W drodze na północ, czyli Kanada w dni kilka

Słyszeliście kiedyś o kraju, w którym dostaje się mandat pochwalny za przepisową jazdę? A może o krainie, która kojarzy się z sosem do sałatek?

img_5105

Nasz wyjazd do Kanady był zupełnie przypadkowy. Podczas planowania zwiedzania Nowego Jorku myśleliśmy nad wycieczką do Niagara Falls i porównując odległości zadałam pytanie moim towarzyszom podróży: A może Toronto? Drugi raz powtarzać nie musiałam. I tak, podczas wielkiej wyprawy do USA znaleźliśmy się w kraju klonowego liścia.

img_5108.jpg

Podróż na północ zaczęliśmy od odwiedzenia Corning Museum od Glass, czyli muzeum szkła i wyrobów szklanych. Miejsce niesamowite, bo oprócz przepięknych figurek, kompozycji i wyrobów typowo użytkowych mogliśmy jeszcze poznać techniczno-naukowe zastosowanie szkła. Na koniec uczestniczyliśmy w pokazie tworzenia szklanych ozdób, w który wpleciona była historia rozwoju tego rzemieślnictwa oraz co prawdopodobnie czeka je w przyszłości. Byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni wizytą w muzeum i udowodniliśmy, że wcale nie trzeba znać się na szkle, żeby docenić jego piękno.

img_5102

 

Kolejnym przystankiem, już na granicy USA z Kanadą był wodospad Niagara. Jest to zdecydowanie miejsce, które trzeba raz w życiu zobaczyć, a najlepiej i latem i zimą. Wodospad Niagara, a właściwie WODOSPADY, a jest ich aż trzy, mają ponad 50 m wysokości, rozdzielone są wyspą Luna Island. Po stronie amerykańskiej znajdują się: American Bridal Veil, czyli po polsku Welon Panny Młodej oraz American Falls. Mają one ponad 60 m wysokości. Najpopularniejszy jednak jest wodospad po stronie kanadyjskiej i wcale nie nazywa się Niagara Falls, a Horseshoe Falls. Polecamy (ale tylko latem!) podpłynięcie statkiem prawie pod sam wodospad: widoki może nie zachwycają, bo w pewnym momencie przez strumień wody nie widać już nic, ale wrażenia niezapomniane! Ciekawą opcją, z której i my skorzystaliśmy, jest możliwość wjechania na Skylon Tower i zjedzenia obiadu w restauracji na jej szczycie. Uwielbiam posiłki “z widokiem”, a obserwowanie wodospadów z góry było nie lada przeżyciem.

img_5091img_5090img_5098img_5100

img_0258

Przyszedł czas na wizytę w Toronto. Byliśmy zaskoczeni faktem, że miasto nie jest tak duże jakby się mogło wydawać. Nie wiem, czy to zasługa kanadyjskiej architektury, czy w tym kraju ogromne metropolie po prostu nie mają prawa bytu. Stolica prowincji Ontario została okrzyknięta najbardziej multikulturowym miastem świata, zamieszkuje je ponad 150 grup etnicznych. Za największą atrakcję miasta uznaje się Scotiabank Arena, dla fanów hokeja oczywiście, których w Kanadzie jest bardzo dużo, a zaraz po niej wymienia się CN Tower, czyli wieżę transmisyjną, która jeszcze do 2007 roku była najwyższą budowlą na świecie. Nie omieszkaliśmy udać się na zakupy w centrum miasta, w naszych koszykach znalazł się oczywiście tradycyjny syrop klonowy we wszystkich chyba możliwych formach: tradycyjny w słoiczku, jako dodatek do ciasta i lodów a nawet w formie lizaka! Na koniec naszej wycieczki po Toronto trafiliśmy do chinatown, gdzie skusiliśmy się na azjatycką kolację.

img_5110img_5109img_5101

 

W drodze powrotnej do Nowego Jorku udało nam się odwiedzić krainę tysiąca wysp. Wielu z Was nazwa ta, tak samo jak i nam, kojarzyć się będzie z popularnym sosem do sałatek. I prawidłowo, bo sos ten właśnie stamtąd pochodzi. W krainie tysiąca wysp mieszkała jego wynalazczyni Sophia LaLonde, która przekazała swoją recepturę znanej aktorce teatralnej May Irwin a także właścicielowi hotelu Harold. May wymyśliła nazwę sosu, a hotel pierwszy raz umieścił go w swoim menu, gdzie można go próbować do dziś. Zostawmy jednak walory smakowe, a skupmy się na naszej wyprawie. Thousand Islands jest łańcuchem wysp na Rzece Św. Wawrzyńca, które leżą na odcinku około 80 km w dół od Kingston, gdzie rzeka wypływa z jeziora Ontario. Jest ich bagatela 1865, a największa, Wolfe Island, ma 100 km² powierzchni. My zdecydowaliśmy się na przepłynięcie fragmentu rzeki statkiem, piękna pogoda nas skutecznie do tego zachęciła. Przygodę zaczęliśmy z samego rana od pożywnego śniadania na pokładzie naszej łajby, a zaraz po nim usiedliśmy wygodnie na górnym pokładzie, by w pełnym słońcu podziwiać widoki. A, uwierzcie, jest co oglądać. Na wielu wyspach wybudowane są fikuśne domki letniskowe, a na jednej z nich, Heart Island, stoi nieukończona posiadłość, a tak właściwie zamek – Boldt Castle. Właściciel wyspy, jeden z amerykańskich milionerów, przerwał budowę po śmierci swojej żony i już nigdy na Heart Island nie powrócił. Kilka kilometrów dalej, naszą uwagę zwróciły dwie malutkie wyspy, Wellesley i Hill, a raczej most między nimi, który według niektórych jest najkrótszym międzynarodowym mostem drogowym. Kraina tysiąca wysp była dla nas zupełnie przypadkową atrakcją, która wywarła nas ogromne wrażenie. Nigdy wcześniej o niej nie słyszeliśmy, niewiele można o niej przeczytać w przewodniach, a szkoda, bo miejsce to jest niesamowicie urokliwe, szczególnie końcem lata.

img_5106img_5095img_5096img_5094img_5107

img_5121

Północne Stany i południowa Kanada to tylko skrawek ogromnych państw, a do zaoferowania mają więcej niż niejeden kraj. Mieszanka miasteczek i parków narodowych jest tak zbalansowana, że wydaje się dla nas najwspanialszym miejscem do życia. Pogoda jest idealna: lato gorące i słoneczne, zima mroźna i zaśnieżona. Podczas wyjazdu do Nowego Jorku polecamy na chwilę oderwać się od zgiełku wielkiego miasta i uciec na łono natury. Zaufajcie, będziecie chcieli zostać tam na dłużej.

Dużą atrakcją jest także to cudeńko:img_5103

10 atrakcji Nowego Jorku, których nie możesz przeoczyć

Nowy Jork jest to podróżnicze marzenie wielu z Was, co w pełni rozumiem i nie mogę się temu w żaden sposób dziwić. Muszę przyznać, że w moim przypadku było jednak zupełnie inaczej. Nowy Jork, jak i w sumie całe Stany Zjednoczone miały gdzieś tam swoje miejsce na mojej liście “must see”, aczkolwiek nie była to napewno pierwsza dziesiątka. Nigdy nie miałam parcia na podróż w tamtą stronę świata (w odróżnieniu od wyprawy do Rosji na przykład). Marcin natomiast zawsze marzył o podróży do Nowego Jorku. Miał baaaardzo długą listę budynków, ulic i atrakcji, które koniecznie chciał zobaczyć. Udało nam się może z połową, więc Wielkie Jabłko musimy jeszcze kiedyś odwiedzić.

img_4915

Dlaczego tak właściwie Nowy Jork nazywa się “Wielkim Jabłkiem”? Gdy spytacie o to nowojorczyka dowiecie się, że chodzi o słynne jabłko, którym Ewa poczęstowała Adama. Jednak prawdziwa historia mówi zupełnie co innego. W latach 20-tych XIX wieku redaktor New York Times J. J. Fitzgerald usłyszał tę nazwę na jednym z torów wyścigowych i tak przypadła mu do gustu, że nazwał swoją kolumnę w tej właśnie gazecie “Around the Big Apple”. Pisał w niej o wyścigach konnych i nazwa ta stała się najpierw symbolem nowojorskich gonitw, a potem także całego miasta. W 1997 roku Rudolph Giuliani, burmistrz Nowego Jorku, nadał nazwę “The Big Apple Corner”, dla rogu Broadway i 54 Ulicy, bo właśnie tam przez niemalże 30 lat mieszkał redaktor John Fitzgerald.

img_4914

My zaczęliśmy zwiedzanie Wielkiego Jabłka od przejścia się po kultowym Times Square w środku nocy. Co jest urokiem tego miejsca? Zupełnie nic. Jest to jedyna atrakcja turystyczna na świecie, gdzie oprócz zrobienia sobie zdjęcia “jak z pocztówki” nie uświadczycie niczego ciekawego. I to jest właśnie ciekawe.

img_4917img_4911

Przed wyjazdem do stanów spisaliśmy listę “co musimy zobaczyć” i właśnie nią kierowaliśmy się podczas zwiedzania miasta. Polecam stworzyć sobie taką rozpiskę przed wyjazdem do Nowego Jorku, bo jest to miasto tak ogromne, że nie da się przez kilka dni zobaczyć wszystkiego. My postanowiliśmy kupić bilet na najważniejsze atrakcje (z uwagi na małą ilość czasu). Jest mnóstwo stron, które sprzedają tego typu wejściówki, my skorzystaliśmy z City Pass. Cały bilet kosztował 126 dolarów i zawierał: Empire State Building (2 wejścia: w nocy i w dzień), Muzeum Historii Naturalnej, MET, Top of the Rock, Statuę Wolności, Ellis Island oraz Muzeum 9/11. Plusem jest jeden bilet na wszystko i omijanie kolejek, co zaoszczędziło nam mnóstwo czasu.

img_0271

 

