.

P1030430.jpg

Zwiedzanie Irkucka zaczęliśmy od wycieczki po centrum i spacerze zapomnianymi uliczkami miasta. Stolicy obwodu irkuckiego daleko jest do zadbanej i nieco bardziej zachodniej Moskwy. Ma to jednak swój urok, który szybko nas oczarował. Drewniana architektura jest stałym elementem niemalże każdego miasta wschodniej części Rosji, a nawet całego kraju. Nie bez powodu oczywiście, ponieważ jest to najstarszy typ budownictwa na tych ziemiach, który dzieli się na różne typy i regiony. Co ciekawe, zarówno drewniane domy jak i cerkwie nie były budowane wyłącznie przez Rosjan, wielu architektów z całego świata (np. Carlo Rossi i Wiktor Hartmann) inspirowało się rosyjskim folklorem i dedykowało swoje dzieła ówczesnym władcom kraju.

P1030429.jpg

Irkuck jest to miasto uważane za stolicę Syberii, mimo tego, że nie jest największym w regionie. Dzieje się tak zapewne dlatego, że znane jest każdemu, kto chociaż raz przejechał koleją transsyberyjską z zachodu na wchód. Miasto powstało w XVII wieku, a rozwijało się głownie przez handel, jako miejsce w pewnym sensie łączące Europę z Mongolią i Chinami. W 1879 r. w Irkucku wybuchł dość spory pożar, który strawił około 3,5 tysiąca budynków, w tym zabytków, na szczęście wiele ocalało bądź zostało odbudowane, dlatego podziwiać je możemy do dziś. Prócz pięknych drewnianych domów i wszechobecnych pomników Lenina na uwagę zasługują również świątynie. A ta najpiękniejsza (i chyba największa) znajduje się poza granicami starego miasta. Cerkiew Kazańskiej Ikony Matki Bożej w Irkucku, zbudowana w latach 1885-1892 zachwyca przede wszystkich kolorami.

P1030434.JPG

Będąc w okolicach Irkucka nie mogliśmy pominąć prawdopodobnie najważniejszej części regionu jaką jest “błękitne oko Syberii”, czyli jezioro Bajkał. Jest to najstarszy i najgłębszy (1642 m) tego typu zbiornik wodny na świecie. Prócz tego w jego okolicy mieszka około 1500 gatunków zwierząt i jest ono dorzeczem dla 350 rzek.

Podróżując sobie “poślubnie” mamy jedną zasadę: gdy jest mało czasu na zwiedzanie danego miejsca nie “pchamy się” w wynajmowanie aut, jeżdżenie autobusami czy łapanie stopa, bo szkoda na to nerwów. Dlatego też już przed wyjazdem do Rosji zarezerwowany mieliśmy trip na wyspę Olchon wraz z biurem Baikal Secrets , które było polecane na jednym z naszych ulubionych portali, Trip Advisor.

Naszym przewodnikiem był Andriej – Buriat, urodzony w miejscowości Nauszki, czyli na granicy rosyjsko-mongolskiej. Młody chłopak, mówiący świetnie po angielsku (z czego bardzo ucieszył się Marcin), odpowiadał szczegółowo na każde pytanie (a uwierzcie były ich tysiące). Droga do samego portu, z którego odpływał prom na wyspę Olchon trwała dobre cztery godziny, więc czasu na rozmowę mieliśmy mnóstwo.

Skoro mowa o Buriatach… Kim oni są?

P1030503.jpg

Buriaci są to rdzenni mieszkańcy okolic Bajkału, potomkowie Hunów, liczący około 600 tysięcy osób. Posługują się zarówno językiem buriackim jak i rosyjskim i mongolskim, głównie ze względu na lokalizację Republiki Buriacji, oficjalnego terenu autonomicznego, który wchodzi jednak w skład Federacji Rosyjskiej. Stolicą Buriacji jest Ułan Ude, miasto na trasie kolei transsyberyjskiej, liczące nieco ponad 400 tysięcy mieszkańców. Jeśli kiedyś tam się znajdziecie polecam odwiedzić Muzeum Etnograficzne oraz Muzeum Historii Buriacji, gdzie można dużo zobaczyć i dowiedzieć się wielu ciekawych informacji o regionie, mieszkańcach i ich kulturze.

