Ufaj nieznajomym, czyli podróż od Kilimandżaro po Zanzibar

W Tanzanii spędziliśmy prawie trzy tygodnie. Pierwszą część wyprawy planowaliśmy przeznaczyć na aktywny wypoczynek, natomiast drugą na wylegiwanie się na gorącej plaży. Jako, że safari to nie była jedyna część naszej dynamicznej przygody we wschodniej Afryce, po powrocie z Ngorongoro następnego dnia udaliśmy się do Moszi – miasta położonego nieco ponad 100 km od Aruszy.

Tam zajęliśmy się najpierw zwiedzaniem miasteczka a następnie udaliśmy się w stronę Marangu Gate (1870 m n.p.m.), czyli najbardziej popularnej “bramki startowej” w trekingu na najwyższy szczyt Afryki. Kilimandżaro, bo o nim właśnie mowa, ma 5895 m n.p.m. a cały masyw górski tworzą trzy wulkany: największy, położony centralnie Kibo, w którego skład wchodzi najwyższy punkt całej Afryki, zwany Uhuru Peak (5895 m), Mawenzi (5149 m) oraz Szira (3987 m n.p.m.). Dróg na szczyt jest kilka, m. in. Marangu Route – 64 km, (podejście 32 km), Machame Route – 100 km (62 km na szczyt, 38 km powrót), Rongai Route – 70 km, Lemosho Route – 98 km, (podejście 60 km). Wejście na szczyt nie wiąże się z ogromnym wysiłkiem ściśle fizycznym, kluczem do jego zdobycia jest dobra aklimatyzacja, ponieważ choroba wysokościowa może uderzyć w najmniej spodziewanym momencie. Po poznaniu kilku przewodników i osób, które właśnie zeszły do Marangu obiecaliśmy sobie, że kiedyś uda nam się wejść na szczyt tej majestatycznej góry.

P1010421P1010417P1010415

Wodospad Ndoro

Po obejrzeniu makiety Kilimandżaro i wysłuchaniu historii o pierwszych jego zdobywcach oraz obiedzie w lokalnej restauracji, w której porcje (nawet dla nas) były przerażająco duże, udaliśmy się w stronę wodospadu Ndoro, znajdującego się u stóp pięciotysięcznika, tuż przy granicy z Kenią. Tam czekał nas treking wśród wspaniałej roślinności i z pomocniczym kijem w ręku. Była to dla nas nieco wymagająca aktywność fizyczna, co tylko udowodniło, że do większych wspinaczek musimy się jeszcze długo przygotowywać.

 

P1010441P1010493

P1010397

Wioska Chagga

Kolejnym punktem naszej wycieczki było odwiedzenie swego rodzaju skansenu ludu Chagga, trzeciej największej grupy etnicznej Tanzanii. Tam mieliśmy okazję obejrzeć ich chaty, miejsca gdzie przygotowywano posiłki, ich kryjówki oraz sposoby walki z Masajami.

P1010524P1010529P1010506

W wiosce Chagga mieliśmy możliwość kupić wspaniałą, naturalną kawę oraz regionalne, niesamowicie mocne piwo bananowe, które skonsumowaliśmy tego samego wieczora i tym samym pożegnaliśmy górskie tereny Tanzanii.

p1010531.jpg

W drodze na Zanzibar

Następnego dnia, kiedy dolecieliśmy do Dar es Salaam okazało się, że spóźniliśmy się na ostatni prom na Zanzibar. Rozczarowana i zrozpaczona miałam już przed sobą wizję szukania noclegu i utraty jednego wieczoru na bajkowej wyspie. Po całym safari i trekingowych fanaberiach jedyne na co miałam ochotę to wyleżeć się na plaży i nie robić dosłownie nic.

W pewnym momencie zaczepił nas pewien człowiek i powiedział, że może nam zorganizować transport na wyspę, musimy mu tylko zapłacić 50 dolarów i dać paszporty, żeby mógł nam wszystko zarezerwować. A my, wbrew poradom mam, babci i ciotek,  wbrew wszystkim wyczytanym w poradnikach informacjom a nawet – wbrew zdrowemu rozsądkowi, zgodziliśmy się. Po dłuższej chwili przyszło po nas dwóch chłopaków, wsadzili nas w samochód i wywieźli z lotniska. Marcina mina mówiła wszystko – już po nas. Obcy ludzie, obcy język.. Ba! Nawet kontynent obcy, a my w jakimś samochodzie pośrodku niczego.