Empire State Building to miejsce, które zapamiętamy na długo. Sam budynek i jego wnętrze robi ogromne wrażenie, a na koniec dochodzi jeszcze panorama miasta widziana z 86. piętra! Sama nazwa budynku pochodzi od nieoficjalnej nazwy stanu Nowy Jork: “Empire State”. Jego budowę zaczęto w 1930 roku i trwała ona 58 tygodni. Powstały przy słynnej Fifth Avenue, mierzący 381 metrów wieżowiec ma 103 piętra, w tym jedno podziemne. Waży (!) 360 tysięcy ton. Mało kto wie, że w roku 1945 uderzył w niego samolot bombowy lecący na lotnisko Newark. Przyczyną wypadku była bardzo gęsta mgła, a siła uderzenia była tak wielka, że samolot przebił budynek na wysokości 78. piętra i wypadł z drugiej strony budynku.

img_4926

img_4925

20180906_170332

p1040851

Top of the Rock, czyli taras widokowy w Rockefeller Center, to miejsce, gdzie możecie uchwycić panoramę Nowego Jorku wraz z Empire State Building. Położony w centrum Manhattanu kompleks budynków znany przede wszystkim miłośnikom Bożego Narodzenia, z uwagi na choinkę tam umieszczaną a także słynne lodowisko (ale w takim wydaniu jeszcze tego miejsca nie widzieliśmy).

img_0302img_0252img_4919

img_4742

Teraz będzie trochę emocjonalnie. Każdy, kto widział w telewizji relację z wydarzeń z 9 września 2001 roku pamięta jak bardzo to wszystkich dotknęło. Wizyta w muzeum 9/11 przywraca te wspomnienia ze zdwojoną siłą. Dopiero tam poniekąd uświadomiliśmy sobie, że to wszystko było naprawdę, że prawie 3 tysiące ludzi zginęło i jak bardzo wydarzenia te zmieniły świat. Muzeum podzielone jest na 3 wystawy: 11 września, przed zamachem oraz po zamachu. Ważnym miejscem jest pomnik poświęcony ofiarom tragedii, w miejscu fundamentów dawnych twin towers powstały 2 zbiorniki wodne, w których nieustannie przelewa się woda. Symbolizuje to pustkę oraz przemijanie. Warto tam przystanąć na chwilę i zobaczyć to, co jest niewidoczne dla oczu.

img_4923

img_4912

img_0108

W pobliżu Muzeum 9/11 znajduje się port, z którego można dopłynąć na Ellis Island oraz Liberty Island (gdzie znajduje się Statua Wolności). Skupiliśmy się, jak rasowi turyści, na zobaczeniu “zielonej pani z pochodnią”, a tu niespodzianka: zdecydowanie bardziej interesująca okazała się druga wyspa, czyli miejsce gdzie do wyśnionej Ameryki przybywali imigranci z Europy i nie tylko. W latach 1892-1924 na wyspie działało biuro ds. przyjmowania imigrantów, które przyjęło ich około 12 milionów. Po przybyciu na wyspę ludzie byli przesłuchiwani i badani przez lekarzy. Niektórzy musieli tam spędzać tygodnie lub nawet miesiące, przechodząc kwarantannę i ewentualne leczenie. Nie obyło się bez ofiar śmiertelnych, około 3 tys. przybyłych umarło na “wyspie łez”. Wielu imigrantów było oszukiwanych przez “hieny z Ellis Island”: urzędników, osoby sprzedające bilety a nawet fryzjerów. Miejsce warte odwiedzenia, kawał nieopowiedzianej historii, także z polskimi wątkami.

img_4921

A Statua Wolności? Jak z pocztówki.

img_4922

Nadszedł czas na chwilę wytchnienia w parku? Przecież możemy sobie pozwolić na krótki spacerek po Central Parku. Otóż nie, moi mili. Nie będzie to spacerek, będzie to WĘDRÓWKA, że aż Was nogi zabolą. O ogromie największego Parku w Nowym Jorku przekonacie się dopiero wtedy, jak po całym dniu zwiedzania miasta będziecie chcieli go przejść. 364 hektary powierzchni, bez przysiadania na ławkach się nie obędzie.

 

img_4924

 

Wiecie co jeszcze wywarło na mnie spore wrażenie? Most Brookliński. Z racji tego, że nocowaliśmy właśnie w Brooklinie mijaliśmy ten zabytek minimum 2 razy dziennie. Jest to jeden z najstarszych (1883r.) mostów wiszących na świecie, a znany jest przede wszystkim z wielu hollywoodzkich produkcji.

img_4930

 

Ciężko jest wymienić tylko 10 atrakcji w tak ogromnym i zróżnicowanym mieście. Powiedziałabym, że jest to wręcz niemożliwe. Jednak poniżej wymieniamy te, które najbardziej utkwiły nam w pamięci i warto mieć je na uwadze, gdy ma się niewystarczającą ilość czasu (teraz wiem, że na Nowy Jork potrzeba znacznie więcej jak 7 dni).

Lista 10 atrakcji Nowego Jorku wg “Trupy”

  1. Empire State Building
  2. Ellis Island
  3. Muzeum 9/11
  4. Central Park
  5. MET
  6. Times Square
  7. Statua Wolności
  8. Top of the Rocks
  9. Brooklyn Bridge
  10. Central Station

 

Do zobaczenia w Nowym Jorku!

Podróże receptą na udany związek

Niemalże każdego dnia słyszę od kogoś „ale Wam dobrze, że na siebie trafiliście i zwiedzacie świat” albo „takie małżeństwo to rzadkość”. I faktycznie, wspaniale czujemy się razem i świetnie się dogadujemy, ale jest to zasługa wyłącznie ciężkiej pracy. Bo nad związkiem trzeba pracować. Nie sztuką są maślane oczy i kolacje przy świecach, bo miłość, zaufanie i zrozumienie trzeba pielęgnować. My także mieliśmy gorsze dni, ale odkąd zaczęliśmy razem wyjeżdżać wiele nauczyliśmy się od siebie i o sobie. I wciąż to robimy! Dlatego właśnie podróżowanie stało się dla nas receptą na udany związek.

Co jest wyjątkowego we wspólnych wyjazdach? Już wyjaśniam!

 

 

Razem 24/7

Razem się budzimy i chodzimy spać. Razem mokniemy w ulewach i przypiekamy na słońcu. Denerwujemy się na opóźniony samolot i wracamy pieszo z lotniska w środku nocy. Czasami naprawdę jest romantycznie i wspaniale, ale zdarzają się sytuacje (5 dni w jednym i tym samym przedziale w pociągu), że mamy siebie serdecznie dość i bardzo chętnie spędzilibyśmy chociaż chwilę OSOBNO. To nauczyło nas, że chcemy spędzać też trochę czasu samotnie, potrafimy wychodzić z domu osobno, poświęcać się odrębnym zupełnie zainteresowaniom, mieć różnych przyjaciół, z którymi niekoniecznie spotykamy się wspólnie. Nie jesteśmy jak papużki-nierozłączki. To daje nam trochę wytchnienia. Bo warto czasami za sobą zatęsknić.

 

Podział obowiązków

W tej kategorii jesteśmy mistrzami! Od planowania kolejnych destynacji, przez formalności wizowe, po pakowanie plecaków, wszystko chodzi jak w szwajcarskim zegarku. Wiemy za co jesteśmy odpowiedzialni: o co muszę martwić się ja, a co bierze na siebie Marcin. Nawet kilogramy w plecakach rozkładamy w miarę po równo (no dobra, ja mam zawsze około 1,5 kg mniej). A takie podróżnicze przyzwyczajenia doskonale przekładają się na życie codzienne. Dzielimy obowiązki w domu, płacenie rachunków a nawet opiekę nad kotem. Sprawiedliwie i bez większych zgrzytów, po miesiącach (kilometrach!) praktyk oczywiście.

 

W zdrowiu i w chorobie

Katarek i kaszelek jest NICZYM w porównaniu do prawdziwych chorób w podróży. Co mam na myśli? Nieskończone biegunki po zjedzeniu świeżych warzyw (które mają na sobie zupełnie inną florę bakteryjną) lub po niemądrym napiciu się wody z byle jakiego źródełka w środku Azji; choroba lokomocyjna, która na pokładzie katamaranu potraja swoją moc i masz wrażenie, że śmierć jest blisko; gorączki po spędzeniu kilku godzin na plaży (“Renia, mam udar!”); zadrapania, odciski, skręcone kostki, odparzone tyłki i wiele innych dolegliwości, którymi wolelibyście się nie dzielić nawet z panem doktorem, a co dopiero z drugą połówką, która w tym właśnie momencie dzielnie trzyma Ci włosy, kiedy Ty próbujesz wypluć swoje wnętrzności.

 

Wiesz o mnie wszystko

Podróże spowodują, że już niczego nie będziecie się wstydzić, a tematy tabu przestaną istnieć. Każdy człowiek się poci, tak samo jak każdy człowiek (dziewczyny też!) korzysta z toalety. A wy będziecie wiedzieć, co do minuty, kiedy druga połówka będzie musiała zejść z trasy i na kilka chwil wskoczyć w krzaki. Nie zawsze będzie czas i możliwość pójścia pod prysznic. Nie będzie makijażu, wymodelowanej fryzury i gładkiej skóry. Jeżeli będziecie w stanie okazywać sobie uczucia po kilku dniach bez prysznica znaczy to, że to związek na całe życie.

 

Tysiące wspomnień

…których nikt Wam nie odbierze. Pocałunki przy zachodzącym słońcu, romantyczne spacery nad lazurowym wybrzeżem i nie tylko! Nauka jedzenia pałeczkami, wycieczki rowerowe przez wyspę, wyprawa do muzeum czołgów w ulewnym deszczu, próby jakiejkolwiek komunikacji z tubylcami. Każda podróż daje coś do zapamiętania, a zaufajcie, wspaniale jest usiąść wieczorem z kubkiem kakao i przypominać sobie te wszystkie historie. A apetyt rośnie w miarę jedzenia!