ulan ude.jpg

Głównymi religiami Buriatów są szamanizm i lamaizm, czyli buddyzm tybetański, a w mniejszym stopniu także prawosławie. O wszystkim sporo opowiedział nam Andriej, dzięki niemu mogliśmy się nieco bardziej zagłębić w ich wierzenia i obrzędy. Szamanizm opiera się na duchach, których jest kila rodzai: dobre, złe oraz te pochodzące od zwierząt (z czego najważniejszy jest niedźwiedź i orzeł). Kultywują oni przede wszystkim miejsca święte, czyli tzw. “pogańskie idole”, które charakteryzują kolorowe wstążki (odpowiedniki czterech żywiołów). Symbolizują one miejsce spotkań szamanów z duchami.

P1030505.jpg

Za każdym razem, gdy przejeżdżaliśmy obok jednego z takich miejsc Andriej brał ryż w garść i wyrzucając go przez okno składał duchom ofiarę. Takim darem przy idolu może być wszystko: herbata, ryż, chleb, wódka, mleko a nawet papieros. Wielu ludzi także trąbi na widok tego miejsca, chcąc przez to okazać duchom szacunek.

36956185_2219746938039469_4210080488620032000_n

Po długiej podróży samochodem dotarliśmy wreszcie do portu, gdzie promem musieliśmy dostać się na wyspę. Zimą przeprawa jest nieco łatwiejsza, bo jezioro jest całkowicie zamarznięte, więc tę trasę, jakkolwiek niewiarygodnie to brzmi, po prostu się przejeżdża.

36689258_1770337063042809_13346825620684800_n36726352_1770337113042804_4080381001790914560_n

Na Olchonie mieszka około 1500 ludzi, głównie buriatów, dla których jest to swego rodzaju “ziemia święta”. Powierzchnia wyspy to 742 km², a maksymalna jej długość wynosi 71 km. Jest to miejsce dość górzyste, najwyższy szczyt ma 1274 m n.p.m. Największą miejscowością na wyspie Olchon jest Chużyr, w której ludzie na ogół utrzymują się z rybactwa, a w ostatnich latach także z turystyki.

36677947_1770337983042717_544827622383681536_n.jpg

Gdy dojechaliśmy na miejsce nasza przygoda dopiero się zaczęła. Z wygodnego auta przesiedliśmy się w UAZ-452, czyli rosyjski samochód wojskowy, który dojedzie dosłownie WSZĘDZIE (taką jazdę trzeba przeżyć, by uwierzyć). Już sama przejażdżka takim autem dała nam mnóstwo frajdy, nawet w momentach gdy spadaliśmy z siedzeń i uderzaliśmy głowami o dach – było warto!

uaz1uaz2

I tym sposobem udaliśmy się w miejsce, które każdy ze zdjęć Bajkału i wyspy Olchon kojarzy, a mianowicie skałę Szamankę. Jest to miejsce bardzo ważne dla mieszkańców wyspy, ponieważ mieszka tam Ugute-nojon, pan Olchonu. Buriaci otaczają skałę ogromną czcią, nie osiedlają się w jej pobliżu.

P1030514.jpg

Kolejnym przystankiem na naszej trasie była skała Trzech Braci. Legenda mówi, że kiedyś na Olchonie mieszkała rodzina, w której ojciec miał magiczne moce. Pewnego dnia zamienił on swoich synów w orły, ale pod warunkiem, że nie będą jeść padliny. Oni jednak, po długim i męczącym lataniu wokół wyspy zgłodnieli i “połasili” się na martwe zwierzę. Gdy ojciec się o tym dowiedział zamienił braci w skały.

P1030563.jpg

36896670_2219745711372925_2220611419039072256_n

Podążając wśród pięknych krajobrazów i obserwując tafle lodu pływające na powierzchni jeziora niekiedy ciężko wyobrazić sobie zbrodnię, jaka miała miejsce około 20 km od największego miasta na wyspie. Ślady po ogrodzeniu, kilka szkieletów baraków przypominają jednak, że w latach 30-tych XX wieku stworzono tutaj łagier, czyli obóz pracy dla więźniów ustroju. Przez 20 lat zsyłano tutaj Rosjan i Polaków, których zmuszano do katorżniczej pracy. Wielu z nich po odbyciu kary osiedlało się na wyspie. Ostatni więzień, Michał Ożarko, zmarł w latach 90-tych.