Jakim zdziwieniem okazało się, że lotnisko w Dar es Salaam ma drugi terminal, dla małych, prywatnych samolotów, gdzie oddano nam paszporty i wsadzono na pokład. Przeżyliśmy!

30262064_1671526839590499_377708825693650944_o30440685_1671526886257161_6555044211744309248_oIMG_4913

Po dwudziestu minutach szczęśliwie wylądowaliśmy na Zanzibarze i udaliśmy się w stronę Kizimkazi, południowej części wyspy, gdzie mieliśmy w planach spędzić pierwsze cztery dni. Tam zajadaliśmy się stekami z tuńczyka i wszelkimi możliwymi owocami (nie tylko morza). Plaża była niesamowita, biały piasek i czysta, błękitna woda – dokładnie tak, jak sobie to wyobrażaliśmy.

P1010554P1010620P101054730261092_1671621152914401_1934175759396503552_oimg_4922.jpg

Następnie (już spieczeni jak raki) pojechaliśmy bardziej na północ wyspy, dokładnie pomiędzy Michamvi i Pingwe. Tam spędziliśmy kilka wspaniałych dni w Zeru Zeru, prowadzonym przez Alberto, bardzo przyjaznego Włocha. Miejsce to było prowadzone w bardzo rodzinnej atmosferze, sporo czasu spędziliśmy na słuchaniu opowieści właściciela, a on sam wpakował nas w swoje auto i obwiózł po okolicy. Jakim zdziwieniem było dla nas, gdy podjechał pod jakąś starą szopkę mówiąc, że musi zatankować, a po chwili wybiegł mały chłopiec z benzyną w kilku butelkach plastikowych po wodzie mineralnej i zalał nam bak. Były to rzeczy dla mnie niesamowicie abstrakcyjne i sprawiły, że jeszcze bardziej doceniam to, co mam, a co więcej, chcę jeszcze więcej podróżować i obserwować jak żyją ludzie.

Muszę jednak przyznać, że największą atrakcją Zeru Zeru dla mnie były… SZCZENIACZKI!

30221557_1671635366246313_2116761278780276736_n.jpg

 

Tak jest! Nie ma chyba miejsca na ziemi, gdzie nie mogę odegrać roli psiej mamy… Poza tym, odkrywając, że całe dnie na plaży to nie jest jednak nasz ulubiony sposób na urlop, zajadaliśmy się afrykańską kuchnią, popijając piwo o chwytliwej nazwie Kilimanjaro.

Spice tour

Podczas śniadania w jeden z upalnych poranków postanowiliśmy zrobić coś produktywnego i udać się na spice tour, czyli wycieczkę po plantacjach różnego rodzaju przypraw, warzyw i owoców, które wcześniej widywaliśmy tylko w paczkach. Dla mnie, jako naczelnej domowej kucharki było to coś niesamowitego, nie miałam pojęcia jak wygląda świeża gałka muszkatołowa czy pieprz. Wyniosłam z tej lekcji wiele ciekawostek i wiem dosłownie “z czym to się je”.

 

The Rock

W ostatni wieczór naszej Afrykańskiej przygody wybraliśmy się do słynnej restauracji The Rock. Jest to budynek położony na wystającej nad ocean skale, do którego w czasie przypływu trzeba dopłynąć łódką, a gdy woda jest daleko na horyzoncie można przejść się piechotą.

P101075830222084_1671621552914361_8996810424636669952_oP1010844

I tu właśnie kończy się nasza afrykańska przygoda. Zakończenia nie ma, bo chcemy więcej i na pewno jeszcze tu wrócimy. Nie potrafię zamknąć tego rozdziału, bo kontynent ten ma bardzo dużo do zaoferowania, a te kilkanaście dni w Tanzanii sprawiły, że nasz podróżniczy bucket list powiększył się niemalże dwukrotnie.

 

Do zobaczenia!