 

Szkoda czasu na kłótnie

Tego też próbowaliśmy. Pamiętam jak na jednym z wyjazdów pokłóciliśmy się o jakąś bzdurę. Wyszłam z hotelu na ulicę, po czym za chwilę przyszedł on pytając: “No i gdzie ty chcesz teraz iść?” Cóż, miał rację, więc potulnie, śmiejąc się wróciłam do pokoju. W podróży kłócić się zwyczajnie NIE OPŁACA. Jest tyle miejsc do zobaczenia, tyle kilometrów do przejścia, że każda minuta jest na wagę złota, więc szkoda tracić ją na obrażanie się.

Godziny rozmów

Dzięki rozmowom właśnie wiemy o sobie niemalże wszystko. Historie z dzieciństwa, ulubieni nauczyciele ze szkoły i masa innych rzeczy, do których nie wracasz przy zwykłej pogawędce przy kawie. Rozmawiamy czekając na samolot, siedząc w pociągu i leżąc na plaży. O wszystkim i o niczym. Czasami nawet z nudów.

Podróże kształcą. Stajemy się odważniejsi, doceniamy to co mamy i potrafimy przetrwać nawet najtrudniejsze sytuacje. Każdy wyjazd zmienia nas w pewnym stopniu. A my zmieniamy się RAZEM. Celebrujemy każdą chwilę spędzoną w nowym kraju i oprócz innych kultur i sposobu życia uczymy się także samych siebie. I to właśnie w podróżowaniu jest najpiękniejsze.

 

5 atrakcji, które warto zobaczyć w Genewie

Szwajcaria stała się kolejnym miejscem na mapie Europy, do którego postanowiliśmy się udać podczas naszego bardzo długiego miesiąca miodowego. Jest to kraj, który ciekawi nas pod wieloma względami: kulturowym, historycznym a nawet lingwistycznym (bo jak można w tak małym państwie mieć aż cztery języki urzędowe?).

Po wylądowaniu na lotnisku w Genewie dowiedzieliśmy się, że transport publiczny na terenie kraju jest darmowy dla turystów. W hali bagażowej, tuż obok wyjścia stoi automat, w którym można odebrać bilet na pociąg do centrum miasta. Fajnie, co?

Przylatując w styczniu do Genewy, drugiego największego miasta w Szwajcarii, spodziewasz się na pewno wysokich gór i tony śniegu, a tu niespodzianka! Ani gór, ani śniegu. Nieprzyjemny wiatr i trochę zimnego deszczu nad brzegiem jeziora: tak wspominamy ten wyjazd pod względem pogody.

Ale co tak właściwie można zobaczyć w tym mieście? Przejdźmy do rzeczy.

Jet d’Eau 

Wysoka na 140 m fontanna, wyrzucająca wodę z prędkością 200 km/h jest symbolem Genewy. Powstała już w 1885 roku, jednak nie jako atrakcja turystyczna. Kilkumetrowy wtedy wodotrysk miał na celu odprowadzanie nadmiaru wody w przypadku zbyt dużego ciśnienia w instalacjach wodnych przeznaczonych do napędzania maszyn genewskich jubilerów. Teraz działa ona w określonych godzinach, dłużej latem, krócej zimą. Podczas silnego wiatru i niskiej temperatury fontanna jest wyłączana.

Katedra Św. Piotra i panorama miasta

Budowana przez kilka stuleci, łącząca mnóstwo stylów architektonicznych z niesamowitą historią, czyli zabytek, który koniecznie trzeba zobaczyć. W północnej nawie zachowało się miejsce, gdzie podczas nabożeństw zasiadał Jan Kalwin. Zgodnie z jego naukami wnętrze świątyni jest surowe, bez przepychu. Zwiedzając katedrę warto poświęcić czas na wejście na wieże (północną i południową). Po dotarciu na górę można podziwiać panoramę miasta, a sama wspinaczka usłana jest historycznymi faktami i rzeczami z poprzedniej epoki.

Patek Museum

Jeżeli chcecie poznać choć trochę historii kunsztu zegarmistrzowskiego (w końcu jesteśmy w Genewie) z polskimi wątkami w tle, Muzeum Patka to miejsce dla Was! Dla nas było to trochę jak podróż w czasie. Cała wystawa jest wyjątkowo interesująca i można dowiedzieć się paru ciekawostek na temat słynnego polskiego zegarmistrza ze Szwajcarii.

Horloge Fleuri

Najsłynniejszy zegar kwiatowy w Ogrodzie Angielskim. Niezwykle popularny wśród turystów jest hołdem dla lokalnego przemysłu. Na nas jednak nie zrobił wrażenia, a co więcej, przy spacerze po mieście po prostu go nie zauważyliśmy. Nie jesteśmy wielkimi fanami kwiatów, a zegarki jednak wolimy prawdziwe. 🙂

Siedziba ONZ

Pośrodku parku Ariana nad brzegiem Jeziora Genewskiego, za wielkim ogrodzeniem znajduje się Palais des Nations, czyli Pałac Narodów Zjednoczonych. W środku znajdują się 34 pomieszczenia konferencyjne oraz 2800 biur, m. in. Biuro Wysokiego Komisarza ds. Przestrzegania Praw Człowieka. Od roku 1966 stanowi główną europejską siedzibę ONZ, dlatego jest terytorium międzynarodowym. Tuż obok pałacu zobaczycie ciekawy pomnik: ogromne krzesło bez nogi. Jest ono symbolem protestu przeciwko używaniu min przeciwpiechotnych w toczących się wojnach.

Genewa jest to miasto, które spokojnie można zobaczyć w jeden, dwa dni. Podejrzewam, że jest dużo bardziej urokliwa w okresie letnim lub pokryta śniegiem, ja jednak cieszyłam się, że zaplanowaliśmy tam tylko krótki, weekendowy wyjazd. Szwajcaria jednak nadal nie kojarzy mi się z miastami i zabytkami. Ten kraj to przede wszystkim Alpy i wspaniałe górskie wycieczki, dlatego jeżeli wybierzemy się tam po raz kolejny to zdecydujemy się na małomiasteczkowe zwiedzanie.

Z wizytą u Trześniewskiego

Wiecie co? Tym razem nie zacznę tradycyjnie. Nie opiszę zabytków i przepięknych krajobrazów. Skupię się natomiast na… Kanapkach. Dlaczego są one naszym zdaniem nieodzownym elementem wizyty w Wiedniu? I kim był pan Franciszek Trześniewski? Jeśli nie wiecie, a jesteście ciekawi: zapraszam do czytania.

Franciszek Trześniewski był to urodzony w Krakowie kucharz i smakosz. W 1902 roku postanowił otworzyć swój własny bar kanapkowy w samym środku Wiednia w dzielnicy Tiefen Graben.

46749930_462610350928656_1045262935242309632_n

Jego ideą było stworzenie, jak na tamte czasy, swego rodzaju fast foodu: miejsca, do którego wstąpią ludzie, żeby coś na szybko przekąsić. Bar serwuje 18 rodzajów kanapek: z ogórkiem, rybą, warzywami i słynną pastą jajeczną. Prócz tego można tam kupić 1/8 litra piwa, którą sam właściciel nazywał “Pfiff” i tak zostało do dzisiaj. Lokal ma także świetne hasło reklamowe: “Trześniewski. Die Unaussprechlich Guten Brötchen”, czyli kanapki tak dobre, że nie można wymówić (nawiązując do trudnego, polskiego nazwiska właściciela).

46762855_1928313827289914_7547162892408193024_n

46520076_1990822210986269_7698324992240386048_n.jpg

A jak smakują? To już musicie sami ocenić. Według mnie są świetne. Nie wiem, czy to zasługa składników, czy odrobiny polskości w każdym kęsie, ale z ręką na sercu polecam Trześniewskiego!

Jeżeli już zaczęliśmy od jedzenia to koniecznie muszę wspomnieć o znakomitym Wiener Schnitzel, czyli austriackim kotlecie z cielęciny, powszechnie uważanym za potrawę narodową.

46492056_366402273933614_5538445682077073408_n

Muszę przyznać, że takiej porcji kotleta jeszcze nie widziałam i odnoszę wrażenie, że ów rozmiar to w Austrii norma, ponieważ kelnerka przyjmująca zamówienie zrobiła dość zdziwioną minę kiedy do sznycla zamówiliśmy sporą porcję ziemniaków i surówek. Podobną minę mieliśmy my, kiedy przyniosła kotlet(y)!

Podczas naszego pobytu w stolicy Austrii nie obyło się również bez skosztowania wielu tamtejszych smakołyków. Zaczęło się oczywiście od Mozartkugel, wyprodukowanych po raz pierwszy w Salzburgu w 1890 roku. Jeżeli jesteście fanami marcepana, to zdecydowanie strzał w dziesiątkę. Ja podczas każdego pobytu w Austrii muszę zaopatrzyć się w kilka opakowań oryginalnych wafelków firmy Manner, które uwielbiam. Charakterystyczne różowe opakowanie z katedrą kojarzy mi się z wyjazdami na konkursy skoków narciarskich. Czy ktoś z Was ma podobne skojarzenia? 🙂

Przy okazji spacerów po starówce (o tym już za chwilę) wybraliśmy się także po raz pierwszy do tzw. “kociej kawiarni”. Nie jestem ogromnym zwolennikiem tego typu miejsc, jednak ta wiedeńska miejscówka była wspaniała. Koty miały święty spokój, nikt ich nie męczył i nie chodził za nimi, były bardzo przyjaźnie nastawione a niektóre z nich chętnie witały się z nowo przybyłymi gośćmi.

46495477_1913252325436912_3456234236917317632_n46485744_1317469341729321_7861046274995257344_n

Cóż… O jedzeniu, jak widzicie, pisać mogę bez końca, ale należałoby trochę skupić się na innych podróżniczych walorach stolicy Austrii. Wiedeń jest miejscem, gdzie architektura zachwyca i każdy ruch głowy, czy w lewo, czy w prawo przysparza nam niesamowitych doznań wzrokowych. Kamienice pięknie zdobione, pomalowane w odcienie bieli, to połączenie piękna z naturalną prostotą, co w szczególności przypadło nam do gustu, gdy ich dachy przyprószył śnieg.