36720015_1770337346376114_6030879947604623360_n

Czas na trochę wspinaczki – zapowiedział Andriej pokazując nam wysokie skały przed nami. Był to Khoboy cape, czyli po naszemu “przylądek kła”. Jest to kolejne miejsce, o którym krąży wiele legend, niemalże każda skała ma swoją. Przylądek jest również szczególnym miejscem dla szamanów, którzy właśnie tutaj rozmawiają z duchami wyspy.

P1030607.jpg

Miejsce jest naprawdę niewiarygodnie ciche i piękne. Po wejściu na samą górę zdecydowaliśmy się złożyć dary dla duchów wyspy, dodając kolejny sznurek na posąg na krańcu skały.

P1030619

36916320_2219746468039516_7345872270759297024_n

Po zejściu ze skały czekała na nas jeszcze jedna atrakcja: obiad. Przy wietrznej i dość mroźnej pogodzie nic nie smakuje lepiej jak gorąca zupa. A jeśli jest to zupa z lokalnej ryby przyrządzana na ogniu to radości nie ma końca. Usiedliśmy na drewnianych ławkach, przy rozpalonym ognisku, a wokół nas była pustka, wspaniałe przeżycie.

P1030633.JPG

W trakcie jedzenia odwiedził nas niezapowiedziany gość, z którym podzieliliśmy się rybą. Podobno zawsze przychodzi w to miejsce się nieco posilić i nie ma problemu ani z samochodami ani z nieznajomymi przybyszami z różnych krańców świata.

36624625_1770337233042792_4257603438461845504_n

36990035_2219747274706102_2488550308100177920_n.jpg

Bajkał dał nam możliwość do stworzenia wielu wspaniałych wspomnień i wielokrotnie podczas tego krótkiego z nim obcowania zaparł nam dech z wrażenia. Jest to na pewno miejsce, gdzie kiedyś wrócimy, następnym razem jednak chcemy przyjechać zimą i zostać na dłużej. Zrobiliśmy setki zdjęć okolicy, jednak żadne z nich nie oddaje tego wspaniałego krajobrazu, tak jak i żadna opowieść nie pozwoli “usłyszeć” tej ciszy i poczuć bryzy na policzkach. Tam trzeba być.

Poradnik: jak pokonać 6266 km w pociągu i nie zwariować.

Chcesz spędzić swój urlop w niecodziennych warunkach? Marzysz, żeby wreszcie wypocząć, wyspać się i nic nie robić? Masz stos książek do przeczytania i kilka seriali do nadrobienia? Wsiądź w TRANSSIB, a się nie zawiedziesz.

Tak właśnie Rosjanie powinni reklamować swoje połączenia kolejowe łączące wchód z zachodem kraju. Ja natomiast przeczytałam kiedyś, że taką podroż trzeba odbyć choćby raz w życiu. Dlatego gdy szukaliśmy destynacji na kolejny dłuższy trip, wpadłam na pomysł wyprawy przez Rosję i po kilku tygodniach siedziałam już wygodnie w wagonie numer 7.

35382387_2176709279009902_1828744688920690688_n.jpg

Zacznijmy jednak od początku, czyli… Krótka historia kolei transsyberyjskiej.

W XIX w. Rosjanie postanowili rozwinąć swoją siatkę kolejową aż za wzgórza Uralu. W 1890 roku pomysł został zatwierdzony przez cara Aleksandra II, a już rok później jego syn położył kamień węgielny we Władywostoku, co oznaczało rozpoczęcie budowy najdłuższej trasy kolejowej na świecie. Całe przedsięwzięcie miało na celu rozwój Syberii, eksport i import towarów oraz ukazanie jej walorów turystycznych. Trasę budowano w dziewięciu odcinkach: zachodniosyberyjskim, środkowosyberyjskim, krugobajkalskim, zabajkalskim, amurskim, ussuri, transmandżurskim, południowo-mandżurskim oraz transmongolskim. Przy budowie kolei transsyberyjskiej pracowało ponad 90 tysięcy ludzi: budowlańców, inżynierów ale także jeńców i skazanych. Na terenie budowy, ze względu na brak podstawowych dóbr i higieny często wybuchały epidemie, co dziesiątkowało robotników. Całkowity koszt przedsięwzięcia poniosła Rosja, a prace zakończono po 25 latach. Po ukończeniu budowy na teren Syberii przeniosło się około 3 miliony mieszkańców.

Kolej przemierza 2 kontynenty, 89 miast i 8 stref czasowych. Ciekawostką jest fakt, że pociąg operuje w czasie moskiewskim, więc widok pasażera z dwoma zegarkami na ręce nie jest niespodzianką. Po wielu latach kolej uzyskała światową sławę, powstają filmy dokumentalne i reportaże na jej temat, trasa opisywana jest w wielu książkach.

35476795_2176706829010147_146781920385040384_n.jpg

Nasza wyprawa, część pierwsza: Moskwa–Irkuck

Pociąg nr 070Ч na trasie Moskwa–Czyta kursuje codziennie, odjeżdża z dworca Jarosławskiego o 1350. Podróż trwa nieco ponad cztery dni. Bilety można kupić na stronie przewoźnika (rzd.ru) 90 dni przed wyjazdem. Rezerwujemy wtedy rodzaj biletu, wagon i konkretne miejsca. W kolei transsyberyjskiej są aż 3 klasy:

  • “plackarta”, czyli 3 klasa, w wagonach której nie ma przedziałów, można wybrać tylko miejsce, w zależności czy chcemy spać na dole czy na górze, idealna do zawierania nowych znajomości i podszkolenia języka;
  • “kupe”, 2 klasa, która obejmuje miejsce w kabinie czteroosobowej, w cenę biletu wchodzi pościel i jeden posiłek;
  • “lux”, klasa 1, gdzie oprócz komfortowej kabiny z dwoma łóżkami i prysznicem mamy zapewnione pełne wyżywienie.

Wybierając bilet postanowiliśmy iść na kompromis i zdecydowaliśmy się na dwa miejsca w “kupe”, co było chyba najlepszym rozwiązaniem. Zarezerwowaliśmy miejsce na dole i górze po jednej stronie. Miejsce górne kosztowało 7368 rubli, dolne 10227, co w całości wyszło nas około 500 zł za osobę na trasie Moskwa-Irkuck. W cenę wliczona była pościel, ręczniki, kapcie i szczoteczka do zębów (trochę jak w samolocie).

35485143_1740880512655131_3463175754471178240_n.jpg

Pociąg okazał się bardzo czysty i całkiem przestronny. W każdym wagonie są dwie toalety (zamykane ZAWSZE na czas postoju) i samowar. Jedynym minusem jest brak prysznica z prawdziwego zdarzenia, jednak i z tym łatwo można sobie poradzić, wystarczy mieć w sobie coś z inżyniera. Przedziały czteroosobowe “kupe” jak sama nazwa wskazuje mają cztery łóżka, dwa górne i dwa dolne, przy każdym jest lampka nocna, a na środku, pod stolikiem, znajdują się dwa kontakty (nie jest to jednak standard w Transsibie, zazwyczaj kontakty są tylko na korytarzu i w toaletach).  W pociągu na ogół jest cicho i spokojnie, pasażerowie starają się przespać długą podróż. Na każdy wagon przypadają dwie “prowadnice”, które zajmują się utrzymywaniem go w czystości i pomagają pasażerom, gdy potrzeba. U nich także można zaopatrzyć się w kawę, herbatę (w szklance z koszyczkiem, 45 rubli) i różnego rodzaju przekąski. Prócz tego w pociągu jest wagon restauracyjny, z którego warto skorzystać chociaż raz, żeby spróbować “kolejarskiej” kuchni.