Najważniejszym punktem miasta według wielu przewodników jest oczywiście Innere Stadt, czyli Stare Miasto, dlatego tam zaczęliśmy naszą wiedeńską przygodę. Co ciekawe, jest ono wpisane na listę UNESCO, co po przejściu przez zaledwie jego fragment przestało być dla nas niespodzianką.

Jeżeli już mówimy o Starym Mieście nie sposób nie wspomnieć o wybudowanej w 1230 roku, późnoromańskiej katedrze Św. Szczepana. Przez lata rozbudowywana i upiększana szybko stała się symbolem Wiednia i całej Austrii. W jej wnętrzu można znaleźć mnóstwo dzieł sztuki, mozaiki, a nawet zejść do katakumb. Dopiero po wejściu do środka docenia się jej ogrom, ponieważ z zewnątrz okalają ją budynki, więc aż tak wielkiego wrażenia na nas nie zrobiła (w porównaniu np. z Soborem A. Newskiego w Sofii). Jeżeli miałabym wziąć pod uwagę wszystkie świątynie, które widzieliśmy w Wiedniu, najbardziej do gustu przypadł mi kościół św. Franciszka, położony nad Dunajem.

P1020910

Belweder i Pałac Schönbrunn to wizytówki stolicy Austrii, więc i my, z przewodnikami w ręku udaliśmy się je zobaczyć.

Pałac Schönbrunn to według mnie miejsce, które nie tylko urzeka swoim pięknem i wielkością (1441 pomieszczeń, z czego tylko 45 jest udostępnionych dla turystów) a przede wszystkim jest to budynek, który pamięta niesamowitą ilość wydarzeń historycznych. To tam właśnie dawał swoje pierwsze koncerty sześcioletni Mozart, tam na konferencje przybywał Napoleon, tam zakończono władzę monarchii w Austrii i tam miał miejsce Kongres Wiedeński. Imponujące, nieprawdaż?

Belweder natomiast jest barokowym pałacem księcia Eugeniusza Sabaudzkiego, który mocno ucierpiał podczas II wojny światowej, dlatego wiele części budynku jest rekonstrukcją. Nie umniejsza to jednak jego zasług.  Wszystko jest symetryczne, trawa zadbana nawet w środku zimy, czyste chodniki i poprzycinane równo żywopłoty. Położony jest w pięknym miejscu, ze wspaniałym ogrodem, co sprawia, że wydaje się jakbyśmy patrzyli na obraz albo przynajmniej pocztówkę z dalekich stron.

P1020934

Miejscem, które w Wiedniu odwiedzić trzeba jest MQ (MuseumsQuartier), czyli Dzielnica Muzealna, która usytuowania jest tuż przy granicach Starego Miasta. Niestety nie mieliśmy czasu, aby zwiedzić każde z nich, jednak już ich wygląd z zewnątrz jest niesamowity. Trzeba zaznaczyć, że jest to jeden z największych na świecie terenów poświęconych kulturze i nauce. Naszym numerem jeden zostało oczywiście Muzeum Historii Naturalnej, które staramy się odwiedzić w każdym miejscu na świecie. Warto dodać, że cała dzielnica tętni życiem. Jest tam mnóstwo kawiarni, restauracji a latem odbywają się pokazy filmów i koncerty.

P1020738P1020744P1020752

Jak w każdej naszej podróży nie obyło się bez niespodzianek. W tym przypadku nie udało nam się zobaczyć wiedeńskiego ratusza w całej okazałości z powodu remontu, jaki miał miejsce wokół budynku. Starałam się zrobić jakiekolwiek zdjęcia pośród ścianek i ogrodzeń, jednak niedosyt pozostał do dziś. Wybudowane w stylu neogotyckim miejsce zgromadzeń dla rady miejskiej i burmistrza przykuwa uwagę i podobno wspaniale wygląda w wieczornym świetle. Cóż… Może następnym razem się uda.

46491853_322253908564133_1039810895166832640_n

Ciekawym miejscem na mapie Wiednia jest Hundertwasserhaus. Jest to budynek mieszkalny zaprojektowany przez Friedensreicha Hundertwassera, którego koncepcją było “nawiązanie dialogu z przyrodą jako równoważnym partnerem człowieka”. Odstaje on zdecydowanie od klasycznej wizji stolicy Austrii. Jest kolorowo, nierówno i w pewnym sensie bajkowo.

P1020861

A co z parkiem rozrywki?

Wiener Prater, bo o nim mowa, jest największym w Wiedniu (1700 ha) ośrodkiem wypoczynkowo–sportowym. Znajduje się tutaj największy i najbardziej znany diabelski młyn, który ma prawie 65 m wysokości. Kręci się bardzo powoli, co pozwala obejrzeć panoramę miasta. Nasze pierwsze skojarzenie: taki wiedeński London Eye. Moją uwagę przykuł jednak nie Wiener Riesenrad a całkiem sporych rozmiarów globus, umieszczony zaraz przy parku. Interesująca inicjatywa.

P1020898

O Wiedniu można pisać bez końca. Jest tam tyle zabytków, które trzeba zobaczyć, dziesiątki muzeów, które należy odwiedzić i mnóstwo potraw, które warto spróbować. Każda wizyta w tym mieście powoduje, że chce się go poznawać bardziej i więcej.

I chyba właśnie na tym polega podróżowanie, prawda?

Z wizytą u sąsiadki

Siadasz przy komputerze z kubkiem herbaty i ciastkiem (o mnie tu mowa!) i rozmyślasz o kolejnej destynacji. Krótkie wyjazdy oznaczają zazwyczaj jeden z europejskich krajów, miasto/region, które można zobaczyć w kilka dni, czasem nawet krócej. I zaufajcie, Bratysława nie przychodzi na myśl od razu, a dlaczego? Bo to przecież tylko Słowacja. Mały kraj, o którym mało też wiemy i nie do końca nas to interesuje. I to właśnie jest błąd. Bo jest to nie tylko, a AŻ Słowacja, miejsce, gdzie historia ma ogromne znaczenie, a jedzenie jest tak cholernie dobre, że jesz do takiego momentu, że nie jesteś w stanie się ruszać (coś jak u mamy na święta). I właśnie dlatego dzisiaj obalę kilka stereotypów i przedstawię nasze doświadczenia z wizyty u sąsiadki.

ulica

Tak naprawdę ciężko jest stwierdzić z czym Bratysława się kojarzy. Wielu z nas nawet nie wie, że jest to stolica Słowacji, kraju położonego tuż za naszą południową granicą. Dziś zacznę więc nieco inaczej, od kilku informacji prosto z encyklopedii.

Republika Słowacka jest to całkiem mały kraj położony w Europie środkowej. Jej powierzchnia to zaledwie 49 035 km², co daje 128. miejsce na świecie. Od 1 stycznia 1993 roku jest krajem samodzielnym, wcześniej była częścią Czechosłowacji. Położona na terenie typowo górskim, aż 61% jej powierzchni zajmują wyżyny oraz liczne pasma górskie, głownie Karpaty.

Na Słowacji (podobno wersja „w Słowacji” staje się także coraz bardziej popularna, ja jednak pokieruję się tradycją) mówi się, o dziwo, w języku słowackim, który wbrew pozorom różni się nieco od czeskiego, jednak są wzajemnie zrozumiałe (polski też jest). I w tym momencie muszę serdecznie pozdrowić moją koleżankę Denisę, z którą chętnie porównujemy nasze języki i, mówiąc szczerze, mamy przy tym niezły ubaw.

Jak już wcześniej wspomniałam, stolicą Słowacji jest Bratysława, do której postanowiliśmy się udać przy okazji naszej wyprawy do Wiednia. Jest to miasto położone nad Dunajem, a ciekawostką jest, że jest jedyną stolicą na świecie graniczącą z dwoma państwami, wcześniej wspomnianą Austrią oraz Węgrami.

No to w drogę!

Po wylądowaniu na lotnisku w stolicy Austrii wsiedliśmy w autobus Slovak Lines, by po godzinie wysiąść już w centrum Bratysławy. Jest to miasto tak kameralne, że tak na dobrą sprawę mapa była nam niemalże zupełnie zbędna, ale to przecież zaleta! Wszędzie jest blisko i nie można się zgubić, czyli coś, co lubimy najbardziej. I co najważniejsze: całe miasto można zwiedzić na piechotę!

panorama

A oto właśnie panorama Bratysławy zrobiona w drodze na zamek. Mimo dość przykrej, pochmurnej pogody, spodobało nam się to miasto. Ma ono w sobie coś przyciągającego, może to ludzie, którzy są tacy “swoi”, a może trochę wspólnej historii, bo przecież więcej nas ze Słowacją łączy niż dzieli. Lekko zaśnieżone ulice, drzewa zupełnie bez liści i ludzie zmęczeni chłodem, pospiesznie maszerujący do swoich domów. Czy nie tak właśnie wygląda każde polskie miasto na przełomie lutego i marca?

ulica.jpg

Zwiedzanie zaczęliśmy oczywiście od starego miasta, a dokładniej mówiąc, od ciepłej kawy z ciastkiem na rozgrzewkę. Po krótkim spacerze ulicami Bratysławy zgodnie stwierdziliśmy, że jest tu dość sporo pomników, głównie z brązu. Jednym z ciekawszych i chyba najpopularniejszych jest Čumil, czyli przyjazny kanalarz wychylający się z włazu. Jest on częścią projektu rewitalizacji starego miasta, zamontowany został w 1997 roku i cieszy się ogromną popularnością. Co ciekawe, Čumil nie jest to pomnik kogoś znanego, niczego nie symbolizuje, miał być jedynie ciekawym punktem na mapie Bratysławy i z tego, co zaobserwowaliśmy, pomysł się udał.

zipek

Kiedy dotarliśmy do Hlavné Námestie, czyli głównego placu w Bratysławie, jeszcze bardziej poczuliśmy się jak w domu. Piękne, kolorowe kamienice i ratusz są mieszanką kilku stylów architektonicznych, ale dla nas, typowych laików w tej materii, były po prostu obiektami cieszącymi oko. Bardzo ważnym zabytkiem jest także Katedra św. Marcina, położona przy ulicy Staromiejskiej. Przez 300 lat była miejscem koronacji monarchów węgierskich. Do 1850 roku odbyło się tam aż 11 koronacji królów i 8 królowych,  w tym np. Marii Teresy. Za czasów komunistycznych tuż przy katedrze wybudowano drogę dwupasmową, która naruszyła konstrukcję budynku, a jezdnia właściwie styka się z jej murami.

katedra.jpg

Burzliwa historia zamku

Po obejrzeniu katedry udaliśmy się w stronę najważniejszego zabytku miasta: Zamku Bratysławskiego. Wyobraźcie sobie, że warowne budowle na wzgórzu, gdzie teraz jest zamek właściwy istniały już w starożytności! Wzgórze to stanowiło swego rodzaju akropol dla położonej nieopodal osady celtyckiej. Następnie powstał tu zamek z kamienia, by po latach stać się szkołą katolicką a potem, w 1802 powstały tam koszary. W 1811 roku budowla została niemalże doszczętnie zniszczona przez pożar wzniecony przez wojsko napoleońskie. Po burzliwej historii, w latach 50 XX w. zamek został odbudowany w formie, którą możemy podziwiać do teraz.

zamek

P1020715

Pora na divadlo!