35345192_2176707625676734_569984070470074368_n.jpg

35298520_1740881112655071_4747579110090342400_n.jpg

Jedzenie w podróży

Wagon restauracyjny i zakupy u prowadnic to tylko jedno z możliwych pomysłów na posiłek podczas podróży. Przed wyjazdem warto zaopatrzyć się w najpotrzebniejsze produkty (chleb, warzywa, kawa, herbata itd.). Tuż obok dworca Jarosławskiego znajduje się galeria handlowa, a w niej supermarket, w którym udało nam się zrobić porządne zakupy. Kolejną, niezawodną opcją są BABUSZKI. Pociąg zatrzymuje się na stacjach na kilka, kilkanaście minut, aczkolwiek na tych większych  postoje mogą potrwać prawie godzinę, więc zawsze można zrobić zakupy u pań na peronie. Babuszki sprzedają niemalże wszystko, od pirożków i słodyczy, przez wędzone ryby, po alkohol i papierosy. Pełen wypas i do tego jaki smaczny! Nie zapominajmy także o współtowarzyszach podróży, w szczególności jeśli są Rosjanami, podzielą się z Wami czym tylko mogą (począwszy od wódki i słoniny). Jednego możecie być pewni: w Transsibie z głodu nie zginiecie.

35345542_1740881872654995_8585968675033448448_n.jpg

35348582_2176709529009877_3712176032485212160_n.jpg

W drodze do Mongolii

Drugą częścią naszej podróży był odcinek Irkuck–Ułan Bator. Pociąg odjeżdża z Irkucka około 0800 rano (na bilecie 0300 w czasie moskiewskim), w stolicy Mongolii jesteśmy o 0730 (podany jest czas lokalny). Trzeba bardzo uważać przy sprawdzaniu czasu odjazdu, łatwo jest się pogubić, uwierzcie na słowo…  Niestety nie ma możliwości kupienia biletów przez internet. W zakupie ich pomógł nam Iwan, który organizował dla nas transport na wyspę Olchon. W pociągu do Ułan Bator są tylko dwie klasy: luks i kupe, za bilet do drugiej zapłaciliśmy 7000 rubli za osobę, co daje trochę ponad 800 zł za przejazd dla dwóch osób. Z jednej strony wagon był dużo nowocześniejszy, rozkładana kanapa i nowe toalety uprzyjemniały podróż, nie było jednak wagonu restauracyjnego, ale nie jestem pewna, czy taki jest standard w pojazdach na tej własnie trasie. Za minus można także uznać fakt, że większość pasażerów to turyści. Z jednej strony fajnie wymienić się doświadczeniami i wskazówkami, z drugiej jednak miło jest poznawać lokalnych i słuchać ich opowieści.

35328132_2176707562343407_8233764808252456960_n.jpg

Kontrola graniczna była dość długa i surowa. Najpierw na granicy Rosyjskiej w Nauszkach mieliśmy kontrolę paszportową, po czym musieliśmy otworzyć plecaki, żeby udowodnić, że nie przewozimy nic nielegalnego. Cały proces potrwał ponad godzinę, wtedy ruszyliśmy do Suche Bator, gdzie przechodziliśmy to samo po raz drugi, prawie dwie godziny. Nigdy jeszcze nie spotkałam się z tak długą kontrolą graniczną, znałam ją tylko z opowieści rodziców. Dalsza część podróży minęła wyjątkowo szybko (oczywiście spaliśmy) i rano wysiedliśmy w Ułan Bator, żeby zacząć mongolską część naszej przygody.

35366230_2176783179002512_3998659769991692288_n.jpg

Jak przygotować się do podróży?

Podczas planowania wyjazdu ciężko było mi niekiedy znaleźć odpowiedzi na nurtujące pytania, więc może przyda Wam się trochę naszych informacji i porad.

Oprócz wcześniej wspomnianej wizy i paszportu, żeby wsiąść do pociągu potrzebujemy jeszcze tylko bilet. Możemy go kupić tradycyjnie na dworcu albo online, wtedy należy go wydrukować i pokazać prowadnicy przy wsiadaniu do pociągu.

35356449_2176706982343465_5176484341089304576_n

Warto mieć ze sobą kubki, sztućce i talerze turystyczne, łatwiej będzie przygotować posiłek. My kupiliśmy plastikowe talerzyki i kubki w markecie, sztućce mieliśmy ze sobą.

Może to i śmieszne, ale przydadzą się wygodne ubrania. Transsib to taki trochę hostel na kółkach, nikogo nie obchodzi jak wyglądamy i w co jesteśmy ubrani. Nikt nie ma na sobie stylowych spodni i wyprasowanej koszuli (a nawet jeśli, to zaraz po odjeździe pociągu pasażerowie mają w zwyczaju się przebierać). I do tego oczywiście klapki, które najbardziej przydają się do prysznica z butelki.

35362860_1740881345988381_7646297205820620800_n.jpg

Dla dziewczyn polecam serdecznie suchy szampon albo po prostu puder dziecięcy (używam do wszystkiego!), ponieważ jeśli prowizoryczny prysznic nie jest problemem, to jednak mycie długich włosów wodą z butelki nie jest najlepszym pomysłem.

Jeśli już jesteśmy przy czystości i porządku, ja zabrałam do plecaka malutki odświeżacz powietrza (z tych cienkich jak kartka papieru) i położyłam na półce w przedziale. Może zabawnie brzmi, ale pomogło mi to bardziej się zadomowić i czuć komfortowo.

Serdecznie polecamy zabrać również małe pamiątki z ojczyzny. Podarowanie czegoś z drugiego końca świata współtowarzyszom podróży to przemiły gest, który zawsze cieszy. Naszym kompanem był mieszkaniec Kamczatki, który na pożegnanie podarował nam magnesy na lodówkę ze swoich stron i serdeczne namawiał, żeby go kiedyś odwiedzić.

35328524_2176707462343417_7252368741076303872_n.jpg

Wszyscy mówią, że podróż koleją transsyberyjską można pokochać albo znienawidzić, nie ma nic pośrodku. Ja zdecydowanie należę do tej pierwszej grupy podróżników, aczkolwiek po wielu rozmowach z Marcinem doszliśmy wspólnie do wniosku, że następnym razem wybierzemy samolot. Powód jest tylko jeden — oszczędność czasu. Przez siedem dni można zobaczyć kawał kraju, niekoniecznie z okien pociągu. Następnym razem chcielibyśmy jednak zwiedzić więcej miast i zobaczyć tereny mniej zaludnione. Nie zmienia to jednak faktu, że podróż Transsibem jest jedyna w swoim rodzaju, warto chociaż raz w życiu ją przebyć i nie żałujemy ani sekundy spędzonej w pociągu.

35397010_1740952655981250_2604394883267428352_n.jpg

… A dla wszystkich, którzy planują taką podróż w przyszłości bliższej bądź dalszej, służymy pomocą!

Moskiewskie przygody, czyli Transsibu część pierwsza

Każdy ma takie miejsce, do którego chciałby się kiedyś wybrać. Jedni pragną rajskich plaż, inni wysokich gór a ja od zawsze chciałam zobaczyć Moskwę. Wyjazd do Rosji potraktowałam jako spełnienie marzenia, na które czekałam prawie całe moje życie (prawdopodobnie już od momentu nałogowego oglądania “Wilka i Zająca”). Zafascynowana tym krajem i językiem już jako nastolatka zaczytywałam się w rosyjskiej literaturze i chłonęłam ciekawostki historyczne. I pewnie także dzięki temu skończyłam na rusycystyce, co spowodowało, że Moskwa była dla mnie swego rodzaju “świętym graalem”.

P1030084

Do wyjazdu przygotowywałam się już miesiące przed, czytałam reportaże i przewodniki, zagłębiałam się w historię kraju, chciałam wiedzieć jak najwięcej, żeby przekazać Marcinowi informacje i zarazić go moją miłością do największego kraju świata. Post o Moskwie był dla mnie najtrudniejszy do napisania, nie miałam pojęcia od czego zacząć, na czym skupić się bardziej a co zupełnie pominąć. Każda chwila spędzona w tym mieście była dla mnie tak samo ważna i z ręką na sercu przyznaję, że stolica Rosji mnie nie zawiodła, wszystkie moje wyobrażenia i oczekiwania okazały się być rzeczywistością.