Kto na Słowacji nie był – polecam! Choćby ze względu na czytanie szyldów na ulicach. Niemalże wszystkie nazwy wydają się zabawne, moją ulubioną jest oczywiście DIVADLO, czyli teatr. Sam budynek teatru jest całkiem ciekawy, wybudowany w stylu eklektycznym. Bardzo długo grano tam sztuki jedynie w języku czeskim, dopiero po 1920 roku Słowacy doczekali się spektakli we własnym języku. Powodów było wiele: brak słowackich scenariuszy, aktorów i śpiewaków. Nieopodal teatru znaleźć można także Monument Zwycięstwa upamiętniający wyzwolenie Czechosłowacji przez Armię Czerwoną.

divadlo.jpg

monument.jpg

Spodek w Bratysławie?

Nieco inny niż ten w Katowicach, wznoszący się na wysokość 84 m jest najnowszym symbolem stolicy Słowacji. Jest częścią Mostu Słowackiego Powstania Narodowego (SNP) nad Dunajem, mieści restaurację na 430 osób. Wybudowany został w latach 1967 – 1972 i łączy centrum Bratysławy z mieszkaniową dzielnicą Petržalka.

ufo

Kofola? A cóż to takiego?

A na koniec jak zawsze zostawiam wisienkę na torcie, czyli słowackie jedzenie. Jest to kolejny kraj, który serwuje moje ulubione dania: pierogi, knedle, łazanki… Wybraliśmy się do polecanego przez kilkoro znajomych Slovak Pub, gdzie wypiliśmy tamtejsze piwo i spróbowaliśmy tradycyjnej kuchni. Porcje ogromne, cena niska: czego chcieć więcej? Ucztę zaczęliśmy oczywiście od lokalnego piwa i Kofoli, czyli czechosłowackiego odpowiednika coca-coli z dodatkiem cytryny. A jedzenie? Fantastyczne. Podstawą kuchni słowackiej są ziemniaki, kapusta i mleko w każdej formie. My mieliśmy okazję spróbować ich narodową potrawę, czyli bryndzové halušky: kluseczki ziemniaczane z bryndzą, a także strapaczki – wersja z kapustą i skwarkami. Nie obyło się oczywiście bez pierogów z bryndzą oraz tradycyjnego kapuśniaku. Nie-bo w gę-bie!

44775303_2057071154354703_5556762386154651648_n.jpg

44898828_724907694556544_4709096216003084288_n

Wiele jest powodów, żeby wybrać się na Słowację. Mimo tego, że jest to malutki kraj, my zwiedziliśmy tylko jego część. Następnym razem zostaniemy na dłużej i chętnie połazimy po słowackich Tatrach i zobaczymy wiele innych ciekawych regionów. Bo podróżne nie zawsze muszą być dalekie i długie, czasami warto zajrzeć, co interesującego może nam pokazać i opowiedzieć najbliższy sąsiad. Wiele nas ze Słowacją łączy i bardzo to doceniliśmy podczas wyjazdu do Bratysławy.

Polecamy!

Jak się pakować, żeby nie zwariować?

Już na samym początku zaznaczę, że ani ja ani Marcin do mistrzów pakowania nie należymy. Muszę jednak przyznać, z wyjazdu na wyjazd idzie nam to coraz lepiej, wszystko jest dużo bardziej zorganizowane, a przestrzeń w plecakach logistycznie podzielona i zapełniona. I bardzo mnie to cieszy.

Pierwszy plecak, który pakowaliśmy na jeden z naszych krótkich wyjazdów był wypełniony absolutnie po same brzegi. Kilka sweterków i spodni, gruba piżama i dodatkowe buty zajęły niesamowicie dużo miejsca, były niepotrzebnym ciężarem a co najgorsze, w ogóle się nie przydały. Czego więc unikać, a co rozważnie przygotować przed wyjazdem? Oto kilka naszych sprawdzonych zasad.

Plecak jest lepszy od walizki

Czy naprawdę muszę kogoś jeszcze przekonywać? Plecak można zabrać w teren, nie nosisz go niewygodnie raz w jednej, raz w drugiej ręce. Przy aktualnej polityce bagażowej tanich linii lotniczych na plecak nie zostanie zazwyczaj nałożona dodatkowa opłata i spokojnie można zabrać go na pokład, co oszczędza czas w miejscu docelowym: nie musicie czekać, aż bagaż zostanie wyładowany na taśmę w hali bagażowej. Wszystko, czego potrzebujecie macie zawsze w zasięgu ręki: leki, bluzę, okulary przeciwsłoneczne. Wygodny plecak to podstawa (o ich rodzajach napiszę w osobnym poście), na krótkie wyjazdy ja zdecydowałam się na firmę Roxy, Marcin na Wisport, natomiast na długie wyprawy obydwoje kupiliśmy słynne i NIEZAWODNE plecaki marki Deuter.

44439566_883459128524342_4021527829438005248_n (1)

Sprawdzamy pogodę przed wyjazdem

Dobrze wiecie, że ja jestem mistrzem w sprawdzaniu tego właśnie czynnika, szczególnie jeżeli chodzi o krótkie wyjazdy. Jednak nie jestem zbyt ufna wszelkim aplikacjom, dlatego zawsze kończę z jednym swetrem za dużo. Warto jest jednak wiedzieć, czy należy nastawić się na deszcz i zabrać ze sobą kurtkę, czy jednak wystarczy nam lekka bluza na chłodniejsze wieczory.

P1020715.JPG

Robię listę potrzebnych rzeczy

Nic tak nie pomaga jak sprawdzona ściąga z kilkoma obowiązkowymi rzeczami, które w plecaku znaleźć się muszą. Najczęściej robię ją już kilka dni przed wyjazdem, żeby co trochę dopisywać ważne podpunkty. Wieczorem przed wylotem robię zdjęcie przed spakowaniem plecaka, żeby po powrocie ocenić, co kompletnie się nie przydało, a co mogłam dorzucić. To naprawdę działa!

img_4733.jpg

Ubrania i buty

Jest to zdecydowanie jeden z najważniejszych aspektów każdej podróży. Ubrania muszą być nie tylko wygodne, niegnące i jak najlżejsze ale także, a może nawet przede wszystkim, obowiązkiem w tej materii jest dobra jakość. 100% bawełny to podstawa. Zdajemy sobie sprawę, że w danej koszulce spędzimy cały dzień, a dobre skarpetki zapewnią nam wygodę w chodzeniu i umożliwią spacer bez odcisków podczas kolejnych dni wyprawy. Jeżeli chodzi o buty: zawsze staramy się opierać na wzorze 2+1 czyli dwie pary butów plus klapki. Póki co świetnie się sprawdza.

Jeżeli jesteśmy już przy temacie ubrań: zawsze bierzemy ze sobą worek na brudne rzeczy, nie jest to zwykła reklamówka, a raczej dobrze skrojona torba, do której pakujemy popularne “brudy”. Podczas długich wyjazdów staramy się oczywiście robić pranie, dlatego w naszych plecakach znajdziecie płyn do prania i linkę z paracordu, na której suszymy ubrania i ręczniki (te drugie koniecznie z mikrofibry). Oczywiście lepszym wyjściem jest hostel, który posiada zarówno pralkę jak i suszarkę (w szczególności przy krótkich pobytach ułatwia to życie) jednak pośrodku safari byłam skazana na pranie ręczne.

P1000441.JPG

Była moda, co z urodą?

Jak powszechnie wiadomo, w długich podróżach ciężko o czas i ochotę na makijaż i kobiecość, jednak ja zawsze mam przy sobie podstawowe, jak to mówię,  “dziewczęce atrybuty”. Pierwszym z nich jest popularny tangle teezer w wersji mini, który zmieści się wszędzie i rozczesuje moje włosy po całym dniu w warkoczu. Staram się brać ze sobą te produkty, których używam na co dzień, moja skóra przyzwyczajona jest do swego rodzaju rytuału i już po kilku dniach bez porządnego nawilżania wygląda bardzo źle. Krem na dzień, na noc i pod oczy to obowiązek. Do tego minimalny makijaż, krem bb, mascara i paleta cieni (polecam tę od Maxineczki 🙂 ) Mydło, które przydaje się w każdej sytuacji; sudocrem na wszelkiego rodzaju odparzenia i ugryzienia a także mini zestaw z pilnikiem do paznokci: to zawsze znajdziecie w moim plecaku. Oraz hit każdego wyjazdu: puder dla dzieci. Świetnie sprawdza się w swojej oczywistej funkcji, jako zasypka do ciała, jednak ma wiele innych podróżniczych zastosowań. Ja używam go także jako pudru do twarzy (bardzo cieniutka warstwa) i jest wspaniałą alternatywą dla suchego szamponu.