P1030141.JPG

Zacznijmy jednak od początku, czyli od wizy. Spodziewałam się, że aplikacja będzie bardziej skomplikowana, jednak proces był wyjątkowo krótki i w miarę łatwy. Do punktu wizowego przy ambasadzie Federacji Rosyjskiej (w naszym przypadku w Londynie) musieliśmy udać się z kompletem dokumentów: paszport, wniosek ze zdjęciem, bilety lotnicze, rezerwacje hotelowe, potwierdzenie ubezpieczenia a także tzw. tourist voucher, który za dodatkową opłatą wystawił nam hostel. W samej ambasadzie musieliśmy tylko złożyć aplikację i oczywiście za nią zapłacić. Zamiast odbioru osobistego zdecydowaliśmy się na przesyłkę pocztową, co sprawiło, że koszt całej wizy był nieco wyższy. Po pięciu dniach otrzymaliśmy paszporty z upragnioną naklejką.

34308036_2160538387293658_9007974461978181632_n.jpg

Spakowani i żądni wrażeń wsiedliśmy do samolotu do Rygi, gdzie zostaliśmy na jedną noc, żeby kolejnego poranka udać się prosto na Szeremietiewo. Tam kupiliśmy bilety na pociąg łączący lotnisko z dworcem Białoruskim. Podróż trwała niecałą godzinę a bilet kosztował 500 rubli. Tym sposobem znaleźliśmy się w centrum miasta.

Naszą wycieczkę po Moskwie zaczęliśmy w sobotę 5 maja i muszę przyznać, że nie spodziewałam się aż tak zawziętych przygotowań na Dzień Zwycięstwa, który odbywa się cztery dni później, 9 maja. Mauzoleum Lenina, które bardzo chciałam odwiedzić, było już niedostępne dla zwiedzających, całe szczęście udało nam się jeszcze zobaczyć Sobór Wasyla Błogosławionego i Kreml, bo dzień później i to było już ogrodzone. Rosjanie bardzo poważnie traktują Dzień Zwycięstwa, można śmiało stwierdzić, że jest to największe święto narodowe we współczesnej Rosji. Podczas przygotowań Moskwa wydawała się nieskazitelnie czysta, co zastanawia nas, czy tak jest tam na co dzień, czy może jest to także część obchodów 9 maja.

P1020967.jpg

Zwiedzanie stolicy zaczęliśmy jak standardowi turyści od Placu Czerwonego, okolic Kremla, Soboru Wasyla Błogosławionego, czyli Moskiewskiego “must see”. Zdjęcie przed Soborem także musiało zostać zrobione, jak na turystę przystało: rozwiane włosy i siad skrzyżny, a oto dowód:

P1020998.jpg

Jednak sztandarowe zabytki Moskwy, to tylko wierzchołek góry lodowej podczas jej zwiedzania. Miasto jest swego rodzaju nosicielem dziedzictwa Rosji, tego architektonicznego, artystycznego i muzycznego. Na każdym kroku spotykamy pomniki znanych rosyjskich twórców, wszędzie umieszczane są tablice upamiętniające wielkich Rosjan, natrafiamy także na domy pisarzy i kompozytorów. Po prostu raj dla każdego rusycysty.

P1030352

Co więc warto zobaczyć w Moskwie? Punktem na mapie, który musieliśmy odwiedzić były Patriarsze Prudy, czyli miejsce, które każdy fan Bułhakowa powinien kojarzyć. To właśnie tam zaczęła się akcja “Mistrza i Małgorzaty” (kto czytał, ten wie). Tuż przy wejściu na skwer stoi znak, który przedstawia Wolanda, Korowiowa i Behemota z podpisem “Zabrania się rozmawiać z nieznajomymi”.

dfgxfsd

Ciekawym miejscem, które zdecydowanie polecamy jest Bunkier 42, wybudowany na polecenie Stalina, mający na celu ochronę w przypadku ataku bronią nuklearną, oddany do użytku w 1956 roku. Obecnie w jednej z części schronu mieści się Muzeum Zimnej Wojny dostępne dla turystów, obok jest restauracja, a dwie pozostałe części są zamknięte. Na teren bunkru można wejść jedynie z przewodnikiem, cena biletu to 2200 rubli (dla innostranców).

P1030161.jpg

Bunkier umieszczony jest 18 pięter pod ziemią, otoczony pięcioma metrami betonu oraz metrem ołowiu i stali. Spacer po korytarzach i oglądanie ekspozycji jest bardzo ciekawe, można dowiedzieć się wielu informacji, których nie było w żadnym przewodniku. Jedynym z etapów wycieczki była wizualizacja zrzucenia bomby atomowej, czyli naciśnięcia przysłowiowego czerwonego guzika, do której oczywiście zgłosił się Marcin.

34133892_2160581973955966_7817814250885218304_n (1).jpg

Najlepszym momentem zwiedzania jest jednak sam koniec, jednak tajemnicy nie zdradzę, musicie przekonać się o tym na własnej skórze!

Moskwa jest miejscem, gdzie niemalże na każdym kroku, w każdej części miasta można dostrzec Pałac Kultury i Nauki, a raczej budynki podobne do niego, a jest ich w stolicy Rosji aż siedem. Wybudowane zostały w latach 1947-53, a mieszkańcy Moskwy nazywają je “stalinowskimi wieżowcami” (сталинские высотки).

P1030152.JPG

Mieliśmy okazję także zobaczyć Sobór Chrystusa Zbawiciela, największą świątynię prawosławną na świecie. Historia jej przepełniona jest zwrotami akcji. W 1812 roku car Aleksander I  podpisał zgodę na wybudowanie cerkwi w Moskwie, jako votum dziękczynne za uratowanie kraju przed najazdem napoleońskim. Twórcą projektu był Wittberg, jednak przez nieukończenie prac na czas skazano go na zesłanie. Budowę przejął Konstantin Thon, który zmienił nieco styl soboru, ku uciesze ówczesnego imperatora Mikołaja I. W 1883, czyli po siedemdziesięciu latach udało się wreszcie świątynię poświęcić. Jej świetność nie trwała jednak długo, ponieważ po niecałych pięćdziesięciu latach, w 1931 roku władze komunistyczne zatwierdziły wniosek o jej wyburzeniu, a na jej miejscu, w 1958 roku wybudowano BASEN. W 1994 podjęto decyzję o odbudowaniu soboru, dzięki czemu teraz możemy podziwiać jego wierną kopię.

P1030076.JPG

 

Po obejrzeniu cerkwi udaliśmy się na obrzeża miasta, żeby zobaczyć słynny targ Izmaiłowski. Nie byliśmy do końca pewni czego się spodziewać, opinie o tym miejscu są bardzo różne. Market okazał się połączeniem kiczu z fantazją, co z jakiegoś powodu bardzo nas urzekło. Zrobiliśmy tam mnóstwo zdjęć i nasze pierwsze “souvenirowe” zakupy na terenie Rosji.

 

Czym najlepiej poruszać się po stolicy Rosji, jeżeli nogi odmówią posłuszeństwa? Otóż moskiewskie metro to klasa sama w sobie, pod każdym względem. Przepiękne stacje, czyste, niezatłoczone korytarze, oznakowanie i cena – 55 rubli za przejazd, nieważne czy użyjemy tylko jednej linii, czy przejedziemy miasto od zachodu na wschód.

 

Jest jeszcze jedna rzecz w Moskwie, która mnie wyjątkowo pozytywnie zaskoczyła, a mianowicie jej mieszkańcy. Niesamowicie mili, uprzejmi i zawsze chętni do pomocy. Nie spodziewałam się, że w tak ogromnym mieście, gdzie każdy gdzieś pędzi i zazwyczaj nie ma za wiele czasu na rozmowę, ludzie okażą się tak bezinteresowni i pomocni. Za każdym razem, gdy z mapą w rękach nie do końca wiedzieliśmy, gdzie powinniśmy się udać, tubylcy pytali czego szukamy i wskazywali drogę. Często chcieli wiedzieć, czy nam się w Moskwie podoba, pokazywali nam lokalne restauracje, w których zajadaliśmy się rosyjskimi potrawami, ale to jest temat na osobny post…