Prócz tego zawsze pakujemy oczywiście rolkę papieru toaletowego i mokre chusteczki oraz podręczną apteczkę. Mamy w niej kilka plastrów i bandaży, wodę utlenioną w postaci wacików oraz najpotrzebniejsze leki: coś na ból głowy, coś na biegunkę i kilka innych specyfików (plus leki, które regularnie przyjmujemy).

P1000449

A Marcin? Z reguły zajmuje się sprawami technicznymi.

U niego w plecaku zawsze znajdę power banki, kable i przejściówki oraz parę słuchawek. On też odpowiedzialny jest za moje linki na pranie i sztućce (które zawsze bierzemy ze sobą w razie “W”). Gdzieś na dnie plecaka chowamy kserokopie naszych paszportów i wiz, a także wszystkie potwierdzenia noclegów, wynajmu samochodu, biletów na poszczególne środki transportu oraz polisę ubezpieczeniową. Marcin często pakuje ze sobą latarkę, bo jej właśnie najbardziej brakowało nam podczas pobytu w Tanzanii.

P1160417.JPG

Jak już wszyscy zapewne wiecie: typowy ze mnie planer. Dlatego zawsze biorę przewodniki ze swoimi notatkami, żeby wiedzieć, gdzie koniecznie musimy iść i co zobaczyć. W podróży towarzyszy mi też dobra książka, zazwyczaj w formie tradycyjnej, jednak gdy jedziemy na dłużej stawiam na e-booki. I notatnik! Chętnie zapisuję ciekawe fakty i porady, żebym mogła się kiedyś podzielić tymi informacjami z innymi. A czego nigdy ze sobą nie biorę? Biżuterii. Nie kuszę losu, w czasie podróży nie potrzebuję obrączki na palcu i łańcuszka na szyi. Jedyne, co nosimy to bransoletki, które były z nami dosłownie wszędzie.

44486068_2210015485932930_8536489393358110720_n.jpg

Muszę przyznać, że podróże wiele nas nauczyły. Nie tylko geografii i historii a także faktu, jak mało jest człowiekowi potrzebne, żeby przeżyć i świetnie się bawić. Zawartość plecaka jest naprawdę względna, nawet jeśli czegoś zapominamy, a zdarzyło się to już kilkakrotnie, to świetnie sobie z tym radzimy.

Prosty przykład:

Jesteśmy już na lotnisku w drodze do Szwajcarii, pytam Marcina czy wziął aparat.

– Oczywiście, że wziąłem, wszystko jest w plecaku! – odpowiada szybko mój mąż i żwawym krokiem maszeruje w stronę samolotu.

– A baterię do niego, która ładowała się na biurku też masz?

– Nie. – i w tym momencie właśnie zaczęła się kolejna przygoda.

Bo w podróży trzeba sobie jakoś radzić!

Pekin bez uniesień

Pekin, Pekin, Pekin… Cóż za ogromne miasto! Kiedy oglądałam mapę stolicy Chin w wersji papierowej nie zdawałam sobie sprawy, że te wszystkie ulice mają dziesiątki kilometrów a podróż z lotniska do hotelu wcale nie będzie krótka.

Stało się. Hasło “transsib” zostało rzucone. A jak już coś robić, to porządnie: zacząć w Moskwie skończyć w Pekinie. Już chyba wtedy wyczuwałam, że ostatni przystanek naszej podróży będzie tym najsłabszym ogniwem. Stolica Chin nigdy jakoś szczególnie mnie nie pociągała, uważałam, że jest to miasto warte zobaczenia, jednak nie znajdowało się w moim osobistym “top 10”. Nie miałam żadnych oczekiwań, przyjazd tam był bardziej na zasadzie “przy okazji wizyty w Chengdu zobaczę i Pekin” i tak się właśnie stało.

Wylądowaliśmy w Pekinie około godziny 23:00 i zabawa zaczęła się już wtedy, bo znalezienie osoby znającej angielski graniczyło z cudem. Nie należę jednak do ludzi, którzy uważają, że wszyscy język ten znać muszą, jednak jest on podstawą chociażby języka lotniczego, wiec miałam nadzieję, że chociaż tam się dogadamy.

OTÓŻ NIE, moi drodzy. Jakaś kobieta pomogła znaleźć nam transport do hotelu, oczywiście z 200% przebitką ceny, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Po opóźnionym locie, przygodach z komunikacją oraz nieogarniętą recepcją w hotelu o 3 w nocy jedyne o czym marzyliśmy to sen. Nie mieliśmy siły na komentarze dotyczące czystości w naszym pokoju i łazience. Muszę jednak dodać, że spaliśmy już w wielu miejscach na świecie i z ręką na sercu stwierdzam, że chińskie hotele są najbrudniejsze.

O poranku, tuż po śniadaniu zdecydowaliśmy udać się w miejsca, z których Pekin słynie: Zakazane Miasto, Plac Niebiańskiego Spokoju oraz Tianatan – Świątynię Nieba. Wszystkie te atrakcje są piękne zarówno pod względem architektonicznym jak i historycznym i zrobiłyby pewnie na nas większe wrażenie gdyby nie… LUDZIE.

Nic mnie tak nie irytuje jak ogrom turystów w miejscu, które zaplanowałam zobaczyć. Nie ma sensu robienie zdjęć, ponieważ będą one przepełnione innymi ludźmi; żeby cokolwiek zobaczyć trzeba odpychać się łokciami (z czym wspaniale radzi sobie Marcin), a takie sytuacje skutecznie odbierają chęć obejrzenia czegokolwiek i poszerzania wiedzy na temat miejsca, w którym aktualnie przebywamy. I dokładnie tak przypominam sobie właśnie nasze zwiedzanie Pekinu.

Dzień zaczęliśmy od wędrówki do Zakazanego Miasta, czyli pałacu cesarskiego dynastii Ming i Qing. Jest to niesamowicie wielki (i piękny) kompleks budynków, świątyń i ogrodów. Zbudowany został w latach 1406-1420 i właśnie tam podejmowano najważniejsze decyzje dotyczące Chin a niekiedy nawet całego świata.

P1040209P1040213

Następnie udaliśmy się w stronę placu Tiananmen oraz Mauzoleum Mao Zedonga. Tam właśnie zobaczyć można Bramę Niebiańskiego Spokoju, czyli symbol Chińskiej Republiki Ludowej (jest ona umieszczona w godle kraju). W okresie cesarstwa odgrywała rolę łącznika między światem zewnętrznym a Zakazanym Miastem. W 1949 r. Mao Zedong, prosto z tarasu umieszczonego na bramie, ogłosił powstanie ChRL.

P1040207

Plac Tiananmen, czyli Plac Niebiańskiego Spokoju jest to największy tego typu obiekt publiczny na świecie. Jego rozmiar wynosi aż 880x500m. Tam właśnie znajdują się dwa obiekty: 38-metrowy pomnik Bohaterów Ludu oraz mauzoleum Mao Zedonga. Jeżeli wybieracie się na zwiedzanie koniecznie pamiętajcie o paszporcie. Nam sprawdzono go kilka razy, przy każdym wyjściu i wejściu na plac.

img_0068img_0089img_0012

Warto wybrać się również nieco na południe miasta, by zobaczyć Świątynię Nieba, uważaną za świątynię taoistyczną. Kompleks ma prawie 3 km², więc nastawcie się na długi spacer, jeżeli planujecie docenić piękno tamtejszej architektury (a jest co oglądać!).

img_0058img_0056

Kolejnego dnia przyszła pora na wyprawę do miejsca, który każdy powinien kiedyś zobaczyć. Na początku planowaliśmy wybrać się na Wielki Mur Chiński na własną rękę, jednak czytając opinie o najbliższym punkcie widokowym w Badaling, które nie były najlepsze, postanowiliśmy zrezygnować.

Po raz kolejny zdecydowaliśmy się na zorganizowany tour, po pierwsze ze względu na wcześniejsze problemy w komunikacji z tubylcami, po drugie był to nasz ostatni pełny dzień w Chinach, więc chcieliśmy go wykorzystać bardzo produktywnie. I muszę przyznać, że była to najlepsza decyzja jaką podjęliśmy. W godzinach porannych, około 06:30 z hotelu odebrał nas przewodnik Leo i właśnie z nim udaliśmy się w stronę Mutianyu, gdzie mieliśmy przejść przez fragment Wielkiego Muru Chińskiego. Leo okazał się naszym “chińskim światełkiem w tunelu”: oczytany, z ogromną wiedzą historyczno-polityczną, nienaganną angielszczyzną opowiadał nam pokrótce etapy rozwoju swojego kraju przeplatając je wątkami wojennymi i szczerą niechęcią do Mongołów.

微信图片_20180522211608.jpg

Pierwszym przystankiem naszej krótkiej wycieczki było Mutianyu, świetnie zachowany fragment muru, gdzie zamierzaliśmy podziwiać wspaniałe krajobrazy, spacerując od wieży do wieży. Niestety jednak pogoda tego dnia nie dopisała, mgła spowiła mur i jego okolice, znacznie utrudniając widoczność. Miało to jednak swoje plusy, odstraszeni turyści zrezygnowali ze spaceru, co dawało nam cały fragment muru tylko dla siebie, a rześka pogoda była błogosławieństwem po wielu dniach w dalekowschodnim skwarze.

P1040251P1040256P1040271

P1040226P1040227

img_0140img_0024img_0106img_0100img_0004

Najcięższą częścią muru były schody do ostatniej wieży. Strome, śliskie i nierówne skutecznie utrudniały wejście, jednak udało nam się! Po zejściu na dół udaliśmy się na zasłużony obiad do lokalnej restauracji. Leo, nasz przewodnik, znający możliwości Polaków zamówił dla nas (prócz masy jedzenia oczywiście) tradycyjny chiński trunek, bardzo mocny, przypominający nieco nasz rodzimy bimber. I wszystko byłoby wspaniale, bo mocne trunki nam niestraszne, ale 70% alkohol bez zapijania to spore wyzwanie. Marcin zdecydował popijać wodą, ja natomiast zagryzałam wódkę fasolką szparagową i jakimś cudem daliśmy radę.

img_1509img_1505img_1507img_1515

img_0078.jpg

Po wspaniałym posiłku wyruszyliśmy się w stronę Letniego Pałacu. Leo opowiedział nam jego genezę i historię rozwoju. Powstanie kompleksu datuje się na rok 1153, jego rozbudowa miała miejsce po 1750 r. kiedy to dla uczczenia 70 rocznicy urodzin swojej matki cesarz Qianlong rozkazał utworzyć w tym miejscu rezydencję o nazwie Ogród Czystych Fal (Qingyiyuan). Centralnym punktem Pałacu Letniego jest Wzgórze Długowieczności (60 m wysokości) oraz sztuczne jezioro Kunming, które zajmuje powierzchnię 2,2 km² (cały kompleks liczy 70 tys. m²).  Po wspinaniu się na górę i odpoczynku wśród cesarskich zabudowań późnym wieczorem skierowaliśmy się z powrotem do zatłoczonego Pekinu.

P1040305P1040311P1040326

img_0027img_0059

Bardzo szybko upłynęły nam dni w Chinach i muszę przyznać, że pierwszy raz nie jestem przekonana, że wrócę. Być może wyjdę na kompletną ignorantkę, jednak Pekin nie jest dla mnie miejscem aż tak ciekawym, żeby chcieć udać się tam po raz kolejny. Jako że Marcin ma na temat Chin nieco inne zdanie, na jego liście jest jeszcze kilka zabytków i miejsc wartych zobaczenia. Odnoszę wrażenie, że jeszcze kiedyś pojedziemy na daleki wschód, ale niekoniecznie do Pekinu. Chiny są krajem niesamowicie zróżnicowanym i ogromnym zarówno pod względem geograficznym jak i kulturowym. Żeby zobaczyć wszystkie zakamarki i wspaniałe miejsca trzeba by zostać tam kilka tygodni. Teraz jednak chcemy skupić się na spełnianiu naszych podróżniczych marzeń wśród których niestety Chin nie ma.

IMG_0248_1

Warto pomagać, czyli o wolontariacie z pandami

Jaka jest definicja podróżowania? Zwiedzanie świata, przemierzanie kolejnych kilometrów, poznawanie nowych ludzi i ich kultur? A może robienie zdjęć, próbowanie nowych rzeczy i zbieranie pamiątek? Każda jest w jakiś sposób trafna, a my znaleźliśmy jeszcze jedną – pomaganie.

Planując nasz wyjazd do Chin od początku gdzieś z tyłu głowy tkwił pomysł na zobaczenie pandy wielkiej. Jednak zarówno ja jak i Marcin nie jesteśmy fanami ogrodów zoologicznych, więc wypad do pekińskiego zoo nie był nawet brany pod uwagę. Zupełnie przez przypadek, przeglądając przeróżne relacje z podróży trafiłam na filmik z pandami w roli głównej. Była to promocja wolontariatu w “przedszkolu dla pand” w Chengdu. I tak zaczęły się poszukiwania. Miejsce, loty, nocleg, badania lekarskie… Równo miesiąc później byliśmy już na miejscu.

P1040099.JPG

Oczywiście nie wszystko zorganizowaliśmy sami, po pierwsze z braku czasu, po drugie bez znajomości języka chińskiego było nam ciężko cokolwiek załatwić. We wszystkim pomogła nam organizacja MY PANDA TOUR, oni kupili dla nas bilety, zdobyli potrzebne dokumenty i zawieźli na miejsce.

Nasz wolontariat odbył się w Dujiangyan Panda Base, oddalonej od Chengdu o 70 kilometrów. Najpierw musieliśmy przejść proces rejestracji, żeby dostać przepustkę, następnie ubrani w koszulki z logo bazy (żeby odróżniać się od turystów) wysłuchaliśmy instrukcji oraz regulaminu miejsca.

IMG_0042.JPG

Obowiązków mieliśmy kilka, były one dostosowane do pory dnia i stylu życia pand, które zdecydowanie bardziej aktywne są rano, popołudniami głownie ucinają sobie drzemki.

Z samego rana dostaliśmy rękawiczki, ponieważ naszym zadaniem numer jeden było wyczyszczenie zagród. Najpierw zbieraliśmy niedojedzone resztki bambusa i warzyw, a potem zajęliśmy się sprzątaniem odchodów. Nie jest to może zadanie dla osób bardzo wrażliwych, aczkolwiek dla każdego posiadacza domowego zwierzaka nie stanowi to problemu.

IMG_0037IMG_0036IMG_0030

Kolejnym etapem było przygotowywanie jedzenia. Pandy jedzą głownie bambus, a konkretniej jego łodygi, które trzeba połamać, żeby ułatwić tym leniwym zwierzakom posiłek. Ciekawym faktem jest, że panda należy do zwierząt drapieżnych, jej układ pokarmowy jest stworzony do trawienia mięsa. Być może dlatego, jedząca głownie warzywa panda trawi jedynie 25% przyjmowanego pokarmu (gdzie np krowa 80%).

IMG_1474P1040020P1040035P1040049

Biało czarny niedźwiedź jada także ciasto sojowe, którego przygotowanie należało do naszych obowiązków. W skład takiego wypieku wchodzą: mąka kukurydziana, soja, miód, ryż i zboża. Na początku wychodziły one nieco niekształtne, jednak po kilku próbach staliśmy się mistrzami “panda cake”. 🙂

IMG_0038

IMG_1480

Najprzyjemniejszym zadaniem było karmienie. O ścisłe określonej porze musieliśmy się pojawić w boksie, który przystosowany był do spożywania posiłków. Była to swego rodzaju jadalnia dla pand. Tam właśnie mogliśmy własnoręcznie podać posiłek naszym nowym chińskim przyjaciołom.

IMG_0033P1040083

Oczywiście i my mieliśmy czas na spożywanie posiłków. W programie naszego wolontariatu uwzględniono nas jako tymczasowych pracowników ośrodka, co łączyło się z jedzeniem w tamtejszej stołówce. Nasi koledzy musieli nam wytłumaczyć jakie potrawy podawano i jaka jest ich zawartość. Niektóre z dań, jak na kuchnię syczuańską przystało, były niesamowicie ostre i jeszcze długo po zjedzeniu paliły w język. Wszystkie jednak jedliśmy ze smakiem, często sięgając po dokładki.

39409086_253972388564984_5902653656032870400_n39468246_451391665343409_4562399026732859392_n

Jak to w kuchni chińskiej bywa, nie obyło się bez niespodzianek. Po jednym z posiłków przyjrzałam się temu co zostało na tacce i, ku mojemu zdziwieniu, odkryłam część głowy kaczki, z dziobem włącznie (dowód na zdjęciu poniżej). Było to moje pierwsze zetknięcie z magią prawdziwej chińskiej kuchni, która z dnia na dzień zaskakiwała mnie coraz bardziej…

39575668_2111697772237651_6103000664776900608_n

Żeby nie skupiać się na jedzeniu dziwnych rzeczy, opowiem jeszcze trochę o samym rezerwacie. Jest to miejsce ciekawe zarówno pod względem turystycznym jak i wolontariackim. Oprócz wszystkich aktywności związanych z pandami, mogliśmy także posłuchać wykładów i obejrzeć filmy na temat tych pięknych zwierzaków oraz ogromnej pracy, jaką wykonują wolontariusze, pracownicy oraz władze kraju. Panda wielka jest gatunkiem, któremu zagraża wyginięcie. Nie są one w stanie żyć dziko, nie ze względu na drapieżników (ponieważ swoimi gabarytami odstraszają większość z nich), a z powodu swojej natury. Są to zwierzęta dość leniwe i nie lubią aktywności fizycznej, prócz tego przez swoją niezdarność potrafią szybko zrobić sobie krzywdę. Potrzebują więc bezwzględnie specjalnej opieki.

IMG_0017P1040094P1040095P1040106P1040150P1040171

Podsumowując, wyjazd do Dujiangyan był jednym z najważniejszych przeżyć w moim (naszym!) życiu. Zdecydowaliśmy, że przynajmniej raz w roku wybierzemy się na wolontariat, za każdym razem robiąc coś innego, pomagając innym zwierzętom w różnych stronach świata. Pobyt w Chengdu uświadomił nam jak wiele jest miejsc, gdzie nawet najmniejsza pomoc jest na wagę złota. Nasze certyfikaty powiesiliśmy na ścianie, żeby codziennie przypominały nam o tym, że WARTO POMAGAĆ.

COKW7163

Opowiadania mongolskie

O Mongolii można pisać wiele: nieco bagatelnie, że jest ogromna i piękna; krajoznawczo, opisując bezkresne stepy i wysokie góry; zahaczając o kulturę referować obrządki i tradycje albo tak ja: podzielić się wrażeniami osób, które nigdy wcześniej w azjatyckim kraju nie były i stwierdziły, że to właśnie w Mongolii postawią pierwsze kroki.

37920728_1806038682805980_3416504024197758976_n.jpg

Z racji tego, że Mongolia nie jest to kraj typowego turysty i wiele z Was zapewne mało o nim wie, zacznę od krótkiego opisu. Pierwszym słowem jaki przychodzi mi na myśl przy charakterystyce tego państwa jest przymiotnik “ogromny”, ponieważ Mongolia jest ponad pięć razy większa od Polski, jej powierzchnia wynosi 1 564 116 km², co daje 19. pozycję w rankingu światowym. Stolicą jej jest Ułan Bator, w którym zamieszkuje prawie 50% ludności całego kraju. Historia Mongolii jest bardzo ciekawa i zawiła, niemalże znikąd powstaje Imperium Mongolskie i w równie szybkim tempie znika z map świata, dzieląc się na mniejsze państwa. Językiem urzędowym jest oczywiście mongolski, który do lat 40. zapisywany był tradycyjnym pismem zbliżonym do alfabetu ujgurskiego, pisanego z góry na dół, jednak w połowie XX w. zmieniono go na cyrylicę. Pismo tradycyjne wciąż nauczane jest w szkołach w celu utrzymywania tradycji.

P1030662.JPG

Zwiedzanie Mongolii zaczęliśmy w jej stolicy – Ułan Bator, gdzie dotarliśmy odcinkiem kolei transmongolskiej. Jednak zostaliśmy tam bardzo krótko, wzięliśmy prysznic, zjedliśmy śniadanie i przepakowaliśmy plecaki, żeby ruszyć w dalszą podróż w stronę parków narodowych. Pierwszym punktem wyjazdu był ogromny, 40-metrowy pomnik wodza Imperium Mongolskiego oraz bohatera narodowego Czyngis-Chana. Zbudowany został z 250 ton stali w miejscu, w którym według legendy Temudżyn znalazł złoty bicz. Czyngis-Chan jest przywódcą legendarnym, który z jednej strony krwawo masakrował wszystkich swoich wrogów zawłaszczając znaczną część świata, z drugiej jednak na zdobytych terenach wprowadzał surowe prawa, co umożliwiło rozkwit handlu i zapanowanie tzw. pokoju mongolskiego (Pax Mongolica).

khan1khan2

Po obejrzeniu pomnika i muzeum Czyngis-Chana, w którym mieliśmy okazję dowiedzieć się o wielu faktach z mongolskiej historii, udaliśmy się w stronę rezerwatu Gun Galuut. Jest to przepiękne miejsce położone zaledwie 130 km od Ułan Bator. Pierwszy raz w życiu byłam w okolicy, gdzie nie ma kompletnie nic. Cisza, raz na jakiś czas przerywana śpiewem ptaków lub rżeniem koni, odprężyła mnie niesamowicie, pozwoliła naładować baterie i zapomnieć o przyziemnych sprawach. Pokonywaliśmy kilometr za kilometrem w poszukiwaniu chociaż namiastki cywilizacji, ale w tamtych rejonach naprawdę jej nie ma.

37912151_1806038049472710_2351493623897391104_n37944270_1806037889472726_5121164921798656000_n37962365_1806038882805960_4091822163307266048_nP1030704P1030725P1030740

Prócz przemierzania stepów mieliśmy okazję pomaszerować trochę po pobliskich wzgórzach. Może nie były to góry z tych największych na świecie, jednak cała powierzchnia Mongolii znajduje się 1000 m n.p.m. i wyżej, co ułatwia nieco wspinaczkę w wyższe partie gór. A im dalej w góry, tym piękniejsze widoki, po których niedosyt pozostał do dzisiaj.

P1030717P1030754P1030768P1030782P1030797P1030810

Gwoździem programu tej wyprawy był jednak nasz nocleg. Postanowiliśmy “pójść na całość” i przespać się w tradycyjnej, mongolskiej jurcie. Jest to swego rodzaju namiot pokryty skórami (zazwyczaj jelenia), który z wyglądu przypomina nieco miskę odwróconą do góry dnem. Co ciekawe, drzwi jurt w Mongolii muszą być odwrócone na południe, tych z Kazachstanu natomiast – na wschód. W środku budynku znajduje się piec, którym dogrzewaliśmy się w nocy. Co ciekawe, nie ma w nich miejsca na toaletę, więc wychodek musieliśmy “znaleźć” gdzieś w pobliżu.

37976122_2248643745149788_6368465017020350464_nP1030694

37912136_2248644295149733_722318735028781056_n38012392_2248643851816444_556959144058290176_n

Mieliśmy okazję odwiedzić kilka jurt “z prawdziwego zdarzenia”, gdzie ugoszczono nas tradycyjnymi potrawami mongolskich koczowników. W takim miejscu obowiązuje kilka zwyczajów, których obowiązkowo należy przestrzegać, a oto kilka z nich:

•  nie wolno gwizdać w jurcie;
• nie należy przeskakiwać nad czyimiś wyciągniętymi nogami oraz opierać się o ściany w jurcie;
• nie można gasić ognia w palenisku;
• trzeba okazywać szacunek starszym;
• zabrania się dotykać głowę lub czapkę innej osoby;
• nie wolno kłaść noża ostrzem w kierunku innej osoby oraz brać jedzenia z talerza lewą ręką;
• w jurcie należy poruszać się zgodnie z ruchem wskazówek zegara.

Oczywiście nie wolno także odmawiać jedzenia, którym jesteśmy częstowani. Jest ono dość specyficzne, aczkolwiek nam przypadło do gustu. Wszystko opiera się głównie na produktach mlecznych i cieście, które nieco przypomina mocno spieczone ciasto kruche. Wiele ludzi przestrzega turystów przed jedzeniem u lokalnych, my jak widać przeżyliśmy, nawet odbyło się bez dolegliwości żołądkowo-jelitowych.

37928930_1806037672806081_93916220205563904_n38036972_1806037709472744_7062455749787516928_nP1030833P1030832

Jeżeli już jesteśmy przy temacie jedzenia, to muszę przyznać: nie spodziewałam się, że kuchnia mongolska będzie tak różnorodna i smaczna. Przed wyjazdem wiele razy czytałam o tłustych posiłkach i niezdrowych potrawach, ale szczerze mówiąc my na takie nie trafiliśmy. Mongołowie jedzą sporo zup, mają nawet “zupę na kaca”, która przypomina nasz krupnik. Różnego rodzaju pierogi spowodowały, że znowu byłam w raju, Marcin natomiast zajadał się baraniną. Co ciekawe, mieliśmy także okazję spróbować mongolskiej sałatki jarzynowej, także przez moment poczuliśmy się trochę jak “u cioci na imieninach”.

37884709_1806038922805956_9081495828115226624_n37907787_2248644661816363_9042856189196500992_n37926368_2248644371816392_3290564562192957440_n37950706_2248644481816381_7499529587676676096_n37994166_2248643971816432_3162238885077975040_n38003696_1806031242806724_952118146997682176_n

Warto dodać jeszcze, że porcje jedzenia w restauracjach są OGROMNE (i śmiesznie tanie), pokonały nas kilka razy, a zaufajcie, jesteśmy dość mocnymi zawodnikami w tej dziedzinie.

Podczas pobytu w jurcie poznaliśmy mongolską narodową grę – szagaj. Używa się do niej kości skokowych kóz i owiec, a sposobów na zabawę jest kilka: rzucanie kośćmi i zbieranie porozrzucanych kości (szagaj awaa), podrzucanie i łapanie kości (ünee saa, güü saa), zderzanie kości, które leżą tą samą stroną do góry (szagaj njaslaa), strzelanie kośćmi (szagaj charwaa) oraz „wyścig koni” (szagaj uraldulaa). Dla nas najciekawszym sposobem gry było zderzanie kości, Marcin po kilku rozgrywkach wygrywał nawet z tubylcami. 🙂

37924135_2248644165149746_6547979609017679872_n.jpg

Kolejnego dnia nadszedł moment na mongolskie “must see”, czyli Park Narodowy Gorchi-Tereldż, który zajmuje prawie 3000 km². Gdy dojechaliśmy na miejsce ciężko było uwierzyć, że jesteśmy nadal w Mongolii, ponieważ krajobraz w najmniejszym nawet stopniu nie przypominał tego, który widzieliśmy wcześniej. Roślinność w parku jest typowa dla południowej części Zabajkala, występuje tam mnóstwo chronionych i rzadkich roślin, przez co jest niesamowicie zielono. Jedną z atrakcji parku jest Melchijn chad, czyli “skała-żółw”, ostaniec skalny bezsprzecznie kojarzący się właśnie z tym zwierzakiem (dowód poniżej).

P1030840P1030842P1030843P1030873

W Parku Narodowym Gorchi-Tereldż znajduje się nowo wybudowany klasztor buddyjski, który odwiedziliśmy. Mongolia jest krajem bardzo zróżnicowanym pod względem religii. Obok siebie funkcjonują tutaj: buddyzm tybetański, szamanizm, chrześcijaństwo, manicheizm i taoizm. Często członkowie jednej rodziny należą do różnych wyznań, jednak od XVI w. buddyzm tybetański (lamaizm) jest w kraju religią dominującą.

P1030855P1030876P1030891P1030894

Tuż obok klasztoru znaleźć można szamańskie elementy, jak np. kamienne kurhany, czyli Owoo. Umieszczane są one w miejscach szczególnych pod względem kulturowym bądź religijnym. Jeżeli zatrzymamy się przy jednym z nich należy złożyć tam ofiarę, obejść kurhan i dołożyć kamień.

O czym trzeba pamiętać przed wyjazdem do Mongolii? Przede wszystkim o wizie, ponieważ jest ona wymagana na granicy i surowo kontrolowana. My załatwiliśmy naszą w jeden dzień, należy tylko przygotować potrzebne dokumenty, przede wszystkim ubezpieczenie, wniosek i potwierdzenia noclegów, co nieco przypomina staranie się o wizę do Rosji. Co ciekawe, konsul w mongolskiej ambasadzie w Londynie mówił po polsku.

Ważne jest też przygotowanie merytoryczne, starałam się sporo czytać o Mongolii i jej mieszkańcach, ponieważ nasze kultury i zachowania nieco się różnią. Nie chciałam, żebyśmy zostali odebrani jako niegrzeczni. Oczywiście, że wszystkiego się nie da przewidzieć, ale warto znać podstawowe zasady i kilka zwrotów w ich języku.

Przydatna okaże się znajomość języka rosyjskiego, ponieważ wielu mieszkańców Mongolii zna jego podstawy oraz, wbrew pozorom, znajomość cyrylicy pomoże w odnalezieniu się w Ułan Bator.

Podsumowując…

Mongolia jest krajem interesującym pod wieloma względami, zarówno kulturowo jak i geograficznie. Nam niestety udało się zobaczyć tylko część tego, co ma do zaoferowania. Mongołowie nie są może bardzo otwartymi ludźmi, aczkolwiek pomagali nam w każdej sytuacji i gdy zdobyliśmy ich zaufanie spędzali z nami mnóstwo czasu opowiadając różne historie i słuchając tamtejszej muzyki popularnej. Planując podróż koleją transsyberyjską długo zastanawialiśmy się nad wyprawą w te strony, głownie ze względu na ograniczony czas, jednak teraz nie żałujemy, Mongolia okazała się strzałem w dziesiątkę.

Jeżeli macie pytania dotyczące naszego wyjazdu, prosimy o kontakt!